Igor Lewczuk, czyli konfitura z 75-procentową zawartością owoców

Autor wpisu: 9 listopada 2016 23:54

Igor Lewczuk 10 lat temu spotkał się w Zniczu Pruszków z Robertem Lewandowskim. Jeszcze niedawno wydawało się, że obaj piłkarze są na dwóch planetach z różnych galaktyk, ale od września spotykają się regularnie na zgrupowaniach reprezentacji Polski. Lewandowski jest gwiazdą, kapitanem kadry, Lewczuk wciąż czeka na szansę od Adama Nawałki. Ale na pewno mówimy o tej samej galaktyce.

FUTBOLFEJS: Nie wiem, czy poznałeś już kuchnię francuską, ale polecam ci ślimaki po burgundzku.
IGOR LEWCZUK: Oj, ślimaki to nie, tym bardziej po burgundzku. Chyba się nie przemogę. Wolę tradycyjną kuchnię, nie lubię kombinować.

Miesiąc temu na zgrupowaniu byłeś jeszcze w lekkiej gorączce transferowej. Ostygła już po transferze do Bordeaux?
Ostygła, już miesiąc temu było w porządku. Miałem na głowie jeszcze trochę spraw organizacyjnych. Nie da się wszystkiego załatwić od ręki, trzeba nieraz poczekać i przejść przez różne biurokratyczne procedury.

Najważniejsze – dom znaleziony? Rodzina sprowadzona?
Tak, dom już jest, urządzony, rodzina ze mną mieszka. Dzieciaki poszły właśnie do francuskiego przedszkola.

Igor Lewczuk opowiada o kulisach transferu do Bordeaux

Powiedziałeś w jednym z wywiadów, że w transferze żona bardzo ci pomogła, bo sam byłeś sceptyczny. Wahałeś się?
Może nie byłem sceptyczny, po prostu trzeba było chwilę pomyśleć, rozwiać wątpliwości. Nie było tak, że przechodziłem do Bordeaux z jakiegoś małego klubu i oferta finansowa była pięć razy lepsza, więc nie było nad czym się zastanawiać. Było, bo grałem w Legii, wygraliśmy mistrzostwo i Puchar Polski, awansowaliśmy do Ligi Mistrzów. Zaczęliśmy z żoną w Warszawie układać życie, żeby osiąść tu na stałe, kupiliśmy dom. Chcieliśmy w końcu mieć własny kąt, bo do tej pory wciąż mieliśmy część rzeczy u teściów i moich rodziców. Patrząc przez pryzmat mojego wieku, oferta była niespodziewana. Ale żona rzeczywiście stanęła po mojej stronie. Powiedziała: cokolwiek zdecydujesz, to się zgadzam. Sama też zrezygnowała z atrakcyjnej oferty pracy. Może za parę lat wróci do tematu.

Czy potwierdzasz, że przeskok między większością polskich klubów a Legią jest mniej więcej taki sam, albo nawet większy niż między Legią i dobrym klubem europejskim?
Jestem tego najlepszym przykładem. Organizacyjnie Legia w Europie nie ma się czego wstydzić. Wręcz przeciwnie.

MK_legia-lech_160415219

Jak to jest – w wieku 31 lat po raz pierwszy wejść do szatni nowej drużyny w innym kraju? Poczułeś się znowu jak nowicjusz?
Wcześniej sprawdziłem, kto gra w tym zespole, więc nie wchodziłem do szatni w ciemno. Jest tam kilka nazwisk, w Polsce Bordeaux też wszyscy kojarzą. W szatni, w której przebieramy się przed meczami, na ścianach wiszą numery. I pod każdym numerem wypisane są nazwiska zawodników, którzy z danym numerem w Bordeaux kiedyś grali. Gdy widzę, że tutaj przebierali się Zidane, Deschamps, Lizarazu, to zdaję sobie sprawę, że trafiłem do znanego klubu, w którym grały wielkie gwiazdy. Przeskok jakiś odczuwam, ale myślę, że dobrze wszedłem do drużyny.

Czy jako młodszy zawodnik, albo nawet młody chłopak miałeś jakąś wymarzoną ligę, do której chciałeś trafić?
Nie. Dawno temu podziwiałem Barcelonę z czasów Stoiczkowa, Romario. Gdybym teraz miał 20 lat i propozycję z Zachodu, to mógłbym mówić o ulubionych ligach. A ja mam 31 i dopiero od 3-4 lat grałem w polskiej lidze na dobrym poziomie. Wcześniej byłem zwykłym ligowym dżemem. W takiej sytuacji trzeba patrzeć realnie na własne możliwości.

