Co Boniek odpowie Cackowi? Nocny szczyt kampanii wciąż przed kandydatami

Autor wpisu: 27 października 2016 13:17

Ja się Bońkowi nie dziwię. Już król pruski Fryderyk II mawiał, że owszem – można posługiwać się kanaliami, ale w żadnym wypadku nie należy się z nimi spoufalać.

Jeśli ktoś spodziewał się merytorycznej dyskusji na programy i argumenty, to znaczy, że jest wyjątkowo naiwny. Od początku tej kampanii widać było, że zamiast konkretów, czeka nas mniejsza lub większa hucpa. Na szczęście na koniec pojawiły się konkrety. I to mocne. Dobrze więc byłoby, patrząc na to wszystko, co działo się przez ostatnie trzy tygodnie w związku z wyborami w PZPN, oddzielić hucpę od konkretów. Tak jak oddziela się ziarno od plew.

Zaczęło się oczywiście od hucpy, czyli listy hańby i rozjeżdżania Wojciechowskiego, zanim ten zdążył jeszcze powiedzieć „be” czy „me”. Histeria, jaka rozpętała się wśród „przyjaciół” prezesa zaraz po tym, jak okazało się, że JW zdołał się zarejestrować, wiele mówiła o tym, co zdarzy się w następnych dniach. Ale też wiele o tym, że jednak ktoś obawia się, że ten Wojciechowski może Bońkowi mimo wszystko zaszkodzić.
Boniek, kiedy „przyjaciele” robili swoje, co prawda milczał, puszczając co najwyżej komunikaty w stylu „Tak jak wszystkich przeciwników w sporcie trzeba szanować, tak ja podchodzę do pana Józefa”, ale nie ma się czemu dziwić. Już król pruski Fryderyk II mawiał, że owszem – można posługiwać się kanaliami, ale w żadnym wypadku nie należy się z nimi spoufalać.

Później mieliśmy hucpy ciąg dalszy w postaci odgrzewanych kotletów dotyczących miejsca zamieszkania prezesa i tego, że reklamuje pewną firmę bukmacherską, następnie próżne nawoływania do debaty, które Boniek konsekwentnie olewał, przekomarzanie się o słynne maszynki, czyli sposób głosowania, wreszcie spór o to, kto wygrał w tenisa – bo wersje obu rywali były skrajnie różne. A na końcu wielki zarzut do JW, że nie wpuścił kilku dziennikarzy do swojej firmy. Zarzut, który w jakiś nad wyraz absurdalny sposób urósł do monstrualnych rozmiarów i który miał być głównym powodem tego, że JW nie nadaje się na prezesa PZPN (sic!).

Niemniej dobrze się stało, że Józef Wojciechowski rzucił wyzwanie Bońkowi. Przy wielu swoich minusach w tej – nazwijmy to kampanii – to był jego zdecydowanie największy plus.
Po pierwsze, Boniek i jego świta wreszcie zreflektowali się, że mimo wszystko trzeba się będzie trochę nagimnastykować i napocić. Bo długo karmieni wizją braku rywala dla Bońka, zdążyli się już oswoić z myślą, że wybory będą czystą formalnością. Że prezes drugą kadencję wygra przez aklamację. Więc i Boniek ruszył w teren. Obdarował na przykład Stadion Śląski meczem o Superpuchar, czyli prezentem z gatunku takich, których nikt nie chce dostać. Pojawił się też w Kielcach na konferencji Bezpieczny Stadion, gdzie rozdał parę nagród – dziwnym zbiegiem okoliczności akurat w wyborczym tygodniu, i tak dalej.

Ale dużo ważniejsze od aktywności prezesa jest to, że dzięki startowi Wojciechowskiego w wyborach pojawiły się nowe fakty. I to takie, które stawiają Bońka w zupełnie innym, nieznanym dotąd świetle. I nie jest to bynajmniej światło chwały.
Bo tu już nie chodzi o to, czy prezes PZPN i kandydat na kolejną kadencję mieszka w Rzymie więcej niż pół roku, czy może mniej. Tu już nie chodzi o to, czy jako prezes POLSKIEGO Związku Piłki Nożnej jest twarzą nielegalnej w Polsce firmy bukmacherskiej i gdzie płaci podatki. Tu chodzi o coś dużo bardziej poważnego.

