RYCZEL: Moje z Borucem rozmowy

Autor wpisu: 9 listopada 2017 17:14

Sergiusz Ryczel przez niemal 10 lat był reporterem relacjonującym zgrupowania i mecze reprezentacji Polski dla telewizji nSport, TVN, TVN24 i NC+. W kadrze była to „epoka Artura Boruca”. Obu panów połączyła swoista relacja, nie będzie nadużyciem napisać, że się zaprzyjaźnili. To Ryczelowi Boruc udzielił swojego najgłośniejszego wywiadu, w którym nazwał Franciszka Smudę „Dyzmą”. W piątek Boruc zagra w reprezentacji po raz ostatni. Redakcja Futbolfejs.pl poprosiła Sergiusza o osobiste wspomnienie o Arturze i o rozmowach, jakie toczyli. To trzeba przeczytać.

Wieczór 28 marca 2009 r. Trybuny cały czas wyją „Artur Boruc – Celtic number one”. Tyle że to nie Celtic Park w katolickiej części Glasgow, ale protestancki Belfast, któremu wyzwanie rzucił kilkadziesiąt godzin wcześniej „Arczi”. I przegrał. Nie trafił w piłkę zagraną przez „Żewłaka”. Co za banał.
Mecz się kończy. Artur jest na granicy wściekłości i załamania nerwowego. Wchodzi razem z resztą reprezentantów do tuneliku prowadzącego do zapyziałych szatni.
Ja już tam czekam z operatorem, kamerą i mikrofonem. Ręka na klatę bramkarza, żeby go na chwilę zatrzymać (bo Boruc idzie jak czołg) i szybko rzucone: „Artur, staniesz do wywiadu?” Wywinął się, nawet nie spojrzał, poszedł. Zignorował mnie jak nigdy.
Moja porażka? Chyba jednak sukces, bo nie złamał mi ręki, a przecież ta moja akcja, to było jak położenie się pod TIR-a. Boruc to był jednak dobry kumpel – nie zrobiłby tego. Chyba. Potem mi zresztą powiedział, że miałem szczęście. Zaskoczyłem go i… nie zdążył zareagować.

Taki już jest „Arczi”. Tak bardzo szczery i prawdziwy we wszystkim, co mówi i robi. Nie chce gadać – nie gada, ma wątpliwości co do intencji – kończy znajomość. Czasami o tym poinformuje, czasami nie. Telefon odbierze albo nie raczy. Zdaje się, że nigdy nie robi niczego wbrew sobie. Tak jest zdrowo dla duszy. Wrażliwej duszy potężnego faceta.

Gdy pogrzebał w płytach CD w swoim domu w Glasgow, włożył do odtwarzacza Michała Bajora, zaśpiewał kawałek i mówi mi: – Zawsze chciałem go poznać i trafiła się okazja…
Gdy z kolej siedzieliśmy wieczorem przy piwie – w knajpce przy florenckiej ciemnej ulicy – i gadaliśmy o życiu, wyjął telefon i puścił piosenkę, przy której wspomina matkę. Łezka zakręciła się w jego oku. A może też i w moim… Normalne, prawda? Pewnie, że normalne. Przecież to normalny człowiek z krwi i kości. Dlatego tak bardzo i po ludzku wkurzało mnie, gdy dziennikarze i kibice walili w niego jak w bęben. Tworzyli teorie, sprzedawali bardziej lub mniej prawdziwe historie z prywatnego życia. Robią tak zawsze, prawda, ale ja tego gościa poznałem lepiej i ciężko było tego słuchać i to czytać.

