Już nie łączy ich piłka? Upadek AMO Warszawa. Część 1.

Autor wpisu: 24 października 2015 20:53

Co się stało z warszawską Akademią Młodych Orłów? O sztandarowym projekcie PZPN dotyczącym szkolenia młodzieży zaginął w stolicy słuch. W tym roku szkolnym młodzi piłkarze nie wybiegli już na mokotowskiego orlika. Nie wybiegli też na żadne inne boisko…

Zaczęło się z wielką pompą. Zresztą czemu tu się dziwić? Przecież nikt nie powinien sobie żałować, kiedy w grę wchodzi przyszłość polskiej piłki. Autorski projekt ludzi z PZPN, scentralizowany i nadzorowany przez najpoważniejszych ekspertów futbolu młodzieżowego w kraju (taki przynajmniej poszedł ze związku przekaz), został zainaugurowany hucznie i z przytupem. Były fanfary, płomienne przemówienia, poważne deklaracje, a wszystko w blasku fleszy i kamer. Projekt dumnie nazwany Akademią Młodych Orłów (choć z akademią niewiele ma wspólnego) miał być modelowym przykładem tego, jak nowy PZPN zabrał się za szkolenie młodzieży. Celem – wyłowienie najzdolniejszych dzieci z regionu, pomoc im w dalszym rozwoju, a co za tym idzie – wychowanie i wyszkolenie przyszłych reprezentantów różnych kategorii wiekowych. Wszystko w barwach i przy finansowym wsparciu Polskiego Związku Piłki Nożnej. Orlik przy Kazimierzowskiej został obwieszony czerwonymi banerami z logiem PZPN i hasłem przewodnim: „Łączy nas piłka!”. Efekt był imponujący. Można było pomyśleć, że obiekt przejął we władanie związek. Kolorowe reklamy robiły wrażenie. Głównie na rodzicach młodych piłkarzy. Przyszłość projektu (czyli także dzieci) miała być świetlana.

Tymczasem sztandarowa lokalizacja dla AMO, w centrum Warszawy (wybrano ją nieprzypadkowo) – runęła jak domek z kart. Dziś obiekt nie jest już tak kolorowy. Czerwone banery po cichutku pozdejmowano, widocznie w tym miejscu przestała łączyć nas piłka… Pozostałością wskazującą, że AMO Warszawa w ogóle istniała, są blaszane budki postawione nad ławkami rezerwowych. W barwach PZPN.
W stolicy AMO rozpoczęła działalność wiosną 2014 roku. Minęło kilkanaście miesięcy i słuch po niej zaginął.  AMO Warszawa skonała w ciszy. Bez fanfar i płomiennych przemówień. Dzieciaki i rozczarowanych rodziców pozostawiono samych sobie.

amo

Opowiada pan Marcin (nazwisko do wiadomości redakcji), którego syn przeszedł do AMO z warszawskiej Gwardii: – Gwardii trafił się bardzo zdolny rocznik. Zespół mojego syna wygrał turniej Deichmanna, czyli nieoficjalne mistrzostwa Polski U-9. Ta drużyna faktycznie coś potrafiła, ale Gwardia to tylko Gwardia. Klub bez boiska z prawdziwego zdarzenia, z marnym zapleczem. Poza tym wszechobecny organizacyjny chaos. Dlatego kiedy pojawiło się hasło „centralne szkolenie młodzieży pod egidą PZPN”, od razu zapachniało profesjonalizmem. I na początku rzeczywiście my, rodzice, zostaliśmy tym projektem zafascynowani.

AMO przeznaczona jest dla dzieci w wieku 6–11 lat. Zamysł jest taki, by pod pezetpeenowskie skrzydła trafiała najzdolniejsza młodzież z regionu. Zajęcia są bezpłatne (finansuje je związek), ale do akademii nie trafia nikt przypadkowy, tylko ci, którzy przejdą odpowiednie testy. Syn pana Marcina przeszedł.

– Nas, rodziców kilka razy zaproszono do siedziby PZPN. Kawa, herbata, ciasteczko, profesjonalna prezentacja, którą prowadziła pani Magdalena Urbańska (Dyrektor Departamentu Grassroots w PZPN – przyp. red.). Zaczęło się naprawdę super. Organizacja i rozmach, jak na polskie warunki, niespotykany. Wyglądało na to, że wszystko jest poukładane na tip-top – opowiada.

Trochę dziwić mógł tylko termin odpalenia projektu. No bo czerwiec to miesiąc, kiedy dzieciaki już myślą o wakacjach. Zaledwie kilka tygodni treningów i dwumiesięczna przerwa. Ktoś najwyraźniej nie do końca to przemyślał, ale też z tego akurat powodu nikt kopii nie kruszył. Pierwszy zgrzyt pojawił się z innego.