CACEK O BOŃKU: Na Widzewie zarobił kupę kasy i zostawił go z gnojem w postaci afery korupcyjnej

Z obrazu, jaki kreśli Cacek, wyłania się obraz Bońka krętacza i, w opinii Cacka, osoby, która mogłaby zostać nawet postawiona przed sądem za przekręty w czasie przekształceń własnościowych w Widzewie. Mocne? Bardzo mocne. Rzeczowe i konkretne postawienie sprawy na ostrzu noża. Nie powinno pozostawić Bońka na te słowa obojętnym. Wręcz przeciwnie, zdaje się, że wymaga jak najszybszej reakcji. Tym bardziej że – jak mawiają wymowni Francuzi – kto raz był królem, ten zawsze zachowa majestat.

Honorowe wyjścia Boniek, jak się wydaje, ma dwa. Pierwsze to merytoryczne odniesienie się do argumentów Cacka i udowodnienie, że to jednak Cacek kłamie.
Drugie – jeśli jednak Cacek mówi prawdę i Boniek argumentów na obalenie tych tez nie ma – złożenie broni i rezygnacja ze startu w wyborach.
Jest jeszcze trzecie wyjście, ale ono już honorowe nie będzie. Można jak mantrę powtarzać w kółko „To są rzeczy śmieszne, specjalnie wyciągane tuż przed wyborami, a które miały miejsce dziesięć lat temu i które absolutnie były zrobione z poszanowaniem prawa”. Można napisać na Twitterze:

I w razie czego dla świętego spokoju dodać: „Oceni mnie Bóg i historia”. No i można przy okazji wypuścić zaprzyjaźnionych dziennikarzy, by rozszarpali Cacka. Mają w tym wprawę. Ale to nie byłaby na pewno merytoryczna odpowiedź na zarzuty.

Nie byłoby dobrze nie tylko dla Bońka, ale i dla całej polskiej piłki, gdyby to wszystko, o czym mówi Cacek, zostało przemilczane i przynajmniej do czasu wyborów zamiecione pd dywan. Kampania dobiega końca, ale jej kulminacyjny moment dopiero nadchodzi. 118 delegatów, czyli ci, którzy zadecydują o wyborze prezesa PZPN, zostało zaproszonych do hotelu InterContinental w Warszawie na dzisiejszy wieczór na bankiet podsumowujący pierwszą kadencję Bońka. Ciekawe, czy któryś z nich zapyta go o rewelacje dotyczące przekształceń w Widzewie.
Jeszcze jakiś czas temu nie byłoby wątpliwości o to, kto wystąpi w roli trybuna ludu. Oczywiście nieoceniony Jan Tomaszewski – to w rozmowie z nim w 2007 roku w „Super Expressie” właśnie na temat zmian w Widzewie padło słynne zdanie: „Boniek to przestępca umoczony w tym gów… po uszy” (gwoli wyjaśnienia – Boniek wytoczył wtedy Tomaszewskiemu proces o zniesławienie, który wygrał). No ale jakiś czasu temu pan Janek przeszedł na jasną stronę mocy i dziś, gdyby coś takiego miał powiedzieć, pewnie udławiłby się z oburzenia własnym językiem.
Tak czy inaczej liczę na to, że znajdą się dociekliwi, którzy nie będą się bali powiedzieć Bońkowi, by skonfrontował to, co ma do powiedzenia w tej sprawie, z zarzutami stawianymi przez Cacka. Przy okazji może być tym bardziej ciekawie, że na bankiecie ma się pojawić między innymi też i… kandydat Wojciechowski. A niektóre wróble ćwierkają, że niewykluczona jest kurtuazyjna wizyta i samego Cacka.
Kampanijna noc zapowiada się więc burzliwie, zresztą to już taka tradycja wyborów na prezesa PZPN. Nie raz i nie dwa kandydaci na prezesów budzili się w wyborczy poranek w zupełnie nowej dla siebie rzeczywistości…

Inne artykuły o: Blogi | PZPN

Wszystkie teksty, zdjęcia, grafiki i inne dane znajdujące się w serwisie Futbolfejs.pl chronione są prawami autorskimi.

Użycie skopiowanych lub pobranych materiałów bez pisemnej zgody Autora jest zabronione.

Serwis przeznaczony dla odbiorców posługujących się językiem polskim, ale mieszkających w krajach, gdzie zakłady bukmacherskie są legalne.

Projekt i realizacja Konrad Siuda & Stukot Pikseli