Jeszcze tylko pięć wpierdoli i Gwiazdka…

Autor wpisu: 14 września 2016 23:53

Do Polski wróciła Liga Mistrzów. Dobre informację są dwie. Pierwsza, że w Warszawie można było zobaczyć na żywo prawdziwy futbol. Dzięki Borussii Dortmund. Druga jest taka, że w tych rozgrywkach czeka nas jeszcze tylko pięć wpierdoli i już będą święta Bożego Narodzenia. A Gwiazdkę przecież lubimy, prawda?

Kto liczył na niespodziankę, rączka w górę. Nie widzę. Teraz – po meczu już nikt? No tak, zrozumiałe. Nikt się nie przyzna. Porażka jest sierotą. A taka masakra piłą łańcuchową to już nawet jest bękartem. Już po kilku pierwszych minutach widać było, że niepotrzebnie spodziewaliśmy się cudu, bo cuda takiego kalibru się nie zdarzają. Przyjechał żółty walec budowlany i rozjechał mistrza Polski na placek.
Zobaczenie na tym samym boisku Legii (w jej obecnej dyspozycji) i jednej z najlepszych drużyn w Europie jest widokiem szokującym. Piłkarze BVB wyglądali, jakby przybyli z kosmosu i obok legionistów ktoś im pozwolił jeździć na motorach. Od początku widać było, że ta powszechna napinka na Ligę Mistrzów to jednak Legii bokiem wychodzi. Wszyscy czuli, że to coś wielkiego, wyjątkowego, wyczekanego. Że dzieją się rzeczy historyczne i niepowtarzalne. I to jest może dobre myślenie, ale dla… klubowego marketingowca. Bo on musi bilety sprzedać. Ale już piłkarze to muszą myśleć, że ta Liga Mistrzów to co prawda jest wyjątkowa, ale to oni są tu aktorami i muszą wierzyć, że są na miejscu i nie trafili tu przypadkiem. Trzeba spuścić z wysokich tonów, uspokoić skołatane nerwy i grać w piłkę na tyle, na ile się potrafi. Nic więcej. Tylko tyle. Ale Legia od początku wyglądała jak epileptyk, który się trzęsie i ma skołatane myśli depresyjne. Jakby każdy zawodnik myślał: – Cholera, ja to tu naprawdę jestem przypadkowo. Żeby się tylko nie wydało…
Taki Vadis Odjidja wygląda, jakby uciekł z turnusu w Ciechocinku. Wystawianie tego gościa – w obecnej dyspozycji fizycznej – na pozycji defensywnego pomocnika to jest nieszczęście i sabotaż. Kiedyś podobno przechodził obok poważnego futbolu, ale to było dawno. Chyba gdzieś w epoce kamienia łupanego. Odjidja umie czasem zagrać do przodu, ale defensywny pomocnik to musi też bronić i zapieprzać. Czasem nawet wejść między stoperów. Tymczasem Odjidja grał najczęściej wysoko i wygodnie. Wygodnie dla siebie.
Jak do niego dołożyć Tomasza Jodłowca – który nadal nie wrócił z Euro (trzeba sprawdzić, może w PZPN-ie coś o tym wiedzą) – to nawet nie dziwi, że do bramki Malarza prowadziła autostrada.
Sypały się kolejne gole, a Legii nadal nie było na boisku, nadal nie dojechała. Nie było pół piłkarza, który by spróbował coś zrobić, wziąć grę na siebie, powalczyć. No, pół to może było. Jedyny, który wierzył w to, że urodził się, żeby być piłkarzem, to był Guilherme. Popełniał błędy, ale chciał grać w piłkę. Nie był – za przeproszeniem – zesrany ze strachu.
Latem skład Legii „wietrzono” tak mocno, że gdy przyszło zagrać z Borussią, nikt nie był w stanie przewidzieć wyjściowej „jedenastki” gospodarzy. A gdy pojawił się skład, złośliwi na trybunach komentowali, że Besnik Hasi to chyba wylosował to zestawienie personalne z kapelusza, bo przecież taki Vako Kazaiszwili jest w klubie od dwóch tygodni i nie zagrał jeszcze meczu. A od razu, proszę: Liga Mistrzów na dzień dobry! Chłopakowi z Gruzji aż chce się żyć!
Na drugim biegunie emocjonalnym musiał być Nemanja Nikolić. Facet w pojedynkę wygrał Legii awans do Ligi Mistrzów – a czego dokonał w poprzednim sezonie, nawet nie ma sensu przypominać – ale jak przyszło zagrać z Borussią, to przesłano mu wiadomość ze sztabu Legii, że jednak jest futbolistą kieszonkowym i nie urósł tak mocno jak Aleksandar Prijović. Miano piłkarza wielkiego, a jednocześnie tylko mistrza własnego podwórka, chyba się już od Niko nie odklei…
Wystawienie pary stoperów Jakub Czerwiński – Maciej Dąbrowski może sensacją nie jest, ale dobitnie świadczy o pozycji Kuby Rzeźniczaka, który tym razem nie znalazł się nawet na ławce rezerwowych. Dobrze, że mu udziału w tym meczysku oszczędzono. I może się poczuć nawet lepiej, jak obejrzał swoich rywali do miejsca na środku obrony Legii. Czerwiński to się musiał mentalnie rozklekotać, jak mu zagrali hymn Ligi Mistrzów, bo dwa tygodnie temu siedział w Szczecinie i miał na połowę września zupełnie inne plany. Chyba go nikt na takie ciężary psychiczne nie przygotował.
Maciej Dąbrowski musi zrobić dwie rzeczy. Najpierw przestać zwalać winę na Czerwińskiego. A potem zadzwonić do trenera Piotra Stokowca do Lubina i zapytać: „Trenerze, jak to szło?”. Może w słuchawce usłyszy znowu, jak się gra w piłkę.
Swoje też musi myśleć Radović. Taki Vako Kazaiszwili wskoczył do składu za niego… znikąd. Inna sprawa, że Serb w Niecieczy nie dał podstaw do tego, żeby stawiać właśnie na niego, a i w tym meczu z Borussią wyglądał jak ktoś, kto na boisko wyszedł bezpośrednio po obiedzie. I robi mu się niedobrze. Nie tylko zresztą z przejedzenia, ale i od patrzenia na przykład na grę takiego Langila.
Steeven Langil to prawdopodobnie drugi – obok Guilherme – piłkarz Legii, który potrafi biegać tak szybko (no prawie) jak rywale z Dortmundu. Od legijnego Brazylijczyka odróżnia go jednak to, że ma kłopoty ze sprzętem. Czyli z piłką… Ciężko z taką przypadłością być piłkarzem, prawda? A on jednak jest. Niezłomny jakiś cholera, czy co?