Pierwszy raz pojechałem do niego w 2006 roku, gdy kanał nSport zaczynał pokazywać Ligę Mistrzów, z grającym w niej Celtikiem oczywiście. „Arczi” był wtedy na topie. Jedynym bohaterem nieudanych mistrzostw świata w Niemczech. W Glasgow już pisała się jego legenda. Wszystko na miejscu załatwił sam. Zabrał mnie i operatora na trening, zostawił kluczyki do samochodu, obeszliśmy klubowe pomieszczenia, muzeum, zaprosił do domu, a na koniec odwiózł do hotelu. Artur zawsze chciał być otwarty. Jak tylko poczuł taki sygnał z wewnątrz, choć wiele razy się na tym przejechał. Wtedy w Glasgow grał jeszcze jeden Polak. Z Maćkiem Żurawskim spotkaliśmy się tylko na stadionie, po powrocie z boiska treningowego.

Pamiętam też wizytę u Artura po derbach Glasgow, poprzedzonych kilkunastomiesięcznymi zawirowaniami wokół naszego bramkarza. Fatalne eliminacje mistrzostw świata 2010, ostatnie mecze Leo Beenhakkera, a prywatnie rozwód z żoną i – siłą rzeczy – rozstanie z synem. Przyjechaliśmy nagrać poważną, szczerą rozmowę z facetem po przejściach. My jeszcze pod stadionem, nagrywamy wyśpiewujących na cześć Boruca kibiców, a on dzwoni: – Jesteś? To wpadaj szybko, bo wiesz, znajomi przyjechali i wolałbym to szybko załatwić.
Oż ty w mordę, no nie do końca taki był plan. Przecież przyjechaliśmy specjalnie, po dużą, szczerą rozmowę… Ale co począć, w samochód i jedziemy. Zabytkowy domek ładny, „Arczi” wita, znajomi są, jedzą obiadek, a rolę pani domu pełni już Sara Mannei. To gdzie nagrywamy? Na pięterku, w salce kinowej. Rozstawiamy się ze sprzętem, schodzimy na dół wyrwać „Arcziego” na – jak wspominałem – szczerą rozmowę o życiu i trochę o piłce. Przyszedł na górę z… całym towarzystwem. Oni zasiedli w kinowych fotelach, a ja z „Arczim” na dywanie. „Kuurrrrr… ” – pomyślałem, gówno z tego będzie. Żadnej intymności, żadnej atmosfery do zwierzeń. Ale nagraliśmy. Mówił szczerze? Nie do końca. W sumie nie musiał. Przecież to jego życie.

W tej rozmowie na pięterku zahaczyliśmy też o tak zwaną „aferę lwowską”. Trzeba było zrobić kilka cięć, bo afera dęta, wszyscy na pięterku wiedzą, o czym gadamy, a przecież było zabawnie. I tu, i tam. Jak Artura pytam, jak to było, a on: – No co się głupio pytasz, przecież byłeś?
Rezolutny, młody człowiek. Właściwie to jego reakcja była zasadna, bo przecież wiedziałem, że żaden z nas nie miał pojęcia, co się we lwowskim hotelu działo naprawdę. A działo się dużo, głównie poza pokojem, w którym Artura odwiedziłem.
Hotel kadry był 200 metrów od mojego, przy głównym placu we Lwowie. Zamiast uganiać się za dziewczynami, lepszym pomysłem było spotkać się i pogadać z piłkarzami. Wieczór był, chłopaki po kolacji, po przegranym właśnie towarzyskim meczu z Ukrainą, w którym Artur nie zagrał. Bardzo to przeżył. Gdyby trener Beenhakker pozwolił piłkarzom wyjść z hotelu, spotkalibyśmy się w jakiejś restauracji w mieście. Jak to nieraz w tamtych czasach bywało. Inne to czasy były, fakt. Inne relacje dziennikarzy z piłkarzami.
Kto był jeszcze w pokoju? Historii jest tyle, że gdybym przytoczył kolejną i tak nie wiedzielibyście, którą zapamiętać. Afera? Aferę to zrobili z tego ludzie z PZPN, którym nie w smak było, że Leo Beenhakker zaraz rozpocznie kolejne eliminacje, po nieudanym EURO 2008. Boruc, Dariusz Dudka i Radek Majewski zostali zawieszeni. „Arczi” szybciutko wrócił do kadry.

