Jak Kangury grają w piłkę, czyli futbol do góry nogami

Autor wpisu: 25 kwietnia 2018 23:39

Australia. Parada atrakcji: kangury, misie koala, strusie, króliki, pustynie, Góra Kościuszki, Aborygeni, futbol australijski, opera w Sydney, surferzy, ocean, AC/DC, Midnight Oil… No i Australian Open, ale nie trafiłem w termin. Cholernie daleko. Tu nigdy nie przyjeżdża się przypadkiem. Podróż długa i kosztowna – jak to na drugi koniec świata. Czy przez Dubaj, czy przez Helsinki, i tak wychodzi doba w samolotach. Czy warto tak długo się tłuc i na końcu wybrać na… mecz piłkarski? Pewnie, że warto!

Dwa tygodnie to zbyt krótko by zobaczyć to wszystko, co kojarzy się z tym krajem. Bądźmy szczerzy, 14 dni nie daje szans na zobaczenie nawet połowy Nowej Południowej Walii, zwłaszcza jeśli się do programu zwiedzania wprowadza elementy spoza listy. Ale od początku, może alfabetycznie.
AC/DC akurat nie koncertowało, ale widziałem ich już dwa razy. W Chorzowie, gdy grała przed nimi… Metallica oraz w Nowym Jorku, kiedy na wokalu gościnnie występował Axl Rose. Midnight Oil też z głowy, bo lider poszedł w politykę, za to widziałem trzeci z mocno grających „kangurzych” bandów – Rose Tatto. Grali w małym klubie, coś jak warszawski Potok, góra Hybrydy. Było super, zresztą tak, jak w każdym miejscu Australii. Udało się zaliczyć koncerty w słynnej operze, zobaczyć góry, popatrzeć na surferów. Za to żadnych kangurów, strusi, misiów koala. To znaczy były, ale nieżywe. Jeżdżenie po lewej stronie to nie problem, nie boisz się ludzi tylko zwierząt. No, może raz było gorąco, kiedy kierowca gigantycznej ciężarówki nie zauważył naszego samochodu i o mało nie zepchnął nas na oddzielający jezdnie autostrady pas buszu. Gaz do dechy, klakson i po problemie. Jak w Polsce. Poza tym nie było jak w Polsce ścigających się ciężarówek, kierowców służbowych skód, bijących rekordy dostawczaków, kubico-hołków i beemek z Bawarii. Były za to setki – tak setki! – truposzy; kangurów, misiów, lisów, dziwnych stworów i ze dwa strusie w tym ponurym, drogowym krajobrazie. Była też drobna pomyłka, czyli zaufanie do tego, że jeśli coś nie jest autostradą, a łączy dwa miasta musi być drogą główną. Arteria okazała się być szutrem, ale udało się, ceną było kilkadziesiąt kilometrów jazdy z prędkością spacerową. I tak największą obawą były zwierzęta, na szczęście żadne z nich nie wybiegło na szosę. Na prowincji nie było widać truchła na poboczu. Inaczej niż na przedmieściach stolicy – Canberry. Nawet w samym mieście, parę kilometrów od parlamentu, leżały przy drodze kangurze trupy. Futbolu australijskiego nie zaliczyłem, sprzedałem go za piłkę nożną, sport Messiego i Cristiano Ronaldo.
Przeciętny Australijczyk innych graczy nie zna. Lewandowski czy Kościuszko? Żaden z nich. Szok, nieprawdaż? OK, „Lewy” nie gra Realu, ale Kościuszko?

Po kilku rozmowach okazało się, że „Kangury” wróciły do aborygeńskiej nazwy tej góry (a propos Aborygenów, to spotkałem jednego, jeździł na taryfie), Mount Kozijosko. Dopiero później okazało się, że ów Kozijosko to Kościuszko! No tak, w końcu Mierzejewski to Mieżeżewski, a ja to Kalinouska-SKI albo jakoś tak. Kozijosko/Kościuszko to klawa góra i da się na niej jeździć na nartach. Armatki gotowe, pierwszy śnieg spadł, a sezon startuje 11 czerwca. W sam raz na mundial. Stoki zapełnią się setkami narciarzy, bo już teraz były tam tłumy szaleńców zjeżdżających z australijskiego Kasprowego na rowerach.

Kontynent sportsmenów
Bo Australijczycy to sportsmeni, od świtu, jeszcze przed szóstą rano plaże zapełniają biegacze, rowerzyści, bokserzy, gimnastycy i surferzy. W morzu nie pływa nikt, za to na basenach mnóstwo ludzi, którzy prują wodę jak THORPEdy. Kochają sport, podchodzą do niego poważnie i nie odciągają ich od niego ani pieniądze, ani wygodne życie, ani liczne atrakcje.

Sydney to miasto wielkich możliwości. Cztery i pół miliona mieszkańców, duży ruch, ale bez koszmaru korków znanych z europejskich metropolii. W rankingu najbardziej zasobnych społeczeństw świata Australijczycy są na drugim miejscu, tuż za Norwegami. I to widać: jest wygodnie, czysto, bezpiecznie, smacznie i kulturalnie, ale sport musi mieć swoje miejsce i czas. Oczywiście sport absolutnie profesjonalnie zorganizowany. Obiekty, czyli stadiony, baseny, przystanie, szatnie są tu nie tylko dlatego, że w 2000 roku odbywały się letnie igrzyska olimpijskie. Piłkarski Alianz Stadium w Sydney ma 30 lat i na oko wcale się nie zestarzał. Ładny, nowoczesny, duży, ale niewystarczający na ambicje tego miasta. Mają go zburzyć i postawić nowy, jeszcze większy, ładniejszy, nowocześniejszy i doskonalszy. Koszt? 300 milionów dolarów australijskich, czyli około 800 milionów złotych – tutaj żaden problem. Bo ten obecny ma dach, który chroni przed słońcem, ale w czasie deszczu pada na głowy nawet VIP-om.