Pan Marcin: – „W Polsce dzieci za dużo trenują. Jest ligologia. Trzeba to zmienić i w AMO to się zmieni” – przekonywała nas pani Urbańska. Zapewniała, że zajęcia będą urozmaicone, prowadzone przez fachowców najwyższej klasy. Pojawiać się miał na nich nawet Marcin Dorna, czyli najważniejszy trener piłki młodzieżowej w kraju. „Chłopców nie można przemęczać. Zadbamy o ich ogólny rozwój fizyczny” – mówiła. Mnie to akurat odpowiadało, bo uważałem, że w Gwardii syn za dużo trenuje.
Problem w tym, że takie wytyczne obowiązywały do wakacji. Po wakacjach okazało się, że dzieci – według trenerów –  ćwiczą zbyt mało…  Można się było zastanawiać, czy aby na pewno wszystko zostało zaplanowanie,  przemyślane i jest realizowane według jednego projektu.

amo

– Dzieci rozgrywały mecze? – pytamy.
– Nie. Miały być mecze, ale nie było. Nikt tego nie zorganizował. Z perspektywy sportowego rozwoju dziecka to oczywiście błąd. Mecz jest podsumowaniem tego, co udało się wypracować podczas treningów, wyrabia w chłopcach nawyk sportowej rywalizacji.
– Czyli według projektu, w ciągu czterech lat zajęć w AMO chłopcy mieli tylko trenować? Bez rozgrywania żadnych spotkań?
– Na to wygląda.

To był drugi zgrzyt. Trzeci okazał się już prawdziwą bombą i początkiem końca AMO w Warszawie.
– Jednym z głównych założeń i przy okazji atutów tej inicjatywy – kontynuuje pan Marcin – było to, że AMO ma być blisko domu. Chodziło o to, by nie wozić dziecka na trening dwie godziny w jedną stronę i dwie z powrotem. W Warszawie AMO wystartowała na Mokotowie, na orliku przy Kazimierzowskiej („Sprawdziliśmy wszystkie orliki i wybraliśmy najlepsze boisko w Warszawie” – chwalili się w PZPN), więc siłą rzeczy najwięcej chłopców było z Mokotowa. W listopadzie pojawił się komunikat, że przenosimy się na… Kawęczyńską, na Pragę. Na ludzi padła groza.
Wyglądało na to, że nikt w PZPN nie pomyślał odpowiednio wcześniej, by na czas jesienno-zimowy wynająć chłopcom halę. Za szukanie zabrano się za późno. W efekcie udało się wynająć tylko halę na Pradze, kilkanaście kilometrów od Mokotowa, po drugiej stronie Wisły, gdzie dojazd w jedną stronę w godzinach szczytu zajmował około dwie godziny. Poza tym hala okazała się zwykłą szkolną salą gimnastyczną z żadną tam sztuczną trawą tylko parkietem.
Nie po to rezygnowaliśmy z treningów w klubie i zapisywaliśmy się do AMO, w której zajęcia miały być blisko domu, żeby teraz przez kilka miesięcy jeździć po kilkanaście kilometrów w jedną i drugą stronę. Na domiar złego, ledwo zaczęły się zajęcia na Kawęczyńskiej, spłonął Most Łazienkowski. To już była masakra. Raz na skutek korków spóźniliśmy się na zajęcia około 20 minut. Wiozłem syna i jego kolegę. Wpadamy zdyszani na salę, a trener krótko: – „Spóźniliście się, więc nie wchodzicie”. Przejechaliśmy się tylko w tę i z powrotem.
Nic dziwnego, że AMO zaczęła się kruszyć. – Chłopcy po kolei zaczęli opuszczać akademię. Po pierwsze, ta Praga i nieznośny dojazd. Po drugie, tylko dwa treningi w tygodniu, bez meczów i żadnych poważnych perspektyw. W pewnym momencie było tak mało zawodników, że aby to miało jakikolwiek sens, trener Libich ściągał na zajęcia chłopców trenujących w… Polonii.

amo

– Pana syn wrócił do Gwardii?
– Nie. Ludzie w Gwardii tak się wściekli, że poszliśmy do AMO, iż nie było szans na powrót. Zresztą wbrew temu, co sugeruje PZPN, że AMO to wsparcie dla klubów, że wszystko odbywa się we współpracy, inicjatywa nie była uzgodniona z klubami. Przynajmniej w Warszawie. Tutaj AMO traktowana jest jako drenowanie klubów. Wyciąganie najlepszych w zamian za bliżej niesprecyzowane obietnice…

