Franciszek SMUDA: Każdy trener ustanawia swoje granice. I musi pilnować, by nie zostały przekroczone

Autor wpisu: 21 października 2016 10:23

Franciszek Smuda w rozmowie z Futbolfejs.pl o sprawach… przyjemnych i tych mniej przyjemnych. Czyli o tym, jak radzić sobie z alkoholem w kadrze narodowej, odwadze Legii Warszawa, momentach chwały Widzewa Łódź i… kolumbijskiej młodzieży.

Franciszek Smuda właśnie wrócił z kilkudniowego pobytu w Kolumbii, gdzie przebywał na zaproszenie byłego piłkarza Lecha Poznań Manuela Arboledy. Siłą rzeczy nie oglądał ostatnich meczów polskiej kadry, ale trudno było uniknąć tematu ostatniej afery z nocnym piciem i grą w karty kadrowiczów.

FUTBOLFEJS.PL: Nie było pana w Polsce w czasie ostatnich meczów reprezentacji, ale pewnie pan widział informacje o niespodziewanym „rozpasaniu” w kadrze. Jakaś rada, co robić w takiej sytuacji?
FRANCISZEK SMUDA: Powiem tak: teraz, w obliczu tego, co się dzieje, każdy może ocenić moje decyzje. Znacie je, były publiczne, nie skrywałem ich. Podjąłem i ogłosiłem. Czy walczyłem z alkoholem? Czy dobrze robiłem? To historia, o historii łatwiej rozmawiać, łatwiej oceniać. Więc oceniajcie, co zrobił dobrze, co źle.

Pańska kadra miała swoje historie. Peszko, Boruc, Michał Żewłakow… Głośno pan mówił o swoich decyzjach, ale też w niektórych przypadkach dawał się przebłagać.
Zawsze jest jakaś granica, kompromis, ale i – właśnie – granica kompromisu. Biorąc kadrę ma się świadomość, co się w niej wydarzyło wcześniej, ma się świadomość zachowań piłkarzy. Ja wiedziałem jedno – że nie może być recydywy. Albo jest się w reprezentacji, za którą stoi 40 milionów ludzi – bo taka jest prawda – albo poza nią. A jeżeli się w niej jest, to są zachowania, które nie mogą być tolerowane. Po prostu.

No tak, ale jednak selekcjoner, zresztą także trener w klubie, dostaje „do ręki” tak różne charaktery i tak różne temperamenty. Trudno chyba to ogarnąć.
To dobra obserwacja – tak, najtrudniejszym zadaniem trenera jest zrobienie jednej drużyny z bardzo różnych charakterów. Z ludzi różniących się podejściem do życia, z podejściem do odpowiedzialności. Musisz z nich zrobić rozumiejącą się grupę. To olbrzymie wyzwanie i tak naprawdę najtrudniejsze wyzwanie selekcjonera, także trenera drużyny klubowej. No tak, po tym poznaje się rękę trenera – czy sobie z tym radzi, czy nie.

No, ale z drugiej strony ten trener musi się liczyć z tym, że pracuje z grupą dwudziestoparoletnich gości, z których jednak przynajmniej część ma tendencje do „rozrywkowych” zachowań.
Odpowiem inaczej. Dlaczego na przykład Lewandowski nie podpada w takich sytuacjach? Bo to jest zawodowiec pełną gębą. Nie ma, że zapalił, że wypił, że za późno poszedł spać. On chce odnieść sukces – on jako Lewandowski, jako piłkarz drużyny klubowej, reprezentacji. I dziś tacy zawodowcy są w cenie, oni robią największą karierę, bo mają świadomość celu. Nie pozwolą sobie na nieodpowiedzialne zachowania.

No dobrze, ale polska piłka pełna jest przykładów piłkarzy, którzy – oględnie mówiąc – za kołnierz nie wylewali, a zrobili duże kariery. Choćby najbardziej jaskrawe – Okoński, Kowalczyk…
To były kompletnie inne czasy. Nie porównujmy tego. Nie wolno tego porównywać! Teraz na takim poziomie rywalizacji, jak gra reprezentacja Polski czy nasi w najsilniejszych ligach Europy, jest zupełnie inny poziom treningu, intensywności treningu, intensywności meczu. Kompletnie nieporównywalna dynamika, agresywność gry. Elementy życia piłkarza, które na to wpływają negatywnie, zostają ograniczone do minimum. Po prostu – organizm ludzki ma swoje granice. Profesjonalista pełną gębą w dzisiejszym świecie nie może sobie pozwolić na pewne zachowania, bo nie wytrzyma fizycznie. To już nie ten świat, gdy na kacu można było wyjść na boisko i być najlepszym. To po protu niemożliwe.

