Zgrupowanie kadry niby takie samo, a jednak zupełnie inne

Autor wpisu: 8 listopada 2016 09:03

Przez trzy lata pracy z reprezentacją stworzyliśmy pewien schemat i nie zamierzamy go zmieniać – mówił na niedzielnej konferencji selekcjoner kadry Adam Nawałka. Plan pracy kadry przed meczami z Rumunią (11.11) i Słowenią (14.11) jest podobny do tego, jaki obowiązywał zazwyczaj. Zmieniła się atmosfera – to czuć już po pierwszym dniu. No i oczywiście nie ma już zabrudzonego dywanu. To też czuć.

Nawałka o wypracowanym schemacie mówił odpowiadając na pytanie, czy po aferze alkoholowej zamierza coś zmieniać w organizacji pracy z kadrą. Nie zamierza. Kadra zjechała się do tego samego hotelu w Warszawie (Double Tree by Hilton), do którego zjeżdża się od dawna. Nic tu się nie zmieniło. Po październikowym zgrzycie współpraca jest kontynuowana. W hotelu stawili się wszyscy oprócz Macieja Sadloka, który dotrzeć ma dziś. Prawdopodobnie dziś też wyjedzie kontuzjowany Maciej Rybus.

Początek zgrupowania wyglądał podobnie, jak pierwsze dni poprzednich zgrupowań. Podobnie, ale nie tak samo – piłkarze przez cały dzień w różnych godzinach pojawiali się przy recepcji, a następnie znikali w windzie. Do windy odprowadzało ich dwóch ochroniarzy (wcześniej żaden lub jeden). Niektórzy korzystali z tylnego wejście i w recepcji nie pojawiali się w ogóle (to coraz powszechniejsza praktyka). Nieliczni spośród tych, którzy skorzystali z wejścia głównego zatrzymali się przy ściankach do wywiadów (coraz mniej powszechna praktyka). Pod drzwiami (tymi głównymi) tradycyjnie na autografy polowali kibice, ale w porównaniu z poprzednimi zgrupowaniami tym razem była ich tylko garstka. Wieczorem w hotelowej kawiarni nie było żon/partnerek zawodników, nie było agentów, ani znajomych. Podczas poprzednich zgrupowań ruch był znacznie większy. Piłkarze nie pokazywali się w miejscach, które mogłyby nasuwać jakieś skojarzenia z promilami (czyli barach). Nie pojawiali się nawet tam, gdzie od pólek z alkoholem dzielił ich spory dystans. Poruszali się korytarzami niedostępnymi dla innych.

Po kolacji reprezentanci mieli zaplanowane spotkanie z selekcjonerem. Spotkanie, na którym Nawałka miał im przypomnieć „o zasadach funkcjonowania w reprezentacji”. Tak to ujął selekcjoner na niedzielnej konferencji. A tak naprawdę szykowała się po prostu połajanka, o czym wszyscy dobrze wiedzieli. I na to się nastawiali.
Nawałka jeszcze w niedzielę na pytania dziennikarzy odnośnie afery odpowiadał długo, spokojnie, czasem z uśmiechem. Pokusił się nawet o żart. Gdy miał już dość pytań o incydenty z poprzedniego zgrupowania, powiedział: „aferę Double Tree Gate” uważam za zamkniętą. Przystanął nawet na mniej oficjalne rozmowy po konferencji. Ale piłkarze wiedzą, że uśmiech Nawałki bywa mylący, że selekcjoner potrafi być też groźny i stanowczy.
Taką twarz musiał pokazać podczas pierwszego spotkania z piłkarzami. Musiał po to, żeby to przede wszystkim zawodnicy, a nie dziennikarze poczuli, że żarty się skończyły. Imprezowiczem dał drugą szansę, co już było dużym ustępstwem. Gdyby nie pokazał, że naprawdę jest wkurzony, gdyby nie dał im jasno do zrozumienia, że za kolejny wybryk będzie bezwzględna dyskwalifikacja, straciłby autorytet. Nawałka za długo pracuje w tym zawodzie, z różnymi sytuacjami miał do czynienia, by nie wiedzieć, że przez najbliższe dni musi być surowym ojcem. Piłkarze też wiedzą, że nie mogą się teraz wychylić, czymkolwiek narazić i podpaść. Nawet gdyby Nawałka udawał, że nic się nie stało, to przez najbliższy tydzień drużyna będzie chodzić jak oddział wojska. Zmieniła się więc atmosfera – z biesiadnej, na pełną skupienia. To czuć po pierwszym dniu. Podobno wymieniono też feralny dywan. I to też czuć na piętrze, które zajęła kadra. Podobno.

Aha, co do kar. Nawałka w niedzielę zdradził tylko tyle, że chodziło o więcej niż dwóch zawodników („Przegląd Sportowy” podał nazwiska Łukasza Teodorczyka i Artura Boruca). Tajemnicą poliszynela jest, że podpadniętych jest mniej więcej cztery razy więcej. Selekcjoner nie podał też do wiadomości jak wysokie kary piłkarze maja zapłacić. Zaczynają krążyć legendy, że ci najbardziej podpadnięci muszą zapłacić nawet po kilkadziesiąt tysięcy złotych. Jest nawet wersja, że jeden ma zapłacić 100 tysięcy. Ale to tylko legendy, w które niekoniecznie trzeba uwierzyć.

Wszystkie teksty, zdjęcia, grafiki i inne dane znajdujące się w serwisie Futbolfejs.pl chronione są prawami autorskimi.

Użycie skopiowanych lub pobranych materiałów bez pisemnej zgody Autora jest zabronione.

Serwis przeznaczony dla odbiorców posługujących się językiem polskim, ale mieszkających w krajach, gdzie zakłady bukmacherskie są legalne.

Projekt i realizacja Konrad Siuda & Stukot Pikseli