Lewandowski. Jak wygrać marzenia – książka, która zachęca do działania

Autor wpisu: 12 maja 2021 17:50

Hat-trick Roberta Lewandowskiego w meczu Bayernu z Borussią Moenchengladbach (6:0) rozbudził wyobraźnię kibiców. Polskiemu napastnikowi zostały dwa mecze  (z Freiburgiem i Augsburgiem), by pobić legendarny rekord Gerda Muellera, który w sezonie 1971/1972  strzelił aż 40 bramek. „Lewy” ma już 39 goli zdobytych w 27 meczach. Rekord genialnego Niemca – który czekał na swojego pogromcę niemal pół wieku – wisi na włosku.

Na naszych oczach dzieje się historia. „Lewy” po raz kolejny przekracza „granicę dźwięku”. Znów czyni możliwym to, co jeszcze chwilę temu wydawało się nieosiągalne. Ale u Roberta to nic nowego, jest „pożeraczem” rekordów. Bijemy brawo, wpadamy w zachwyt, podziwiamy – ale widzimy jedynie efekt końcowy. A co gdyby tak zajrzeć za kulisy, przyjrzeć się temu jak przez lata „buduje” się taką machinę do strzelania goli?
Książka dla dzieci i młodzieży „Lewandowski. Jak wygrać marzenia”, która właśnie ukazała się na rynku, pokazuje właśnie ten proces. Od chłopca z małego miasteczka, który karierę w futbolu zaczynał od meczów z psem w przydomowym ogródku, do najlepszego piłkarza świata, jakim Robert został w 2020 roku.

Talent to nie wszystko
To nieprawdopodobne! Jak on to robi?– dziwią się kibice. Łatwość, z jaką „Lewy” zdobywa gole sprawia wrażenie, że jemu wszystko przychodzi lekko, bo po prostu ma talent. Ale to nie do końca jest prawdą. Jego zwycięstwa, trofea, medale, tytuły nie są tylko kwestią szczęścia czy hojności niebios, które akurat Roberta obdarowały umiejętnościami, jakich nie mają inni napastnicy na świecie. Sukces Lewandowskiego tak naprawdę jest wynikiem tytanicznej pracy, konsekwencji w dążeniu do celu i wielu wyrzeczeń. Jest dowodem na to, że w sporcie nie ma drogi na skróty. Warto przyjrzeć się jak na tym szlaku kariery radził sobie „Lewy”, bo to wcale nie była podróż od zwycięstwa do zwycięstwa.
Kapitan reprezentacji Polski może nam dać dużo więcej niż jedynie satysfakcję ze strzelanych goli. Jego historia jest inspiracją dla wielu dzieci w Polsce i żywym przykładem na to, że bajka o Kopciuszku jest nadal aktualna.
Sukcesy Lewandowskiego zachęcają do konsekwencji w podążaniu za własnymi za pasjami. Jakby Lewandowski każdym kolejnym golem wołał do wszystkich dzieciaków świata, żeby nigdy nie rezygnowały ze swoich marzeń. Żeby miały odwagę i wierzyły, że wszystko jest możliwe, jeśli tylko się tego bardzo chce.
I wcale nie trzeba wygrywać tych swoich marzeń na boisku, tak jak to zrobił Robert. Warto znać te zasady, które jego zaprowadziły na szczyt. Przydadzą się każdemu, niezależnie od tego, kim chce w życiu zostać:  piłkarzem, muzykiem, strażakiem, tancerką, malarką czy youtuberem.