Inaczej – to jeśli ten Lewandowski jest profesjonalistą i kapitanem drużyny narodowej, czemu nie weźmie jednego z drugim za kapotę i nie przywoła do porządku?
Tak, można mówić że to reprezentacja, że to koledzy. To część prawdy. Ale jednak każdy z nich jest też indywidualnością i każdy ma swoje indywidualne cele i dążenia. Przebywając ze sobą stają się grupą pod kątem piłkarskim. Rozumieją swoje zachowania na boisku, potrafią przewidywać, co kolega chce zrobić, jak zagrać. Ale prywatnie to takie osobowości, że mogą zdarzać się takie sytuacje, gdy ktoś – określmy to tak – odpali świecę.

Zawsze można powiedzieć, że jednak piłkarze to nie mnisi.
To kwestia zaufania. Taki przykład. Wracaliśmy z Widzewem z wygranego meczu na Górnym Śląsku. Ja zadowolony, drużyna zadowolona. Pytanie: trenerze, czy jak dojedziemy do Łodzi możemy pójść do tej knajpki koło stadionu Widzewa na piwko? Możecie – jedno, dwa wam nie zaszkodzi, ale bez przegięcia. W nocy telefon od jednego z łódzkich dziennikarzy: – Trenerze, pańscy piłkarze tu piją piwo! A ja: – Wiem, pozwoliłem im. To jest właśnie zaufanie. Nie krycie się po pokojach. Tylko otwarcie i wprost: trenerze, możemy? Możecie, ale… coś tam. Każdy ustanawia swoje granice. Ale pilnuje by te granice nie były przekraczane. Zwłaszcza, jeśli mówimy o reprezentacji Polski.

Pan nie wahał się z głośnym piętnowaniem zachowań, które panu nie pasowały. Dziś – fakty są wyraziste, słowa jakieś stonowane. 
Ja nie ukrywałem. Mówiłem, co mi się nie podoba. I koniec. Dziś niech każdy oceni, czy miałem rację. Tej sytuacji w kadrze Adama nie mam zamiaru oceniać. Nie byłem, nie widziałem, nie mam podstaw, by oceniać. Adam sam musi sobie z tym poradzić.

Wrócił pan z Kolumbii i pierwsze, co zobaczył to 1:5 Legii z Realem. Jakie wrażenia?
Zwłaszcza w pierwszej połowie legioniści potrafili kilka razy zagrozić bramce Realu. Akcje, karny, gol, słupek – to robiło wrażenie. Bo wszyscy się nastawili na to, że jadąc do Madrytu Legia nie wyjdzie z pola karnego. Nie można odmówić chłopakom – dali po prostu z siebie wszystko. To trzeba docenić. A że Real wiedział, że nie musi się wysilać, że nie musi grać agresywnie, na maksa, że może się pooszczędzać. No wiedział, gdy zobaczył mecz Legii z Borussią. Ale to nie odbiera Legii odwagi.

Czyli jednak jest pan stronie tych, którzy raczej starają się dostrzec pozytywy?
Tak, Legia nie musi się wstydzić, bo była odważna w tym, co zagrała. Wstyd to by był, jakby postawiła autobus przed swoją bramką, a rywale walili po nerach. I tak dostałaby pięć, sześć czy siedem, bo i tak by się to skończyło. Trzeba samego siebie zapytać – a co ja mam do stracenia? Wrażenie! I to wrażenie Legia, mimo końcowego wyniku, uratowała.

No dobra, ale gdzie myśmy doszli przez 20 lat. Jak pański Widzew grał z Borussią – przypomnijmy: drużyną, która wtedy zmierzała po triumf w Lidze Mistrzów – to wszyscy oczekiwali od was zwycięstwa. I byliście tego zwycięstwa blisko. A my tu cieszymy się, że przy 1:5 wstydu nie było.
To były inne czasy. Taka jest prawda. Gdy graliśmy z Widzewem przeciwko Dortmundowi,  graliśmy bez strachu. Główne przesłanie było takie, że jeśli w drugiej linii sprawimy im kłopoty, to będą mieli problemy. I tak było. Oni na końcu wygrali ten pierwszy mecz w Dortmundzie 2:1, ale szczęśliwie. W rewanżu było już 2:1 dla nas. Wyrównali, ale po jakich golach! Dla nich to nie był epizod. Dla najlepszej wtedy drużyny Europy to był mecz, który trzeba było wywalczyć, wyszarpać. W całym cyklu rozgrywek Ligi Mistrzów tylko my i Atletico Madryt, czyli ówczesny mistrz Hiszpanii, potrafiliśmy Borussii wyrwać punkty! Oni wszystkie pozostałe mecze powygrywali! A remis z nami uratowali po faulu Kohlera na Majaku, co można zobaczyć, jak ktoś poszuka.


A jak prowadziłem Wisłę zagraliśmy przecież przeciwko Barcelonie. Większość komentatorów modliła się, byśmy nie dostali „pakunku”, a myśmy po prostu grali z nimi w piłkę. Ten mecz wyglądał jak mecz piłkarski, bo atakowaliśmy, chcieliśmy wygrać, po prostu. I byliśmy blisko. Mimo że w tej Barcelonie grali Kluivert, Rivaldo, Luis Enrique, Overmars, Xavi. Trzy razy obejmowaliśmy w Krakowie prowadzenie. Ostatecznie przegraliśmy 3:4, bo Kluivert z Rivaldo wykorzystali fakt, że chłopaki na chwilę stanęli w defensywie.

