Dawidowski: „Kto wie, czy w niedzielę nie rzucę tego wszystkiego w diabły…”. Panie Witku, świetny pomysł!

Autor wpisu: 2 czerwca 2016 18:52

Zaapelowaliśmy wczoraj do Witolda Dawidowskiego, by dał już sobie spokój z kolejną kadencją i zrezygnował ze startu w wyborach na prezesa Podlaskiego Związku Piłki Nożnej. 16 lat to chyba dość. Prawdę mówiąc, wiele sobie po tym apelu nie obiecywaliśmy, choć… – A może w niedzielę rzucę to wszystko w diabły i powiem, że jednak nie kandyduję – powiedział nam dziś pan Witek. Więc kto wie?

No dobra, mimo szczerych chęci, w cuda jednak nie wierzymy. A coś nam się zdaje, że wycofanie się Dawidowskiego z tego wyścigu na ostatniej prostej, czyli tuż przed wyborami, które w niedzielę, taki cudem mimo wszystko by było. Szczególnie po tym, co zobaczyliśmy i usłyszeliśmy w Białymstoku. Zaniosło nas tam, bo chcieliśmy z bliska przyjrzeć się finiszowi kampanii na Podlasiu.
Być może stwierdzicie, że zwariowaliśmy i chyba nie mamy co robić, skoro zajmujemy się lokalnymi wyborami gdzieś na dalekim Podlasiu. No to będziecie w błędzie. Po pierwsze, wcale nie zwariowaliśmy i wiemy, co robimy. Po drugie, te wybory nie są wcale takie nieważne. Podlasie to chyba ostatni (albo jeden z ostatnich) bastion, gdzie od kilkunastu lat rządy niepodzielnie sprawuje działacz żywcem wyjęty z poprzedniej epoki, w efekcie czego podlaski związek przypomina bardziej skansen niż nowoczesne stowarzyszenie. Na wielu płaszczyznach – organizacyjnej, komunikacyjnej, finansowej itd. Tak przynajmniej uważają ci, którzy zjednoczyli się wokół Sławomira Kopczewskiego (kontrkandydata Dawidowskiego) w jednym celu (a jak wiadomo, nic tak nie jednoczy, jak wspólny wróg) – uwolnić podlaską piłkę od pana Witka. Argument prosty i logiczny – związek nie ruszy z kopyta pod żadnym względem, jeśli na jego czele nadal stać będzie Dawidowski, którego rządy doprowadziły do tego, że podlaski związek (najmniejszy w kraju, liczy tylko 68 klubów) jest zadłużony; w ciągu pięciu lat zniknęło z niego aż 10 klubów; ma siedzibę, która przypomina kurnik znajdujący się gdzieś na peryferiach miasta; stronę internetową na żenującym poziomie i budżet w wysokości 1,5 mln zł, z którymi nie wiadomo, co się dzieje. Krótko mówiąc, obciach. Nie dziwimy się, że sytuacja dojrzała do tego, by coś z tym zrobić.
No, ale jeszcze trzeba z Dawidowskim wygrać. A ten – trzeba przyznać – trzyma się mocno i nie puszcza. Właśnie zwołał konferencję prasową, na której przekonywał, że pozyskał z Grupy Lotos 5 mln zł dla związku na szkolenie dzieci i młodzieży. Na potwierdzenie przyniósł pismo podpisane przez wiceprezesa Lotosu Marcina Jastrzębskiego. Problem w tym, że z tego pisma kompletnie nic nie wynika, poza tym, że Dawidowski spotkał się z przedstawicielami Lotosu i usłyszał, jak to w województwie pomorskim Lotos prowadzi pilotażowy projekt społeczno-sportowy „Piłkarska Przyszłość z LOTOSEM”, w ramach którego 3 tys. dzieciaków z regionu kształtuje swoje umiejętności piłkarskie. O pięciu milionach dla podlaskiego związku ani słowa. Nawet o złotówce ani słowa. Ale kto tam będzie się wczytywał? Jest pismo, są słowa prezesa o grubej forsie i to powinno przekonać niedowiarków. Nas nie przekonało.
Dawidowski ponarzekał przy okazji na kontrkandydata, że organizuje wystawne przyjęcia, na których próbuje przekabacić delegatów na swoją stronę. – Ja przynajmniej piję za swoje – stwierdził. Na co nie potrafiliśmy ugryźć się w język, więc dodaliśmy: – Być może, ale po tym piciu wsiada pan za kierownicę, powoduje wypadek, po czym aż trzy razy próbuje uciekać przed policją. Słabo jak na prezesa związku, który chce uchodzić za poważny. Nie godzi.
Dawidowski się nie obraził. Trzymał fason i z lekką skruchą przyznał: – Nie godzi, jasne. Zdarzyło się. Myślałem, że się dobrze czuję, było ciepło, więc się przeliczyłem. Ale mam nauczkę i więcej tego nie zrobię.
Potem były narzekania, że kluby nie zapraszają go na mecze, a przecież jemu, jako prezesowi, powinno się należeć. Z szacunku.
Znów nie mogliśmy się powstrzymać. – Może nie zapraszają, bo wiedzą, jak zachował się pan niedawno w Zambrowie, przy okazji meczu Olimpii, kiedy pijanego nie wpuszczono pana na stadion. Stał pan później pod płotem, wyzywał działaczy i krzyczał: „Olimpia ch…!”. Pamięta pan? (PISALIŚMY O TYM TUTAJ).
– To incydent, który został przejaskrawiony. Być może lekko byłem podpity, ale nikogo nie wyzywałem i na pewno się nie awanturowałem. Rozmawiałem z wiceprezesem Olimpii i wie pan, co mi powiedział: „Słuchaj, wygłupiliśmy się i za dużo powiedzieliśmy”. Dzwoniłem na drugi dzień do pana burmistrza i on też był zszokowany, że ktoś takie rzeczy naopowiadał. Mówił, że to hańba dla wszystkich.
– Czyja hańba? Prezesów Olimpii? Czy pana?
– Nie oskarżam tu nikogo personalnie. Po prostu hańba, że to puszczono do mediów. Nie służy to poprawie wizerunku podlaskiego związku.