Właśnie z tej perspektywy Dariusz Tuzimek opowiada historię kapitana reprezentacji Polski w książce  „Lewandowski. Jak wygrać marzenia” (to zaktualizowane i wzbogacone wydanie bestsellerowej biografii dla dzieci i młodzieży „Wygrane marzenia”). Więcej o książce przeczytasz TUTAJ.
Podążając za bohaterem autor stawia pytanie: Co dla nas, dla naszych dzieci, wynika z sukcesu Lewandowskiego? Jego osiągnięć powtórzyć się raczej nie da. Ale już z jego drogi do sukcesów możemy czerpać pełnymi garściami. Na łamach książki możemy obserwować z bliska te wszystkie detale, które później decydują, że ktoś wygrywa Ligę Mistrzów, a ktoś inny – z talentem wcale nie mniejszym – rzuca futbol i szuka sobie w życiu innego zajęcia.
Sami się przekonacie, że ta książka nie jest zwykłą biografią wielkiego sportowca. Na kolejnych jej stronach wciela się w życie idea – tak świetnie znana miłośnikom komiksu „Tytus, Romek i A’Tomek” – dobrej lektury: ucząc bawi, a bawiąc uczy.

Gole Lewandowskiego się sypią, rekord Gerda Müllera wisi na włosku i jego dni są policzone. Podziwiamy geniusz najlepszego polskiego piłkarza, ale ta historia wcale nie zaczęła się wczoraj. Pracę by być w tym miejscu, w którym jest, Robert zaczął w dzieciństwie. A później – konsekwentnie, każdego dnia – dokładał kolejne „cegiełki”, by być tym najlepszym. Nie bał się pracy, był uparty i skoncentrowany na swoim celu. A gdy już go osiągał, szedł po następny. To nienasycenie zwycięstwami stało się dla niego czymś w rodzaju paliwa rakietowego. Pchało go naprzód, nie pozwalało się zatrzymać, kazało iść po każdy kolejny, niezdobyty szczyt.

Dążenie do perfekcji
Lewandowski każdego dnia rano chce obudzić się lepszym piłkarzem niż był wczoraj. Pracuje nad detalami, które cały czas go rozwijają. Dopiero w Bayernie – już jako dojrzały piłkarz – zaczął pracować nad techniką wykonywania rzutów rożnych i karnych. „Jedenastki” doprowadził wręcz do perfekcji. Ostatnio pracował nad szybkością reakcji napastnika w polu karnym. Chodzi o to, by przypadkowo odbitą piłkę w polu karnym zdążyć uderzyć o ułamki sekund wcześniej niż to zrobi obrońca.

Jeszcze będąc w Lechu Poznań Lewandowski pracował nad techniką biegu. Zostawał po treningach z trenerem od przygotowania lekkoatletycznego i ćwiczyli detale, naprawdę drobne niuanse, które dziś dają ten efekt, że „Lewy” potrafi szybciej startować i wyprzedzać przeciwników w sprintach w kierunku bramki rywala. Czasem o tym, że będzie miał szansę oddać strzał na bramkę decydują setne sekundy. Robert już wtedy, jeszcze grając w Ekstraklasie, uznał że warto o te ułamki sekund powalczyć.
Ale taki był zawsze. Na łamach książki „Lewandowski. Jak wygrać marzenia” znajdujemy taką historię:

„Mama – która w młodości była siatkarką – pokazała mu pewne zagranie z tej dyscypliny sportu. Żeby je poprawnie wykonać trzeba było wyskoczyć wysoko w górę, niemal pod sufit.
Dla Roberta w tamtym okresie było to bardzo trudne, niemal niewykonalne. Nasz bohater „Bobek” był drobny, szczupły, kojarzony raczej z szortami, które miał zawinięte na trzy razy (żeby nie sięgały mu do kostek) niż z wyskokami pod sufit. Ale, jak się okazuje, dla chcącego nie ma nic trudnego.
– Jestem w kuchni, a słyszę, że Robert cos tam wyprawia w pokoju. Zaglądam co niego, a on już trenuje te wysoki siatkarskie pod sufit. I to tak, że tynk odpada! Jeszcze mu się nie udaje, ale nie ma zamiaru się poddawać i widać, że z każdym wyskokiem jest coraz lepiej. On taki był zawsze. Jak coś sobie postanowił, to dążył do celu, nigdy się nie poddawał – mówi mama, Iwona Lewandowska”.
Kariera sportowca to oprócz treningów także mnóstwo wyrzeczeń, dieta, wypoczynek. Robert od początku wiedział co jest dla niego najważniejsze. Tak o tym opowiada w książce:
„Wielu chłopaków, z którymi grałem miało talent, ale o sukcesie w sporcie często decyduje to, jakich dokonało się wyborów, czy np. jest się w stanie nie pójść na imprezę, żeby następnego dnia być wypoczętym na trening. Ja nigdy nie miałem kłopotu z wyborem. Jeśli chciałem iść na imprezę to szedłem, ale tylko na chwilę. Bo wiedziałem, że następnego dnia muszę się dobrze czuć na treningu, muszę być wyspany. I byłem w tym konsekwentny – ocenia po latach Robert” .