Gdy w ostatnich latach patrzyłeś na Roberta Lewandowskiego, z którym grałeś w Zniczu Pruszków, to co sobie myślałeś? Ale chłopak odjechał?
Nic nie myślałem, bo w Pruszkowie nie startowaliśmy z tego samego pułapu. Ja w Zniczu prezentowałem się średnio, Robert strzelał wiele goli, był gwiazdą drużyny, wkrótce przeszedł do Lecha. Starałem się robić swoje, ale z perspektywy czasu wiem, że gdy przeszedłem do Jagiellonii, nie dawałem z siebie maksa zarówno jeśli chodzi o sprawy boiskowe, jak i pozaboiskowe. I zostałem sprawiedliwie oceniony przez ligę.

Z Robertem wspominacie na zgrupowaniach pruszkowskie czasy?
Rozmawialiśmy ostatnio o obozach w Trzciance organizowanych przez Sylwiusza „Muchę” Orlińskiego.

W twojej karierze chyba sporo jest tych przaśnych historii?
Dużo więcej w niej folkloru niż u Roberta.

Słyszałem, że miałeś barwne życie w akademiku w czasie studiów na AWF.
Jak to student, różne rzeczy się robiło, ale bez przegięcia. Byłem taką średnią akademicką. Później w akademiku zainstalowali kamery, to musiało być spokojniej.

Historia, którą z tamtych czasów najbardziej zapamiętałeś?
Oj, dużo tego było. Ale pamiętam taką scenę: leżymy z obecną żoną w łóżku, a tu nagle przez okno widzimy, że z trzeciego piętra spada chłopak. Patrzymy, leży na chodniku. Wzywamy karetkę. Następnego dnia… chłopak przychodzi na zajęcia z tenisa. Okazało się, że uciekł ze szpitala. Przyszedł i prosi, żeby mu kupić dwa piwa, bo go głowa boli. Mówię: człowieku, wracaj do tego szpitala, przebadaj się. Innym razem ktoś z trzeciego piętra schodził po linie, bo bawił się w komandosa.

Ty długo bawiłeś się w piłkarza, późno wskoczyłeś na wysoki poziom profesjonalnej piłki, ale to też może mieć swoje plusy, bo masz mniej wyeksploatowany organizm. Wyglądasz na okaz zdrowia.
Na pewno nie jest tak, że potrzebuję coraz więcej czasu na regenerację. Po meczu szybko do siebie dochodzę, nie potrzebuję kilku dni odpoczynku.

Co w ostatnich latach zmieniłeś w swoim podejściu do pracy najbardziej? Jak się teraz konserwujesz?
Więcej czasu poświęcam na odnowę biologiczną, na ćwiczenia przed treningiem i po treningu. Gdy grałem w Jagiellonii, czy Ruchu raczej byłem w tej grupie piłkarzy, którzy patrzyli na zegarek i chcieli jak najszybciej wrócić do domu. Teraz z kolei jestem wśród tych, którzy są pierwsi w szatni i jako ostatni wyjeżdżają z klubu. Nie jestem już dżemem, raczej konfiturą z 75-procentową zawartością owoców.

Skoro wspominasz ten dżem, to zapytam: dopadła cię moda na zdrowe odżywianie?
Nie jestem typem, który wrzuca gdzieś w mediach społecznościowych zdjęcia, jakim to ja jestem profesjonalistą, jak zdrowo się żywię, a potem odchodzi od komputera i robi zupełnie co innego. Nie korzystam z żadnych Facebooków i Twitterów. Odżywiam się  zdrowo, ale robię to dla siebie, bo po prostu lepiej się czuję.

Lewczuk: Strzykawka z adrenaliną była już przygotowana, na szczęście obyło się bez strzału w serce

Liga francuska jest bardziej wymagająca pod względem fizycznym niż polska?
Nie. Treningi w Polsce czy we Francji różnią się tylko filozofią danego trenera. Z drugiej strony, ja nie przeszedłem z Bordeaux okresu przygotowawczego, a w sezonie między meczami treningi są inne.