No i tak sobie z prezesem Dawidowskim można było rozmawiać bez końca. Cały pan Witek, nie widzi problemu w tym, że pijany przyjeżdża na mecz do klubu, który jest członkiem związku, którym zarządza. Problem widzi raczej w tym, że ktoś podaje ten fakt do publicznej wiadomości. I to właśnie nazywa hańbą. Logika godna Ugolina, który tłumaczył, że pożarł własne dzieci, by uratować im ojca…

A jak już przy tym Zambrowie jesteśmy, to zapytaliśmy prezesa klubu, Cezarego Kuleszę (nie mylić z Cezarym Kuleszą z Jagiellonii – imię i nazwisko to samo, ale to dwie różne osoby), jak to z tym wszystkim było. – Nie znałem do tej pory pana Dawidowskiego, więc podczas tego słynnego już incydentu, widząc, jak jakiś facet szarpie się z ochroną, pytam swojego wiceprezesa, pana Chojnowskiego, kto tam się awanturuje. Jak on mi powiedział, to aż zrobiło mi się wstyd. Wstyd w imieniu całej podlaskiej piłki nożnej. Kompromitacja…
I hańba (to już od nas)…
Tak czy inaczej, nie można powiedzieć, że pan Witek nie słucha, co się do niego mówi. Pomni tego doświadczenia raz jeszcze poprosiliśmy, by dał sobie spokój i się wycofał. – Naprawdę nie miał pan takiej myśli, nie przyszła do głowy refleksja, że po tych 16 latach już wystarczy, że niech teraz męczy się z tym ktoś inny? Nie warto zająć się teraz sobą, rodziną, zadbać o zdrowie?
– Wie pan co? Już cztery lata temu obiecałem, że na następną kadencję nie będę kandydował. Ale myślałem, że dochowam się w tym czasie następcy. Jednak się nie dochowałem. Proszą mnie więc współpracownicy, bym nie rezygnował, bym został. To co mam zrobić? Chociaż jak tak sobie teraz myślę, to kto wie, czy w niedzielę nie rzucę tego wszystkiego w diabły i nie powiem, że nie startuję – powiedział na koniec.
Panie Witku, to naprawdę świetny pomysł!

Inne artykuły o: Polecane | PZPN

  • y

    Kolejny artykuł na zamówienie, brak obiektywizmu, pisany w taki sposób aby wywołać tanią sensację, niestety autor po raz kolejny pokazał, że z dziennikarstwem nie ma nic wspólnego, żenada

  • Kocham_Witka!

    Jaki artykuł na zamówienie? Szczera prawda. Lokalny folklor. Pił i jechał samochodem. Pił i awanturował się na meczu. Obiecywał, ze nie będzie startował. To same fakty. Jeśli ktos ma jakąkolwiek wiedze, wie że to wszystko jest prawda, Szkoda, że dziennikarz nie przyjrzał sie tez jego przydupasom, bo oni też nie mają czystego sumienia. A dziennikarze lokalni siedza cicho, bo też mają za uszami … 16 lat to wystarczajaco dużo, by „wychować” przyjaciół….

  • as

    oczywiście, że na zamówienie. Jest nieobiektywny i stronniczy. Autor lansuje się na kogoś, kto może pouczać czytającego, bo on wie wszystko lepiej. Na czyje zamówienie? chyba wszystko jasne

Wszystkie teksty, zdjęcia, grafiki i inne dane znajdujące się w serwisie Futbolfejs.pl chronione są prawami autorskimi.

Użycie skopiowanych lub pobranych materiałów bez pisemnej zgody Autora jest zabronione.

Serwis przeznaczony dla odbiorców posługujących się językiem polskim, ale mieszkających w krajach, gdzie zakłady bukmacherskie są legalne.

Projekt i realizacja Konrad Siuda & Stukot Pikseli