Drużyna jak zegarek Nawałki

Autor wpisu: 27 marca 2017 00:23

Na boisku miewamy chwile dekoncentracji, kiedy dajemy sobie narzucić chaos. Ale… tylko tyle złego można powiedzieć o reprezentacji po meczu z Czarnogórą. Lewandowski jest niezawodny i strzela jak natchniony, Piszczek ma piłkarskie szlachectwo, obrona ma jakość, pomoc z Zielińskim błysk. Potrafimy walczyć gdy trzeba pokazać walkę i wygrywać w końcówkach meczów, co charakteryzuje największych. W tej reprezentacji robi wrażenie nawet zegarek Adama Nawałki. Wielki i błyszczący. Zupełnie jak jego drużyna.

Nie był to wybitny mecz kadry. W Podgoricy – to fakt – graliśmy nierówno. Ale jedno jest niezaprzeczalne: reprezentacja Polski ma klasę. Długo gramy piłką, potrafimy się przy niej utrzymać, kultura gry wyraźnie po stronie biało-czerwonych. Z tej drużyny bije dojrzałość i pewność siebie. Z każdą minutą gry widać, że 12. miejsce biało-czerwonych w rankingu FIFA nie jest przypadkiem.
Taki obrazek. 45. minuta meczu, sędzia Kassai zaprasza na przerwę. Polacy prowadzą w Podgoricy 1:0, po uderzeniu z wolnego Roberta Lewandowskiego. Drużyny schodzą z boiska. Do „Lewego” podbiega obrońca gospodarzy Aleksandar Sofranac i wymownym gestem prosi naszego kapitana o koszulkę! Robert pokazuje w języku migowym coś mniej więcej oznaczającego: „dobra, w szatani”. Symboliczna scena… Przecież jeszcze kilka lat temu mieliśmy pretensje do polskich piłkarzy, że biegali za Cristiano Ronaldo i prosili go po meczu o koszulkę.

KALINOWSKI: Wymagajmy od siebie więcej, bo za rok w Rosji będzie rozczarowanie

Dziś to Sofranac biegnie za Polakiem, żeby zarezerwować sobie jego koszulkę, żeby uprzedzić innych kolegów z reprezentacji Czarnogóry. Dla niego – i przecież nie tylko dla niego – Lewandowski to ikona futbolu, taka sama jak Messi czy Cristiano Ronaldo. Mecz nie był jeszcze rozstrzygnięty, minęło zaledwie 45 minut, reprezentacja Czarnogóry przegrywała, ale dla Sofranaca najważniejsze w tym momencie było zdobycie koszulki Lewandowskiego. Takie czasy…
Nie wiem jak tam było z tą koszulką w szatni w przerwie meczu, chyba mu jej „Lewy” nie dał, bo w drugiej połowie Sofranac trzy razy „zameldował” się na nogach naszego napastnika. I to bardzo nieprzyjemnie. Ale po meczu piłkarze podali sobie ręce: to co było złego, zostaje na boisku.
Ale w Podgoricy więcej było przyjemności niż nieprzyjemności
Przede wszystkim cacuszko to rzut wolny Roberta. Uderzenie w stylu „spadający liść”. I to spadający przy słupku, nie do wyjęcia. Bajka. Ale to efekt – jako autor książki o Lewandowskim wiem to na pewno – ciężkiej pracy, którą Robert poparł swój niewątpliwy talent.

W grudniu 2014 roku byłem u Roberta w Monachium. Nagrywaliśmy o nim reportaż. Spotkaliśmy się w restauracji w mieście, później rozmawialiśmy w klubie, byliśmy nawet w sklepie z pamiątkami Bayernu. Ale prawdziwym rarytasem dla dziennikarza piłkarskiego było oglądanie Roberta przy pracy.
To jak ćwiczy z kolegami z Bayernu to była uczta dla oka (przy okazji: Danke! dla trenerów z FCB, za to, że ze znakomitego Roberta, zrobili piłkarza wybitnego, jednego z trzech-czterech najlepszych na świecie). Lewy, który nigdy nie bał się pracy, w Monachium dostał na treningach jakość szkoleniową, która pozwoliła mu poszybować jeszcze wyżej.
Wtedy, w grudniu 2014 roku, został po ciężkich i forsownych zajęciach na boisku i… ćwiczył wolne. Muszę powiedzieć, że już wówczas były bliskie perfekcji. Trafiał idealnie i niemal raz za razem. Spytałem go później czemu nie wykonuje wolnych w Bayernie i reprezentacji. Powiedział: – Niedługo będę.
To „niedługo”, to się zeszło… prawie dwa lata, bo dopiero w 2016 świat się dowiedział, że Robert także z wolnych strzela idealnie. Tyle zeszło, żeby z doskonałości (jak mi się w grudniu 2014 wydawało) dojść do regularności i perfekcji. Wiecie jak „Lewy” do tego doszedł. Pracą. Zrobił pewnie takich treningów jeszcze ze dwieście… I za to też kochamy Roberta. Nie tylko zresztą jego.