– Była szansa, by chłopak wrócił do klubu? – pytamy Janusza Klimczewskiego, trenera rocznika 2005 w Gwardii Warszawa.
– Nie było. W ogóle nie było mowy o współpracy AMO z naszym klubem. Zresztą pewnie i nie tylko z naszym – odpowiada Klimczewski.
– Dlaczego?
– AMO swoją działalność w Warszawie rozpoczęła od rozbijania klubów. PZPN zagrał poniżej pasa, wyciągając najlepszych chłopców. Mamił tylko dzieci i ich rodziców. A to wizją darmowych koszulek reprezentacji, a to wizją darmowego sprzętu, czy wyjazdów na zagraniczne turnieje. No i taki otumaniony dzieciak zostawiał klub i szedł do AMO. Już wiadomo, że wyszła z tego jedna wielka lipa. Dziś warto zadać pytanie: czemu to miało służyć? Bo na pewno nie dobru dzieci – dodaje Klimczewski.

W tym roku szkolnym AMO w stolicy już nie została reaktywowana. Zresztą nie tylko chłopców zaczęło ubywać. PZPN okazał się nieskuteczny w rozmowach z miastem, w efekcie czego nie znalazło się żadne boisko do treningu. Młodzi piłkarze nie wrócili już na mokotowskiego orlika.
Z korespondencji dyrektor Urbańskiej z rodzicami, którą nam udostępnili rozczarowani rodzice: „Niestety, nie możemy nic więcej zrobić bez partnera, jakim jest Miasto. Dlatego też AMO Warszawa zostaje zawieszone do odwołania. Chciałabym bardzo podkreślić, że Polski Związek Piłki Nożnej dołożył wszelkich starań, aby AMO Warszawa funkcjonowało tak sprawnie jak w pozostałych 23 miastach na terenie całego kraju. Jednocześnie bardzo Państwu dziękuję za cierpliwości i jest mi niezmiernie przykro, że muszę przekazać taką wiadomość. Dziękuje też Michałowi Libichowi i Maćkowi Anglartowi za ich starania i determinację (…)”.

Rozmawialiśmy z Magdaleną Urbańską z PZPN na ten temat. Pani dyrektor podtrzymuje stanowisko zawarte w wyżej wymienionej korespondencji, jednak nie życzy sobie, by ją cytować bez – jak się wyraziła: „zgody Dyrektora Departamentu Mediów”.

amo

A co na to miasto? W Biurze Sportu i Rekreacji Miasta Stołecznego Warszawy poproszono o pytania na piśmie. – Odpowiemy tak szybko, jak tylko będzie to możliwe – usłyszeliśmy. Pytania dostali, na odpowiedź wciąż czekamy.

„Pani Magdo
Wiem, że to już historia, ale dlaczego tak późno zostały podjęte przez PZPN działania i dopiero na wiosnę tego roku rozpoczęto rozmowy z miastem? Dlaczego dopiero w lipcu br. zostały rozesłane pisma do dzielnic?!
Te wszystkie działania powinny być podjęte rok temu, przecież AMO wystartowało w czerwcu ubiegłego roku, a nabór prowadzony był jeszcze wcześniej w kwietniu i maju. Już wtedy powinny być prowadzone rozmowy o zabezpieczeniu obiektów na przyszły sezon. Zadziwiające jest, że startując z tak dużym projektem, nie mieliście Państwo zarezerwowanych obiektów chociaż na jeden sezon.
O ile poziom sportowy AMO (kwalifikacje i zaangażowanie trenerów, umiejętności małych piłkarzy) oceniam – i myślę, że nie jestem w tej ocenie odosobniony – wysoko, o tyle poziom organizacyjny pozostawiał wiele do życzenia, czego skutkiem jest właśnie zawieszenie projektu.
Niestety i w tym przypadku potwierdziła się smutna prawda, że nawet najlepszy projekt można uwalić…”

Ta odpowiedź jednego z rodziców wydaje się najlepszym podsumowaniem. A nam się w głowie nie mieści, że PZPN, który w Warszawie potrafi wynająć dla siebie Stadion Narodowy (i nawet załatwić darmową komunikację miejską dla kibiców w dni meczowe), nie jest w stanie zapewnić… jednego orlika do szkolenia młodzieży. To chyba pierwsza tak duża i prestiżowa porażka PZPN w kadencji Zbigniewa Bońka.

Inne artykuły o: Polecane | PZPN

Wszystkie teksty, zdjęcia, grafiki i inne dane znajdujące się w serwisie Futbolfejs.pl chronione są prawami autorskimi.

Użycie skopiowanych lub pobranych materiałów bez pisemnej zgody Autora jest zabronione.

Serwis przeznaczony dla odbiorców posługujących się językiem polskim, ale mieszkających w krajach, gdzie zakłady bukmacherskie są legalne.

Projekt i realizacja Konrad Siuda & Stukot Pikseli