W dniu meczu z Sydney FC z Adelajdą nie padało, więc w niedzielny wieczór pojawiło się na trybunach kilkanaście tysięcy widzów. Widziałem wcześniej kilka egzotycznych spotkań w różnych miejscach na świecie. Mecz rezerw w Dubaju (więcej ludzi na VIP-ie niż trybunach i fotograf w białej szacie uwijający się za bramką), Barklays Premier League w… Port Louis na Mauritiusie (sympatycznie jak na trzecioligowej Polonii Warszawa w latach osiemdziesiątych) i spotkanie MLS na słynnym baseballowym stadionie Jankesów. Mecz w Sydney bardzo przypominał ten z Nowego Jorku. I stadion, trybuny, młyn z ultrasami, doping, wiele kobiet i dzieci na trybunach… gra. Taksówkarz który wiezie nas na stadion mówi, że piłka go nie interesuje, ale jego synka tak. „Lubi Messiego, to ten nowy Maradona, ale czy też taki dobry?”. O tym, że niedawno grał tu sam Alessandro Del Piero, taksówkarz nie wie, Adriana Mierzejewskiego nie zna, podobnie jak i reszty graczy FC Sydney, jest zdziwiony że tylu kibiców szło na mecz.

Ci którzy przyszli nie żałowali, miejscowi wygrali 3:0. Co prawda żadnego gola Mierzejewski nie strzelił, ale za to rozprowadził dwie bramkowe akcje i zaliczył asystę. Szeroko ustawiony na skrzydle czekał na swój moment, schodził do środka, przyśpieszał i, zgodnie ze słowami Marka Bosnicha, robił różnicę. Dużą różnicę. Polacy zapytają zaraz, czy „Mierzej” grał z kelnerami… Brazylijczyk Bobo, napastnik z jego zespołu, kelnerem z pewnością nie jest. CV jakiego nie ma żaden polski gracz występujący kiedyś w Turcji, no może poza Dąbrowskim i… Mierzejewskim. Bobo gra tu dziewięć sezonów i ma 90 goli, nasi się tak nie przebili. To że w Australii dogrywał swoich piłkarskich dni Del Piero to inna sprawa, był sędziwy, ale trafił tam tuż po mistrzostwach Europy, jako aktualny wicemistrz kontynentu i mistrz świata.
W lidze australijskiej gra też Marcin Budziński, piłkarz który w ekstraklasie nie był postacią tuzinkową, a w australijskim Melbourne City ma w 26 spotkaniach skromną statystykę: 8 spotkań w pierwszej „jedenastce”, osiem z ławki i dziesięć bez występu. A zatem wcale nie jest tak łatwo pograć u „Kangurów” jakby się mogło nam wydawać.

Mierzej na Antypodach
Na rozmowę z Adrianem Mierzejewskim umawiamy się w ośrodku treningowym piłkarzy FC Sydney. Mają swoją siedzibę na Macquarie University w Sydney, którego najbardziej znany absolwent to Ian Thorpe. Kampus jest wielki jak dzielnica, a instalacje sportowe to dwa warszawskie AWF-y. FC Sydney mają do dyspozycji kilka boisk, własny pawilon z szatniami, odnową, siłownią i stołówkę. Na parkingu solidne auta, ale… w garażu przy Łazienkowskiej stoją jeszcze lepsze.
Adrian jeździ hyundaiem, którego producent jest sponsorem klubu i ligi. Idziemy na boiska treningowe, tam mimo wczesnej pory trenuje ponad setka dzieciaków w koszulkach FC Sydney. Na Antypodach, podobnie jak w Zjednoczonym Królestwie, jest właśnie jedna z wielu tygodniowych przerw w roku szkolnym. Wśród ćwiczących Nadia, sześcioletnia córeczka Adriana. Gdy idziemy przez parking pytam o to, jak się tutaj jeździ, obaj śmiejemy się z tych samych lewostronnych doświadczeń; szukanie kierownicy po stronie pasażera czy nagminne mylenie wajchy od wycieraczek z tymi od kierunkowskazów. Mówimy o kuchni, życiu, plaży, kangurach, kuchni i o tym, że wszędzie jest cholernie daleko.
Adrian czuje się tam dobrze, ma swoje miejsce na ziemi. Strzela gole, jest doceniany, nagradzany. A w Polsce? Nie mogliśmy nie porozmawiać o reprezentacji Adama Nawałki…

GRZEGORZ KALINOWSKI Z AUSTRALII

•Wywiad Grzegorza Kalinowskiego z Adrianem Mierzejewskim zrobiony w Sydney, opublikujemy wkrótce na łamach Futbolfejs.pl

Inne artykuły o: Twarze futbolu | Zagranica

Wszystkie teksty, zdjęcia, grafiki i inne dane znajdujące się w serwisie Futbolfejs.pl chronione są prawami autorskimi.

Użycie skopiowanych lub pobranych materiałów bez pisemnej zgody Autora jest zabronione.

Serwis przeznaczony dla odbiorców posługujących się językiem polskim, ale mieszkających w krajach, gdzie zakłady bukmacherskie są legalne.

Projekt i realizacja Konrad Siuda & Stukot Pikseli