[…] – Robert do piłki nożnej podchodzi niezwykle profesjonalnie. Dobrze się odżywia, dużo śpi i robi wszystko, by być w topowej dyspozycji – mówił Guardiola, podkreślając, że od zawsze mocno wierzył w Polaka. – Od jego pierwszych chwil w Monachium byłem z niego bardzo zadowolony – zapewnił. Kilka razy w tej książce padło zdanie, że Robert miał smykałkę sportową do wszystkiego. Za co się nie zabrał to niemal od razu dobrze mu to wychodziło. Robert był na tyle wszechstronny, że szkoła na różnych zawodach wystawiała go we wszystkich możliwych dyscyplinach, by Lewy zdobywał dla niej jak najwięcej punktów. Biegał więc na różnych dystansach i grał we wszystkie gry zespołowe.

Tata Roberta trenował judo, chłopak więc od najmłodszych lat ćwiczył w domu pady, dźwignie i ogólną sprawność. Między innymi dzięki temu nasz napastnik praktycznie nie doznaje kontuzji przy upadkach na boisku. Ma świetną koordynację ruchową i dobrze technicznie biega. […]

Ty naprawdę śpisz 8 godzin dziennie? – pytam Roberta.
– Minimum…
– Ależ ty jesteś śpiochem!
– Jestem. Ale tak jest tylko w sezonie, szczególnie wówczas, gdy gramy co trzy dni. Organizm jest wtedy zmęczony i potrzebuje więcej snu. Zauważam, że w wakacje, gdy odpocznę, to tego snu potrzebuję już mniej.
Robert Lewandowski wzorowo dba o to, by jego organizm jak najlepiej znosił trudy bycia piłkarzem. Dużo śpi, wypoczywa, je wyłącznie zdrową żywność, a ze swojej diety wyeliminował produkty mleczne i słodycze. Nie pije alkoholu i nie pali papierosów. Wszystko to po to, by być jak najlepszym piłkarzem.
Potrafi sobie odmówić jedzenia niezdrowych rzeczy, nie traktuje słodyczy jak nagrody, jak czasem niektórzy z nas, gdy uda się nam coś osiągnąć. Robert zmienił styl odżywiania. A w zasadzie styl życia. Nie tylko zdrowo je, ale przede wszystkim zdrowo żyje. I wcale go to nie męczy. Wręcz przeciwnie. Jak sam twierdzi, a wtóruje mu w tym jego żona Ania – specjalistka od zdrowego żywienia – Robert dzięki takiemu stylowi życia czuje się znakomicie, ma energię, siłę, tryska humorem. Ma siłę by grać mecze i ciężko trenować, ma dynamikę i ma – co bardzo ważne – zdrowie. Zwróćcie uwagę, że „Lewy” nie ma kłopotu z kontuzjami. Poważne urazy go omijają. To oczywiście kwestia treningów, predyspozycji organizmu i dobrego przygotowania fizycznego, ale także tego, co je.

– Robert jest czasem dla mnie „Robocopem” – śmieje się jego siostra Milena. – On nawet wtedy, gdy są święta, czy gdy jest na wakacjach, trzyma się tych swoich zasad i nie robi wyjątków. Robert się z tym naprawdę dobrze czuje. To dla niego naturalne. Podziwiam jego wytrwałość i konsekwencję – mówi siostra najlepszego polskiego piłkarza.