Polski ligowiec wyjeżdża na Zachód i często siada na ławce, potem narzeka, że zmienił się trener. A tu latem wyjechał Karol Linetty do Serie A i gra, wyjechał Lewczuk do Ligue 1 i też gra. Czasy się zmieniły?
Nie wiem, czy czasy się zmieniły, czy w tym wszystkim kluczowe jest szczęście. Nieraz bywa tak, że przychodzi ktoś do drużyny, która wygrywa. I wiadomo, że trener wtedy niechętnie chce coś zmieniać w składzie. Nie możesz wtedy mieć pretensji do nikogo, trzeba pracować i czekać. Ale wtedy zaczynają pojawiać się głosy w mediach: aha, wyjechał i siedzi. Mimo że czasem ci, co piszą, nie znają szczegółów.

Ty nie dałeś powodu do takich publikacji w Bordeaux, masz już pewną historię występów.
Przed wyjazdem rozmawiałem z Dominikiem Furmanem, co jest najważniejsze, jak to jest, gdy się nie zna języka. Dominik powiedział: najważniejsza jest gra. Jeśli będziesz grał, to nie będzie z tym problemu, nie będziesz grał – problemy będą. A wszystko zależy od ludzi, z którymi pracujesz. W Bordeaux szatnia jest naprawdę w porządku.

Pytałeś akurat tego, któremu we Francji nie wyszło.
Bo może miał pecha. Może miał problemy fizyczne, bo w wielu drużynach francuskich w środku grają zbóje. Na pewno nie odstawał pod względem piłkarskim.

Podczas poprzedniego zgrupowania rozmawialiśmy o sytuacji Legii. Wtedy była beznadziejna, przegrała dwa mecze w Lidze Mistrzów – 0:6 z Borussią i 0:2 ze Sportingiem. Po takim meczu, jak ten ostatni z Realem nie kłuje cię w środku, że fajnie byłoby jednak zagrać w tej Champions League?
Przede wszystkim cieszę się z tego, że sytuacja Legii diametralnie się zmieniła, że zaczyna gonić czołówkę w ekstraklasie. Co do Realu, to większość piłkarzy chciałoby zagrać przeciwko tej drużynie, ale nie ma czego żałować, bo we Francji mam takich rywali, że biedy nie ma.

MK_legia-dundalk_x111

W co mierzycie z Bordeaux w tym sezonie?
W pierwszą piątkę. Mamy na to potencjał. W zespole jest fajna mieszanka młodych zawodników z doświadczonymi.

Dużą masz konkurencję w środku obrony?
Gdzieś przeczytałem, że przychodzę grać, bo w obronie musi występować magazynier. Nic z tych rzeczy, jest czterech kandydatów na dwa miejsca. I to solidnych kandydatów.

Konkurencja jest też w kadrze, ale tutaj twoja pozycja jest trochę inna. Byłeś rozczarowany, że nie zagrałeś w meczach z Danią i Armenią? Zwłaszcza, że nie mógł grać Michał Pazdan.
Mogłem być rozczarowany, ale na pewno nie obrażony. Nie mam ku temu powodów. Znam swoje zadania: mam stawić się na zgrupowaniu i robić wszystko, żeby przekonać trenera. A jeśli się nie uda, to trzeba robić jeszcze więcej. Tyle.

Po ostatnim zgrupowaniu miałeś obawy o to, że następne powołanie nie przyjdzie, czy nadzieję, że może zwolni się miejsce w obronie? Wiesz o czym mówię?
Wyczekiwałem na powołanie, o żadnych innych sprawach nie myślałem.

Jak zdrowie, bo przyjechałeś na zgrupowanie reprezentacji z lekkim urazem stawu skokowego?
Urazu nabawiłem się w meczu Pucharu Ligi z Chateauroux. Badania wykazały tylko tyle, że jest miejsce zapalne. Zniknął już krwiak, ale stopa nie goi się w takim tempie, jakbym chciał, ciągle pobolewa. Ale nie jest to taki ból, którego nie można wytrzymać, trzeba się tylko przemóc.

Rozmawiał: Piotr Wierzbicki

Wszystkie teksty, zdjęcia, grafiki i inne dane znajdujące się w serwisie Futbolfejs.pl chronione są prawami autorskimi.

Użycie skopiowanych lub pobranych materiałów bez pisemnej zgody Autora jest zabronione.

Serwis przeznaczony dla odbiorców posługujących się językiem polskim, ale mieszkających w krajach, gdzie zakłady bukmacherskie są legalne.

Projekt i realizacja Konrad Siuda & Stukot Pikseli