BUDKA: W dupach nam się od tego dobrobytu poprzewracało

Cała reprezentacja to dzisiaj znowu drużyna wszystkich Polaków. Zespół Nawałki ma wszystko czego potrzeba do odniesienia sukcesu. Nie chodzi jedynie o awans na mundial, ale także – nie bójmy się tego mówić głośno – o to by w Rosji w 2018 roku bić się o medale. Bo przecież naprawdę mamy niezłą pakę.
O „Lewym” już było. W Podgoricy stało się coś ważnego z Piotrem Zielińskim. Zagrał świetnie i odważnie. Wiemy już na pewno, że dorósł. W końcu jest dojrzałym, środkowym pomocnikiem kreującym grę. Lata będzie grał w tej reprezentacji.
A przecież są jeszcze inni. Kamil Grosicki daje tej drużynie dynamikę, Błaszczykowski dostojeństwo i doświadczenie. Piszczek klasę i szlachectwo. Obrona solidność, a Krzysztof Mączyński rzemiosło doprowadzone do mistrzostwa. Pomocnik Wisły Kraków zagrał w Podgoricy tak, że nikt nie pytał o brak Grzegorza Krychowiaka. Jest od swojego – z 50 razy lepiej zarabiającego – kolegi z PSG, dużo bardziej kreatywny, a i w odbiorze nie można mu nic zarzucić. Mączyński cofał się między stoperów, brał piłkę i od niego zaczynała się każda ofensywna akcja Polaków. Na każdej stawiał swój stempel.
Mamy pakę – napisałem powyżej. A przecież nie grał Krychowiak, Milik, Szczęsny, tylko chwilę Teodorczyk.
I jeszcze jeden obrazek z Podgoricy. Jest 59. minuta meczu. Jeden z polskich obrońców podaje lekko kozłującą piłkę do Łukasza Fabiańskiego. Ten nie zastanawia się nawet chwile. Kopie celowo w trybuny. Cholerna przewidywalność Łukasza jest w tym kontekście jego wielkim plusem. Zero ryzyka. Mądrość, która obrońcom daje spokój, a drużynie wyniki. Nie można tego nie doceniać.
Gdzie jest kres tej drużyny? Nikt tego nie wie. Moim zdaniem trafiliśmy na „złote pokolenie”, które będzie można porównywać do reprezentacji Polski z mundialu ’74 i mundialu ’78.
Że na wyrost? Może tylko trochę. Bo ja mówię o potencjale, a nie osiągnięciach. Od drużyny Górskiego i Piechniczka różni ją tylko – i aż – brak medalu na wielkiej imprezie.
Przecież na Euro 2016 byliśmy o krok od medalu. I wszyscy czuliśmy, że potencjał tej drużyny nie został wykorzystany. W Rosji trzeba ten potencjał potwierdzić. I przejść do historii w roli bohaterów – jak reprezentacje Górskiego i Piechniczka – albo jako rozczarowanie. Tak jak kadra Gmocha.
Bo czy o jego drużynie ktoś powie, że nie miała potencjału? Miała. Kadra Nawałki też ma nie mniejszy. Jej tylko jeszcze nie otacza taka legenda.
Z akcentem na słówko „jeszcze”.

Piotr ZIELIŃSKI bez fałszywej skromności: Łukasz dostał dobre podanie

  • ursynów

    No i gitara-jak mawiał Ferdek Kiepski.Fajnie,że wygraliśmy.Punktów nam przybyło,ale nie było tak cacy jak Pan Redaktor napisał.Zgadzam się mamy
    drużynę,która walczy,która wie o co chodzi w tej grze.Mamy pakę?- no ja bym powiedział, że jeszcze nie na tę chwilę.To raczej jest paczuszka,są w niej brylanty, ale dużo jeszcze jest dawnego Jablonexu.Niestety wielu naszych graczy nie błyszczało w tym meczu jak zegarek trenera.Linetty,Grosicki byli wczoraj słabi.A przecież przeciwnik,to drużyna która nie powala na kolana.Może my mamy zadyszkę jak gramy ze słabszymi drużynami- vide Kazachstan, Armenia? Wracając jeszcze do robiącego wrażenia dużego i błyszczącego zegarka Trenera Nawałki.Może trener nie przestawił wskazówek w nim i dlatego nie wszystko chodziło w naszej ekipie jak w zegarku?
    I na koniec Panie Darku,trochę się Pan,, podjarał” po tym meczu, trochę na wyrost te porównania do drużyn Górskiego czy Piechniczka.Ta drużyna owszem ma potencjał,ale jeszcze jej trochę brakuje potencji. A jak pisał Lec,,Nic z intencji bez potencji”.Mam nadzieję,ze trener Nawałka,tak przygotuje chłopaków,że będzie git.

Wszystkie teksty, zdjęcia, grafiki i inne dane znajdujące się w serwisie Futbolfejs.pl chronione są prawami autorskimi.

Użycie skopiowanych lub pobranych materiałów bez pisemnej zgody Autora jest zabronione.

Serwis przeznaczony dla odbiorców posługujących się językiem polskim, ale mieszkających w krajach, gdzie zakłady bukmacherskie są legalne.

Projekt i realizacja Konrad Siuda & Stukot Pikseli