Jerzy Dudek: Musimy być w formie, bo rywale z LaLiga żartować nie będą

Autor wpisu: 26 maja 2017 22:29

Jerzy Dudek wraz ze swoimi kolegami z reprezentacji Polski 9 czerwca na stadionie przy Łazienkowskiej zagra w wyjątkowym meczu z LaLiga Legends – byłymi gwiazdami hiszpańskiego (i nie tylko) futbolu. Akurat o formę samego Dudka można być spokojnym, bo w meczach pokazowych grywa regularnie na całym świecie. Jeszcze w najbliższy weekend w Madrycie zdąży wystąpić w prestiżowym wydarzeniu na Vicente Calderon Final de Leyenda, gdzie przywdzieje barwy drużyny Claudio Caniggi.

FUTBOLFEJS.PL: Śledząc twoje poczynania futbolowe – te aktualne – można odnieść wrażenie, że jeszcze nie… skończyłeś kariery.
JERZY DUDEK: To już nie ta intensywność grania, ale trochę tego jest. Teraz to przyjemność. Zagrać, ale także spotkać się ze znajomymi, pogadać, pośmiać. Bez ciśnienia, choć wiadomo, że jak już wychodzimy na boisko, każdy chce się pokazać z tej lepszej, a nie gorszej strony. Ludzie cię jakoś zapamiętali i dlatego przychodzą na stadion, by po latach znów cię zobaczyć. Nie mogą się poczuć rozczarowani.

Rozumiem, że zapewniasz, że nie będą rozczarowani także 9 czerwca, gdy na Łazienkowskiej twoja drużyna zmierzy się z LaLiga Legends.
Na pewno nie. Wiadomo, że kibice uwielbiają takie wspominkowe mecze, bo chcą skonfrontować to, co mają w pamięci, z tym, co jest teraz. Czy on jeszcze coś potrafi, ile przytył, czy bardzo się postarzał? Czy potrafi jeszcze tak strzelać, jak kiedyś, czy wciąż potrafi zaczarować. Poza tym przy okazji takich wspominkowych spotkań kibice dostają coś, czego w tym wielkim futbolu z różnych powodów nie ma i być nie może – bezpośredni kontakt z piłkarzami. Na Legii 9 czerwca też będziemy do dyspozycji fanów. Od 16.00 na Łazienkowskiej będzie specjalna strefa „meet & greet”, w której będzie można nas spotkać, pogadać, wziąć autograf. Fajne sprawy, fajna zabawa. Chodzi o to, by fani mogli poczuć, że są trochę bliżej zdarzeń, piłkarzy, którzy z jakiś powodów zapadli im w pamięć.

A czego można się spodziewać po samej grze? Gracie na poważnie?
Jasne, że tak. Inaczej się nie da. Mecze piłkarskich legend przyciągają na trybuny olbrzymią publiczność. Ostatnio na Anfield Road było 56 tysięcy, w Madrycie ponad 60 tysięcy. Przecież oni nie przychodzą na takie mecze po to, by poczuć się rozczarowanymi. Intensywność gry, jak powiedziałem, oczywiście nie może być taka sama jak w czasach regularnej kariery, ale staramy się zawsze pokazać z jak najlepszej strony, jeśli chodzi o piłkarską jakość. Inaczej byłby wstyd. (ze śmiechem) Inna sprawa, że w tych meczach z reguły pada dużo goli, bo linia obrony… chętnie rusza do ataku. Kiedyś w Bangkoku graliśmy drużyna Cannavaro na drużynę Figo. Skończyło się 8:5 dla nas, a w zespole Figo na bramce stał Jens Lehmann. Po meczu żalił mi się, że jak tak ma wyglądać gra obronna, to on więcej nie przyjedzie. Odparłem mu, że lepiej niech się przyzwyczai i jednak przyjeżdża.

Jacek Bąk śmiał się, że nie będzie się bardzo oddalał od pola karnego, żeby… zdążyć wrócić (TUTAJ).
Akurat on i Tomek Hajto obaj są nauczeni, by się… nie oddalać. Gorzej może być z bocznymi obrońcami. Cały czas przypominam „naszym”, że muszą się naprawdę przyłożyć do tego meczu, mówię to zupełnie poważnie. Przyłożyć się także fizycznie. Po prostu muszą być w formie. Bo rywale nie żartują. Oni grywają bardzo regularnie. Raz w tygodniu, bywa i dwa razy w tygodniu. Wciąż są świetni. W marcu jak graliśmy na Anfield Liverpool prowadził 2:0, potem 4:1, a chłopaki z Realu potrafili odpowiedzieć jeszcze dwoma golami. Fizycznie są przygotowani znakomicie. Nie da się z nimi grać na typowego „Stojanowa”. Trzeba jeszcze pobiegać, ustawić, zagrać.

