Lewandowskiego dogonił Cavani. Teraz obaj czekają na odpowiedź z El Clasico

Autor wpisu: 20 grudnia 2017 23:09

Robert Lewandowski rozegrał ostatni mecz w 2017 roku. W ćwierćfinale Pucharu Niemiec Bayern wygrał z Borussią 2:1, Polak bramki nie zdobył i tym samym skończył te 12 miesięcy z dorobkiem 53 goli. Tyle samo trafień mają Cristiano Ronaldo i Leo Messi, a także Edinson Cavani, który w środę wbił gola w meczu PSG – Caen. Cristano i Leo będą mieli szansę powiększyć ten dorobek w sobotę, w wielkim El Clasico. Nawet jeśli nic nie strzelą, to wiadomo, że „Lewy” nie zdobędzie samodzielnie miana najskuteczniejszego piłkarza 2017 roku. A taki tytuł zdobyty gromadnie takiego smaku już nie ma. Nie ma co ukrywać, że lekki niedosyt nam pozostał.

Że nic się ni stało? Można i tak do tego podejść. Taka wyliczanka, porównywanie i mieszanie różnych lig i reprezentacji z różnych kontynentów, wielkiego sensu merytorycznego nie ma. Fachowcy mogą się z tego śmiać. To tylko zabawa.
A jednak w pewnym wymiarze cały ten wyścig ma znacznie. W wymiarze marketingowym. Bądźmy uczciwi, połowa (albo więcej) Polaków, którzy oglądali ten mecz w telewizji, oglądała go właśnie po to, żeby zobaczyć, czy „Lewy” da radę strzelić gola i pokonać parę Mesii – Cristiano. W karierze piłkarza tytuł najlepszego strzelca roku oczywiście nie ma wielkiego znaczenia. Ale w procesie budowania – który właśnie trwa – Roberta jako marki globalnej, ma to swoją wagę. „Lewandowski lepszy od najlepszych” – takie tytuły przeczytałby nawet gospodynie domowe.

Przed środowym spotkaniem trener Bawarczyków Jupp Heynckes ujawnił, że Polak od dłuższego czasu ma kłopoty z rzepką. I rzeczywiście, fizycznie Robert nie przypominał siebie. Wyglądał w środę wieczorem, jakby nie był pazerny na gole. Pewnie szybko się dowiemy, jak poważne są te dolegliwości kolana kapitana naszej kadry. W sumie – dla przyszłości reprezentacji Polski w 2018 roku – najważniejsze jest, żeby Robert był po prostu zdrowy.
A jak zagrał przeciw Borussii? Dobrze, choć może raczej powinno się powiedzieć: poprawnie. Tylko poprawnie. Miał kapitalną asystę przy golu Thomasa Müllera, gdy rywale zostawili mu zbyt dużo miejsca, ale sam bramki nie zdobył. A okazje były.
Już w 7. minucie meczu „Lewy” powinien strzelić gola, gdy po uderzeniu Vidala jakimś cudem znalazł się tuż przed Burkim, a spalonego nie było. Sytuacja była na tyle dobra, że aż… za dobra. Wyglądało to tak, jakby Polak cały czas czekał na gwizdek sędziego i uderzył „podcinką” jakby od niechcenia. Piłka wylądowała na rękawicy bramkarza gości.
Po chwili piekielnie silnie uderzał Franck Ribery, Burki „wypluł” piłkę przed siebie, dopadł do niej Lewandowski, ale – stojąc tyłem do bramki – co prawda przelobował bramkarza Borussii, jednak minimalnie chybił.
Najlepszą sytuację do zdobycia gola miał jednak w 64. minucie, gdy po podaniu Müllera tylko centymetrów brakowało, by wjechać do siatki razem z piłką. Minął się z nią jednak, bo Roman Burki zdołał ją jeszcze musnąć.
W końcówce meczu „Lewy” dostał żółtą kartkę, bo trochę mu się zagotowała głowa. Tuż po golu dla Borussii arbiter odgwizdał Polakowi faul w ofensywie. Robert – w przejawie frustracji – tak mocno protestował, że sędzia wręcz musiał sięgnąć do kieszonki.
„Lewy” gola nie strzelił, najskuteczniejszym piłkarzem 2017 samodzielnie na pewno nie został, ale to i tak jest jego najlepszy rok w karierze.

A sam mecz? Końcówka spotkania była emocjonująca, bo Bayern stracił w 77. minucie gola i kontrolę nad meczem, w którym wcześniej robił, co chciał. Bo przecież ćwierćfinał Pucharu Niemiec miał zdecydowanego faworyta i skończył się zgodnie z oczekiwaniami, choć jednak nerwowo. Na korzyść Borussii Dortmund przemawiało tylko jedno: że o wszystkim decydował tylko jeden mecz (bez rewanżu). Nie wystarczyło. Bo obecna BVB przypomina tę starą, klasową Borussię jedynie żółtym kolorem koszulek.
I nie ma znaczenia, w jakim ustawieniu Peter Stroeger wypuścił swoją drużynę na boisko. Czy z pięcioma obrońcami czy z czterema, luki w defensywie były takie, że można by było w te wolne przestrzenie wjeżdżać TIR-em. Borussia ma tylu kontuzjowanych piłkarzy (m.in. Łukasza Piszczka), że gdy się okazało, że w Monachium nie zagra ze względu na uraz mięśniowy Pierre-Emerick Aubameyang, można było spokojnie wyłączyć telewizor. Zwycięzca był – w praktyce – znany już przed meczem. Niespodzianki nie było, choć mogła się zdarzyć tylko poprzez dekoncentrację Bayernu. W 92. minucie Alexander Isak mógł zepsuć tę imprezę, ale po jego uderzeniu i rykoszecie piłka minęła słupek o centymetry.

Bayern więc nadal tańczy na trzech weselach, a najważniejszym z nich jest oczywiście Liga Mistrzów.
My jesteśmy trochę rozczarowani, że w tym meczu nie było dla Bayernu rzutu karnego…

Inne artykuły o: Zagranica

  • Lukasz Miklusz

    A ja się cieszę, bo będzie to coś spektakularnego: 53 bramki i czterech graczy? Prawdopodobieństwo rzędu szóstki w Lotto.

    • Dariusz Tuzimek

      My też się cieszymy, piszemy tylko o niedosycie.

Wszystkie teksty, zdjęcia, grafiki i inne dane znajdujące się w serwisie Futbolfejs.pl chronione są prawami autorskimi.

Użycie skopiowanych lub pobranych materiałów bez pisemnej zgody Autora jest zabronione.

Serwis przeznaczony dla odbiorców posługujących się językiem polskim, ale mieszkających w krajach, gdzie zakłady bukmacherskie są legalne.

Projekt i realizacja Konrad Siuda & Stukot Pikseli