– My już nawet nie namawiamy go, żeby w święta spróbował pierogów, bigosu, albo chociaż tej ulubionej kiedyś szarlotki. Mało tego! My od Ani i Roberta uczymy jak poprawiać własne odżywianie – mówi Milena i dodaje: – Gdy oni przyjeżdżają do nas na Boże Narodzenie czy na Wielkanoc, to razem z nimi idziemy cała grupą pobiegać w pierwszy dzień świąt. Dla nas to już normalne, ale innych by pewnie zdziwiło, bo wolą w święta odpoczywać. Dla nas taki wspólny trening w kilka osób, jest też formą spędzania czasu z rodziną. U nas na święta nie ma oglądania telewizji, raczej stawiamy na rozmowę, na bycie razem, na jak najlepsze wykorzystanie czasu, gdy Robert jest w Polsce. A na dłużej wpada raptem ze 2-3 razy w roku, więc to jest naprawdę rzadkość – tłumaczy Milena.



Nienasycenie
– Od najmłodszych lat był bardzo ambitny. Nie lubił przegrywać. A jeśli przegrywał, to miał łzy w oczach. Może nie płakał o byle co, ale widać było, że jest zły. Szczególnie jeśli sam coś na boisku zawalił i czuł, że drużyna przegrała przez niego. To było dla niego najtrudniejsze. Ale porażek długo nie roztrząsał, potrafił się z nimi pogodzić – opowiada mama Roberta”.

[…]. Rozmawiamy na zgrupowaniu kadry przed Euro 2016.
– Robert, ty to masz nudne życie: nagrody, puchary, medale, pochwały. I na odwrót: pochwały, medale, puchary, nagrody. I tak w kółko. Można się znudzić? – prowokuję Roberta.
A on odpowiada:
– Nie, to nigdy się nie nudzi! Przecież wiadomo, że to nie będzie trwało wiecznie, a tylko kilka lat. Każda nagroda czy pochwała mobilizuje mnie do ciężkiej pracy. Nie można sobie odpuszczać tylko dlatego, że się zdobyło medal czy odniosło jakiś sukces. Bo stara prawda piłkarska mówi: jesteś tak dobry jak twój ostatni mecz – mówi z uśmiechem.

Skąd taka bajeczna technika?
[…]Robert już w dzieciństwie całe dnie spędzał z piłką przy nodze. Nawet gdy wracał do domu i odrabiał lekcje, piłka leżała pod biurkiem, a stopy naszego napastnika cały czas toczyły ją to w prawo, to w lewo. Tak samo było w czasie obiadu. Na stół „wjeżdżała” zupa, a pod stołem nogi Roberta grały mecz z wymyślonym przeciwnikiem. Czy jego rodzice o tym nie wiedzieli? Pewnie, że wiedzieli, ale… pozwalali mu na to. Miał wspaniałych i wyrozumiałych rodziców.

[…]Nie ma problemów z przyjęciem piłki nawet w trudnych sytuacjach. Znakomicie ją czuje. Godziny toczenia „gały” pod stołem zrobiły swoje.

Dziś mecz piłkarski jest analizowany na wideo na tysiące sposobów. Z różnych ujęć kamery, ze zdjęć robionych zza bramek, z dachu stadionu, a nawet z drona.

Robert jako dziecko oczywiście takich możliwości nie miał. Ale był pomysłowym chłopcem. Ustawił kamerę, którą dostał od dziadka w taki sposób, by nagrywała jego dryblingi, sztuczki i triki, a potem to sam (albo z tatą) oglądał, analizował, zastanawiał się co poprawić, a co zmienić.  A jak już jakąś swoją „kiwkę” dopracował, zaskakiwał nią rywali na boisku, już w prawdziwym meczu.