No właśnie – o tym mówię. Wtedy można było, dziś się tylko modlimy o najniższy wymiar kary.
To w dużej mierze kwestia finansów klubów. Pamiętam, jak byliśmy odsunięci od pucharów i pojechaliśmy zagrać towarzysko z Olympiakosem Pireus. Cupiał się nimi zachwycił: Ależ grają! A oni wtedy właśnie kupili dwóch piłkarzy płacąc za nich jakieś 15 milionów euro. I ci piłkarze robili im różnicę, dali wejść na zupełnie inny poziom gry. U nas dziś wciąż problemem jest transfer piłkarza do klubu za milion euro. Tylko Legia może sobie na to pozwolić, ale dochodzi inny aspekt. Jak już bierzesz tego piłkarza za milion euro, to on na tle twojego zespołu musi być piłkarzem wybitnym. Wybitnym! Musi podnieść twoją jakość. I zawsze warto się zastanowić, czy – jak już cię stać – to nie lepiej kupić jednego naprawdę świetnego zamiast trzech czy czterech owszem drogich, ale w gruncie rzeczy przeciętnych.

Czyli wszystko sprowadza się do kształtowania kadry mistrza Polski, z czym nie radziły sobie latami i Wisła, i Lech, i Legia.
Nie raz już to podkreślałem, że wszystko rozbija się o sprzedawanie zawodników. Pamiętam, jak mieliśmy grać z Lechem w pucharach. Były zakusy na kilku naszych. Prezesi już liczyli kasę, dużą, w milionach euro. A ja wtedy powiedziałem wprost – nie sprzedawajcie. Bo można mieć większą korzyść z tego, że ci piłkarze zostaną w klubie. Zagramy w pucharach, z nimi awansujemy, będzie kasa za puchary, a ich wartość jeszcze wzrośnie. I w Lechu mnie posłuchano. Przeszliśmy eliminacje, zakwalifikowaliśmy się do grupy Ligi Europy, przeszliśmy grupę, awansowaliśmy do fazy pucharowej. Były pieniądze i byli piłkarze, którzy przestali być dla Europy anonimowi. Szefowie Lecha to wtedy zrozumieli, ale nie każdy to rozumie. W polskich klubach brakuje cierpliwości.

Jak pan postrzega Legię Jacka Magiery?
Magiera pierwszy raz samodzielnie prowadzi zespół tak wysoko pozycjonowany, ekstraklasy. Układa go po swojemu, to oczywiste. Stara się. A czy to wystarczy do sukcesu? A co daje gwarancję sukcesu? Po prawdzie żaden trener. Nawet Mourinho. Jak słyszę, że ktoś mówi: „ja, ja, wezmę ten zespół”. To weź i pokaż, czy potrafisz coś z nim zrobić. To niezmienna prawda dotycząca trenerów.

Wraca pan właśnie z Kolumbii, gdzie był pan na zaproszenie Manuela Arboledy. Co zrobiło największe wrażenie?
Poziom gry młodych piłkarzy. To wręcz niebywałe, jaki poziom prezentują tamtejsi 16-, 17-, 18-latkowie. To, że technicznie są świetni, to że piłka nie przeszkadza im w grze – to oczywistość w przypadku południowców. Ale największe wrażenie robi ich przygotowanie fizyczne, walka, twardość w grze. Ta fizyczna intensywność, agresja w meczach tych młodych jest taka jak u nas w seniorach, w ekstraklasie. A sędziowie też do tego dostosowują swoją interpretację przepisów i pozwalają grać. Wygląda to naprawdę świetnie.

Czyli my za bardzo chuchamy?
Takie można odnieść wrażenie. Poza tym oni mają jeszcze trochę inną świadomość celu. Często pochodzą z biednych rodzin, ze środowisk, gdzie naprawdę trudno się żyje. Wzór Jamesa, który zabezpieczył sobie życie finansowo dzięki piłce – i innych podobnych gwiazd, działa na wyobraźnię tych młodych chłopaków.

Był pan także na meczu reprezentacji Kolumbii.
Wrażenia z trybun też są wyjątkowe. Oczywiście, u nas także jest gorący doping dla reprezentacji, bez dwóch zdań. Ale tam to jest żywioł. Jak to u południowców. Te śpiewy, różnorodność dopingu, eksplozja trybun są nie do podrobienia.

Rozmawiał Marcin Kalita

Wszystkie teksty, zdjęcia, grafiki i inne dane znajdujące się w serwisie Futbolfejs.pl chronione są prawami autorskimi.

Użycie skopiowanych lub pobranych materiałów bez pisemnej zgody Autora jest zabronione.

Serwis przeznaczony dla odbiorców posługujących się językiem polskim, ale mieszkających w krajach, gdzie zakłady bukmacherskie są legalne.

Projekt i realizacja Konrad Siuda & Stukot Pikseli