Piłkarze Legii wyglądali słabiutko. Byli gorsi od Borusii pod każdym względem. W BVB jest jakość piłkarska. Przyjemnie było patrzeć na to tempo gry, siłę i celność podań. Trudno grać z rywalem, który jest od ciebie lepszy we… wszystkich elementach gry.
Trener Legii po meczu tłumaczył, że musiał eksperymentować, bo tak skromne ma możliwości kadrowe. – Postawiłem na lewej obronie Guilherme, a kogo tam miałem wystawić? Bramkarza???  Tak, to prawda Czerwiński z Dąbrowskim grali razem po raz pierwszy w życiu, ale po co ich kupiliśmy? Chyba do grania, nie? – tłumaczył nieprzekonujący Albańczyk.
To wręcz niesamowite i niewiarygodne, że u Hasiego w Legii nie działa żaden układ personalny i żaden system taktyczny. Czy wyjdzie z jednym napastnikiem, czy z dwoma, na czterech pomocników, czy na pięciu, trójką w obronie, czy czwórką – to nie ma znaczenia.
– Po 17 minutach mecz był skończony. Brakowało komunikacji – tłumaczył po meczu Hasi.
Niestety, on sam też wygląda na skończonego. Choć leci jeszcze lotem trafionej kaczki.

Dramatem Legii jest to, że gdy w końcu awansowała do Ligi Mistrzów, to ma drużynę jedną z najgorszych w ostatnich dwóch dekadach. I to złapaną w jej najgorszym momencie. A tu znikąd nadziei…

Inne artykuły o: Legia Warszawa | Liga Mistrzów | Polecane

  • ursynów

    Przed meczem w lidze mistrzów zamieścił Pan wpis, który zatytułowany był – Nikomu nie wolno się z Legii śmiać.Miałem trochę inne zdanie, ale teraz przyznaję, miał Pan całkowitą rację. Śmiać się nie wolno,trzeba płakać,bo to co widzieliśmy w środowy wieczór to był dramat.To jest efekt nie tylko braku umiejętności samych piłkarzy, ale przede wszystkim braku koncepcji w poczynaniach albańskiego trenera( następny będzie z Borneo ?),a także włodarzy klubu.
    Jak można było kupić takich zawodników, którzy kiedyś może i kopali piłkę do przodu, ale to było chyba za komuny.Lubię barwne wypowiedzi Pana Leśnodorskiego,jest przynajmniej wesoło, ale mnie staremu kibicowi jest nie do śmiechu.Niech kupi jeszcze paru Czerwińskich czy Dąbrowskich.Niech Pan Żewłakow jeszcze wyciągnie z demobilu jakiś sprzęt z Beneluxu,płacą mu za to.No i wreszcie kibice, no to jest przykre jak się patrzy na tych ludzi.
    Dramat,ale to patrioci, spadkobiercy żołnierzy wyklętych, pupile dobrej zmiany.Wstyd na cała Europę, ale jak się tym ludziom na tyle pozwala, to nie można niczego innego się po nich spodziewać.Na następnych meczach będzie spokój, zamkną trybuny.
    W tym wszystkim jest jedna prawidłowość, obojętnie czy to Borussia,Termalica, Arka,Łęczna,dom ,czy wyjazd ,można typować w ciemno.
    Fajny mecz wczoraj widziałem, momenty były?Tak,zwłaszcza jak Legia była przez moment przy piłce.I to tyle.

Wszystkie teksty, zdjęcia, grafiki i inne dane znajdujące się w serwisie Futbolfejs.pl chronione są prawami autorskimi.

Użycie skopiowanych lub pobranych materiałów bez pisemnej zgody Autora jest zabronione.

Serwis przeznaczony dla odbiorców posługujących się językiem polskim, ale mieszkających w krajach, gdzie zakłady bukmacherskie są legalne.

Projekt i realizacja Konrad Siuda & Stukot Pikseli