Jak żyć z porażką, jak z przegranej wyjść silniejszym?
„Był taki ważny mecz, który się kompletnie „Bobkowi” nie udał.
– Robert nie płakał po przegranych meczach – opowiada jego mama. – Czasem poleciała mu łza, ale to raczej wtedy, gdy wiedział, że on sam nie zagrał dobrze. Sam od siebie bardzo dużo wymagał i nie lubił rozczarowywać kolegów.

Robert aż sześciu znakomitych sytuacji nie wykorzystał! W pewnym momencie machnął ręką, dostrzegłem, że ociera łzy. Był bezsilny. Wiedziałem, że nic z tego nie będzie, nie strzeli żadnego gola. Przegraliśmy 0:1 i było po mistrzostwie – mówił trener.
Chłopcy mieli do Roberta pretensje, ale trener Sikorski wziął go w obronę.
Robert przeżywał tamto spotkanie przez kilka dni. Nie mógł się pogodzić, że zawiódł. Na treningach był smutny, nie odzywał się, nie żartował, trzymał się na uboczu, choć wcześniej wszędzie było go pełno. Na pogodzenie z porażką potrzebował kilku dni.
I wiecie co mu pomogło? Następny mecz. „Bobek” strzelił w nim gola, uśmiech wrócił mu na twarz i znów było jak dawniej. Bo tak to już jest, że po porażce przychodzi zwycięstwo. Trzeba tylko pracować nad sobą, być cierpliwym i się nie poddawać. Pamiętajcie o tym w chwili waszych porażek.
I pamiętajcie jeszcze o jednym. Swoich porażek nie warto rozpamiętywać, bo za jakiś czas okaże się, że nie są tak ważne. Zaraz dostaniecie na to najlepszy przykład.
Gdy po latach spytałem Roberta o to spotkanie z Unią Boryszew w ogóle go nie pamiętał. – Naprawdę był taki mecz? W ogóle sobie nie przypominam. Może to jakaś legenda? – śmieje się Robert.

Z tym strzelaniem wiąże się śmieszna anegdota.
Trener Borussii urządzał treningi strzeleckie. Polegają one na tym, że  zawodnicy ćwiczą różne akcje (tak jak mogłoby to wyglądać w czasie meczu), a na koniec oddają strzał na bramkę. Najlepiej jakby ten strzał był zakończony zdobyciem gola. Ale z tym na początku u Roberta różnie bywało.

– „Lewy” skoncentruj się przed strzałem, strzelasz zbyt mało goli – zachęcał Klopp.
– Jak to za mało?
– No za mało. Musimy dążyć do tego, żebyś prawie każdą akcję kończył golem. Przecież w meczu nie będziesz miał piętnastu okazji, tak jak na treningu. W meczu będziesz miał ze trzy szanse i musisz z tego strzelić przynajmniej jednego gola. A najlepiej dwa!
– Trenerze, przecież ja strzelam dużo goli na treningach!
– Za mało Robert, za mało!
– To ile mam strzelić? Dziesięć?
– A choćby i dziesięć. Myślisz, że to niemożliwe?
– Pewnie, że możliwe. Spokojnie strzelę dziesięć!
– Dobra, to się załóżmy. Jeśli na treningu strzelisz dziesięć goli albo więcej, to ty wygrywasz. Jeśli mniej, to ja wygrywam. Stoi?
– Pewnie. Stoi. O co zakład?
– Proponuję 50 euro.
– Dobra, przyjmuje. Od kiedy zaczynamy?
– Jak to od kiedy? Od dzisiaj.

Już na tym pierwszym treningu Robert przegrał 50 euro. Szczerze mówiąc na początku pobytu w Borussii przegrywał na każdym treningu. Później było już pół na pół, raz wygrywał trener raz zawodnik. A pod koniec wygrywał już tylko Robert.
Aż pewnego dnia przyszedł do niego trener Jürgen Klopp i powiedział:
– „Lewy”! Nie zakładam się już z tobą, bo zbyt dużo kasy mnie to kosztuje. Ty ciągle wygrywasz!
– Ha, ha! Wiedziałem, że tak będzie, że to trener spęka – śmiał się Robert.