Na mistrzostwa świata do RPA reprezentacja nie pojechała. Kadrę przejął Franciszek Smuda. Pytam Artura, co on na to, i jak widzi siebie w kadrze przygotowującej się do polsko-ukraińskiego EURO 2012? A „Arczi” ściszonym głosem, półgębkiem (choć nikt nas nie podsłuchiwał): – Stary, ja nie wiem. To jest Nikodem Dyzma polskiego futbolu. Bez kitu. Nie mam pojęcia.
Kilka miesięcy później lecę do Boruca do Florencji. Był w kadrze Smudy przez chwilę, a potem – pod pretekstem „transoceanicznej afery samolotowej” – znów miał z niej wypaść. Miał, bo lecąc do Włoch, już wiedziałem co powie i to miało tylko wyprzedzić ruch Smudy , który zamierzał wyrzucić go z kadry.
Dla mnie osobiście ta wyprawa do Florencji była trudną robotą. Szczerze powiem, że zanim włączyliśmy kamerę, powiedziałem mu, że możemy tego nie robić i żeby się zastanowił, co chce powiedzieć. Miałem wyrzuty sumienia, że go do tego zachęciłem wcześniej. Sprawy i tak już zaszły za daleko i cokolwiek by nie powiedział, decyzji Smudy by nie zmienił, ale ja miałem dylemat i jakiś niesmak. Artur wypalił z tym Dyzmą i jeszcze wspomniał coś o jełopie, któremu się coś do głowy przykleiło, przez którego wszystko poszło się j… Tak myślał, tak powiedział. Tym razem szczerze do bólu. Bez względu na konsekwencje. Taki już jest.

TU FRAGMENT TEGO WYWIADU:

We Florencji byłem jeszcze dwa razy. Raz zupełnie prywatnie, przejazdem. Zjedliśmy wtedy z dziewczynami kolację, a towarzyszył nam Wojtek Gąssowski – ten od „Prywatek”. Śmiechu, śpiewu i anegdot było co niemiara.
Innym razem przyjechałem zrobić rozmowę do takiego mini dokumentu o Arturze. Dobrze, że się wtedy nie przeziębił, bo kadr znaleźliśmy na jednym z dachów. Piękny był stamtąd widok, słonecznie, ale zimno jak cholera. Po pół godzinie, nie wiem czy z racji zimna, czy tak czuł, mówi mi: „Skończmy już, to nie jest ciekawe”.

Było – wystarczyło, że wszystko złożyliśmy do kupy. Tak jak całe życie Artura. W tym jego sportowa kariera. Gdziekolwiek nie szedł, miał nie grać, a grał… wszędzie. W Legii, Celtiku, Fiorentinie, Southampton, Bournemouth. Nawet u Smudy zagrał. Krótko, fakt, ale zagrał. Ten nie pokochał go tak jak Gordon Strachan czy Leo Beenhakker.
W piątek, w reprezentacji Artura żegnać będzie pełen Stadion Narodowy, „Lewy” ze zgrają chłopaków nowej generacji i Adam Nawałka, który zawsze był w porządku.
Dla mnie „Arczi” to cała przygoda z kadrą. Nigdy już nie będzie taka sama. Dzięki za te lata, Byku.

SERGIUSZ RYCZEL, CANAL PLUS SPORT

Inne artykuły o: Reprezentacja

  • Paweł Krawczyk

    Ale żenada z tym „Gdy z KOLEJ”…

Wszystkie teksty, zdjęcia, grafiki i inne dane znajdujące się w serwisie Futbolfejs.pl chronione są prawami autorskimi.

Użycie skopiowanych lub pobranych materiałów bez pisemnej zgody Autora jest zabronione.

Serwis przeznaczony dla odbiorców posługujących się językiem polskim, ale mieszkających w krajach, gdzie zakłady bukmacherskie są legalne.

Projekt i realizacja Konrad Siuda & Stukot Pikseli