Miałeś okazję w czasie kariery grać z kilkoma z tych piłkarzy, których zobaczymy w Warszawie 9 czerwca… Morientesa na przykład spotkałeś w Liverpoolu.
Bardzo dobry i skuteczny w polu karnym. Wielkim atutem jest umiejętność wejścia za linię obrony. To właśnie będzie jeden z tych, których wolałbym, aby się dało upilnować na Łazienkowskiej, a będzie o to trudno.

Michel Salgado to także twój dobry kolega – z Realu, w którym on spędził 10 lat.
I następny bardzo ciężki rywal do dziś. Z reguły jest tak, że w tych meczach legend lepiej prezentują się gracze techniczni. Bo wrodzona koordynacja ruchów, pewne nawyki, zachowania zostają. Z siłą bywa gorzej. A Michel wciąż gra tak, jak grał za profesjonalnej kariery. Twardo, nieustępliwie, nie potrafi powiedzieć sobie: „stop”. Jak kopie to tak, by zatrzymać… (ze śmiechem). Ale to nie jest złośliwe – po prostu on tak ma. I to mu zostało.

Jesteś w ciągłym ruchu. I na boisku, i rzec można „geograficznie”. Dopiero co można było cię zobaczyć w Rotterdamie – mieście, gdzie wszystko się zaczęło. Twoja wielka podróż do przygody.
Feyenoord po 18 latach znów został mistrzem Holandii. Federacja holenderska i Feyenoord bardzo chcieli, bym to właśnie ja wręczył paterę.

Nic dziwnego, to właśnie z tobą w bramce Feyenoord po raz ostatni świętował tytuł mistrzowski.
Tak to się potoczyło. Teraz leciałem do Holandii na to świętowanie… dwa razy. Najpierw miało być po meczu z Excelsiorem Rotterdam. Ale Excelsior sprawił psikusa – wygrał 3:0. Fajna sprawa w sumie, bo Excelsior to w zasadzie satelicki klub Feyenoordu, a jednak się postawił i to w tak ważnym dla Feyenoordu meczu. Normalny futbol, chęć wygranej. No i trzeba było odwlec koronację. Poleciałem do Rotterdamu drugi raz. Tym razem paterę wręczyłem. Wszystko to było bardzo sympatyczne.

Nie wiem, czy się zgodzisz – ale jest takie wrażenie, że Liga Mistrzów, a przynajmniej jej finisz, robi się nudna. Przez ostatnich pięć sezonów tylko cztery kluby dzieliły między siebie miejsca w finale.
Ta przewidywalność staje się jakimś problemem, to prawda. UEFA jakoś musi sobie z nią spróbować poradzić, choć oczywiście o radykalnym odwróceniu trendu nie ma mowy. Tylko od czasu do czasu takie rodzynki jak Monaco w tym sezonie potrafią naruszyć ten stan rzeczy. Ale widzimy, że wyraźnie dominują kluby hiszpańskie plus Juventus plus gdzieś tam Bayern się wysoko zaplącze, Chelsea ma swoje ambicje. Ale przecież też znamy przyczynę. Decyduje pieniądz, to są bardzo bogate kluby, a przepaść między tymi najbogatszymi a resztą się pogłębia a nie zmniejsza.

Wygrałeś Ligę Mistrzów z Liverpoolem. Ostatnio angielskim klubom nie idzie za dobrze. Od 2012 – Chelsea, o której wspomniałeś – nie potrafiły dotrzeć do finału. A to przecież Premier League jest najbogatszą ligą.
Ale też najbardziej wymagającą. Piłkarze w Premier League są w niebywały sposób eksploatowani. 20 zespołów, do tego równolegle grane dwa krajowe puchary. Na dodatek w Premier League nie ma „przeproś” – tam nie masz meczów, w których możesz wystawić z lekka rezerwowy skład, jak to bywa w Hiszpanii. Real ma takie mecze, że nawet jak da odpocząć tym najwięcej grającym, i tak wygra. W Anglii to niemożliwe. Każdy mecz musisz grać na maksa, nieważne czy z czołówką, czy z dołem tabeli. To raz, a dwa, że to nie jest żaden mit, że sędziowie w Anglii na więcej pozwalają niż w innych ligach. Naprawdę tak jest. Gra w Premier League jest przez to o wiele bardziej angażująca fizycznie niż w innych ligach, to dodatkowo eksploatuje piłkarzy. No i potem płacą za to czy w decydujących grach w Lidze Mistrzów, czy także w reprezentacji.

Rozmawiał Marcin Kalita

Inne artykuły o: Zagranica

Wszystkie teksty, zdjęcia, grafiki i inne dane znajdujące się w serwisie Futbolfejs.pl chronione są prawami autorskimi.

Użycie skopiowanych lub pobranych materiałów bez pisemnej zgody Autora jest zabronione.

Serwis przeznaczony dla odbiorców posługujących się językiem polskim, ale mieszkających w krajach, gdzie zakłady bukmacherskie są legalne.

Projekt i realizacja Konrad Siuda & Stukot Pikseli