Charakter, czyli walcz o swoje
Gdy Klopp zauważył, że Lewandowski robi coraz większe postępy, dawał mu grać więcej. No, ale miejsc w drużynie jest tylko 11. Żeby ktoś wszedł do składu, kogoś trzeba było usunąć. Robert zaczynał grać coraz więcej kosztem Paragwajczyka. Barrios bardzo źle to znosił. Był gwiazdą, a tymczasem jakiś „żółtodziób” z Polski zaczął zajmować jego miejsce. A trzeba wam wiedzieć, że ludzie z Ameryki Południowej reagują bardziej emocjonalnie i nerwowo niż Europejczycy. I pewnego dnia takie właśnie emocje w Barriosie eksplodowały. Robert nie szukał konfliktu, ale jego kolega z drużyny jak najbardziej.

W jednym z meczów Klopp zdecydował się zmienić Paragwajczyka, a w jego miejsce wpuścił na boisko Polaka. Barriosowi nie bardzo się to podobało, bo chciał grać, ale z decyzją Kloppa nie mógł się nie zgodzić.
Zatem Paragwajczyk za cel swojej agresji wybrał Roberta. Wymyślił sobie, że gdy się z Lewandowskim zmieniali przy linii bocznej, Polak celowo podał mu rękę w sposób lekceważący. Oczywiście nie była to prawda (co widać na powtórkach wideo), ale pretekst do zaczepki był.
Gdy po meczu zespół Borussii wrócił do szatni, Barrios podszedł do siedzącego na ławce Lewandowskiego:
– Ej ty! Nie pomyliło ci się coś?

Robert milczał i nie zwracał na niego uwagi.
– Ej ty! Do ciebie mówię. Nie pomyliło ci się coś?

Robert nadal nie reagował, ale atmosfera robiła się już napięta.
– Jak ty się zachowujesz?! Jak mi podałeś rękę?
– O co ci chodzi człowieku?
– Masz mi rękę podawać z szacunkiem, a ty to zrobiłeś byle jak.
– Co ty gadasz, normalnie ci podałem rękę. Weź się uspokój.
– Na razie to ja mówię, a ty masz słuchać.

Lewandowski uznał, że ta rozmowa nie ma sensu. Odwrócił się plecami do Paragwajczyka i zaczął się przebierać. A wtedy Barrios… uderzył lekceważąco otwartą dłonią „Lewego” w tył głowy. Cios nie był silny, ale zezłościł Lewandowskiego. Robert odwrócił się i rzucił na Paragwajczyka. Doszło do sporej szarpaniny, obu piłkarzy musieli rozdzielać koledzy. Przez dłuższy czas Barrios i „Lewy” nie odzywali się do siebie.

Warto zwrócić uwagę, że w momencie konfliktu Barrios strzelał gola za golem. Był wtedy gwiazdą nie tylko BVB, ale nawet całej Bundesligi. Robert dopiero budował swoją pozycję. A mimo to nie dał sobie w kaszę dmuchać. Stara prawda mówi, że jeśli pozwolisz by tobą pomiatał najsilniejszy, za chwilę tego samego będą próbowali także najsłabsi. Robert na to nie pozwolił. A Barrios niedługo później odszedł z Borussii do ligi… chińskiej. W Dortmundzie świeciła już nowa gwiazda – Robert Lewandowski”.

• Więcej o książce dla dzieci i młodzieży „Lewandowski. Jak wygrać marzenia”, przeczytasz TUTAJ

Inne artykuły o: Reprezentacja

Możliwość komentowania jest wyłączona.

Wszystkie teksty, zdjęcia, grafiki i inne dane znajdujące się w serwisie Futbolfejs.pl chronione są prawami autorskimi.

Użycie skopiowanych lub pobranych materiałów bez pisemnej zgody Autora jest zabronione.

Serwis przeznaczony dla odbiorców posługujących się językiem polskim, ale mieszkających w krajach, gdzie zakłady bukmacherskie są legalne.

Projekt i realizacja Konrad Siuda & Stukot Pikseli