Barcelona lepsza od czerwonego Atletico. Duma Katalonii coraz bliżej obrony mistrzostwa

Autor wpisu: 30 stycznia 2016 18:30

Szkoda, wielka szkoda, że mecz Barcelona – Atletico tak na dobrą sprawę zakończył się w 45. minucie. To wtedy Filipe Luisa opuścił na chwilę rozum. Do tej pory spotkanie było fenomenalne, a druga połowa – przy wyniku 2:1 dla Barcy – zapowiadała ogromne emocje.

Wszyscy czekali już na gwizdek kończący pierwszą połowę, kiedy w całkowicie niegroźnej sytuacji piłkarz Atletico postanowił sprawdzić, jak wytrzymałe jest kolano Leo Messiego.

Dla Argentyńczyka mogło się to skończyć tragicznie, dla Luisa Felipe tylko w jeden sposób:

Do tej pory mecz nie był ani brutalny, ani nawet ostry. Tym bardziej dziwić mogło zachowanie obrońcy gości.
Atletico już wtedy miało czego żałować, bo spotkanie rozpoczęło się dla tego zespołu znakomicie. Zresztą sami jego piłkarze na to zapracowali. Z takim zapałem rzucili się od początku na Barcelonę, że Messi i spółka przez kwadrans sprawiali wrażenie bohaterów serialu „Zagubieni”. Może dlatego, że Atletico to nie był Real, który w listopadzie wyszedł na Camp Nou i… jak swego czasu po malezyjskim boeingu słuch po nim zaginął (przynajmniej do 60. minuty). Nie, Atletico miało zamiar rozwiązać sprawę bardzo szybko. Z przyjemnością (bo to niezwykle rzadki widok) patrzyło się na to, jak momentami Katalończycy zostają zamknięci w hokejowym zamku i bezskutecznie usiłują odebrać piłkę rywalom. A Atletico atakowało. Nie udało się raz, nie udało drugi, to spróbowali po raz trzeci. Świetne dośrodkowanie Saula na gola zamienił Koke.

Była dopiero 9. minuta. Wyglądało na to, że Diego Simeone jak zwykle znakomicie odrobił pracę domową. Wiedział, co zrobić, by zaskoczyć Katalończyków. Barcelonie chwilę zajęło, by dojść do siebie i wejść w mecz. Jakieś 20 minut. W tym czasie Atletico próbowało pójść za ciosem, ale już tak skuteczne nie było.
A jak już Barca wrzuciła wreszcie najwyższy bieg, to się zaczęło. Mogliśmy przekonać się, jak na tle najgenialniejszego ataku świata prezentuje się najszczelniejsza obrona świata (tylko 8 goli straconych w tym sezonie w lidze). Jaki wniosek? Ano taki, że tej zabójczej barcelońskiej triady jednak nie da się powstrzymać. Nawet dzielnym i do bólu konsekwentnym graczom Simeone, którzy – o dziwo – na Camp Nou dużo lepiej zagrali w ofensywie niż w obronie.
Starty odrobił Messi, ale na uwagę zasługuje przede wszystkim genialna asysta Jordiego Alby:

A potem była firmowa akcja Luisa Suareza. Świetne wyjście do prostopadłego podania, wyprzedzenie obrońcy i tunel założony Janowi Oblakowi. Urugwajczyk w tym elemencie nie ma sobie równych na świecie:

Wyremontowanie wyniku zajęło Barcelonie osiem minut. Jasne było, że Atletico jeszcze nie leży na deskach, i że w drugiej połowie zrobi wszystko, by odwrócić losy meczu. I właśnie, kiedy na tę drugą połowę człowiek zacierał sobie ręce, Filipa Luisa na chwilę opuścił rozum, przez co on sam musiał opuścić boisko. Było jasne, że teraz o remis (nie mówiąc o wygranej) gościom będzie piekielnie trudno.
Simeone nie byłby jednak sobą, gdyby rzucił ręcznik. On nigdy tego nie robi. Dlatego druga połowa znowu zaczęła się od huraganowych ataków Atletico. Wyglądało to tak, jakby goście kompletnie zapomnieli, że grają w osłabieniu. Że to osłabienie to tylko taka drobna niedogodność, którą da się przezwyciężyć. W końcu to była walka o pozycję lidera Primera Division, a kto wie, czy nie o mistrzostwo. No i kiedy odżyły nadzieję na to, że czerwona kartka dla Filipe Luisa wcale nie pogrzebała emocji, z przepisami przegiął Diego Godin. Wjechał takimi sankami w Luisa Suareza, że musiało skończyć się kartką. Co prawda żółtą, ale już drugą i dla Urugwajczyka to spotkanie właśnie dobiegło końca.

Była 65. minuta I, niestety, dla wszystkich, którzy oczekiwali skutecznej szarży Atletico, stało się jasne, że w dziewięciu to można z Barceloną pograć w dziadka (w roli uganiających się za piłką), a nie wygrać mecz.
To był, mimo tych dwóch czerwonych kartek, mecz wyrównany i naprawdę znakomity. Rozczarował chyba tylko jeden piłkarz – Antoine Griezmann. Francuz, najlepszy strzelec Atletico w tym sezonie (12 goli) oddał na bramkę Claudio Bravo tylko dwa strzały. I nikt by mu tego nie wypominał, gdyby ten drugi zamienił na gola. Powinien. Wręcz musiał, ale bramkarz Barcy genialnie obronił.

No i teraz wszyscy zadają sobie oczywiście pytanie, czy kwestia mistrzowskiego tytułu została już rozstrzygnięta. Barcelona, jeśli wygra zaległy mecz ze Sportingiem Gijon, będzie miała sześć punktów przewagi nad Atletico i siedem nad Realem (o ile ten pokona w niedzielę Espanyol). I na razie nic, kompletnie nic nie wskazuje na to, by była w stanie tę zaliczkę roztrwonić.

Inne artykuły o: Polecane | Zagranica

Wszystkie teksty, zdjęcia, grafiki i inne dane znajdujące się w serwisie Futbolfejs.pl chronione są prawami autorskimi.

Użycie skopiowanych lub pobranych materiałów bez pisemnej zgody Autora jest zabronione.

Serwis przeznaczony dla odbiorców posługujących się językiem polskim, ale mieszkających w krajach, gdzie zakłady bukmacherskie są legalne.

Projekt i realizacja Konrad Siuda & Stukot Pikseli