SMÓŁKA: Zawiszę mógł uratować tylko awans, ale z tyloma obcokrajowcami się nie dało…

Autor wpisu: 24 czerwca 2016 08:15

Nie tak to miało wyglądać. Zamiast awansu do Ekstraklasy Zawisza znika z piłkarskiej mapy Polski. Tej poważnej (klub nie dostał licencji ani na pierwszą, ani na drugą ligę). Kurz po tym cały zamieszaniu pomału opada, dobry więc moment, by na spokojnie porozmawiać ze Zbigniewem Smółką, byłym już trenerem Zawiszy. O tym, jak to wszystko wyglądało z jego perspektywy.

FUTBOLFEJS.PL: Ochłonął już pan to tym wszystkim, czy jeszcze złość wzbiera?
ZBIGNIEW SMÓŁKA: Teraz to już nie ma się nad czym złościć. Rozstałem się z klubem, rozwiązałem umowę z dniem 10 czerwca i wróciłem do domu.

Pytam o tę złość, bo przecież nie takie były zimą ustalenia, kiedy przychodził pan do Bydgoszczy. Pewnie w życiu się pan nie spodziewał, że tak to się skończy.
Wie pan, to jest taki zawód. Jeśli człowiek by wiedział, czego się spodziewać i co się wydarzy, to byłby najlepszy na świecie. Podjąłem ryzyko. Odszedłem z bardo dobrze poukładanego klubu, w którym wszystko zmierzało w dobrym kierunku (trzecioligowej Odry Opole, która wywalczyła właśnie awans do II ligi – przyp. red.), bo wybrałem wyższą ligę, trudniejsze wyzwanie. I nie będę teraz mówił, że tego żałuję.

A przeczytałem gdzieś, że rzucił pan na odchodne, że żałuje i drugi raz na pewno by się nie skusił na taką propozycję.
Nie. W tym zawodzie nie można być minimalistą. Nie powinno się popadać w samozadowolenie w tym, w czym się tkwi, tylko szukać bodźców do rozwoju i kolejnych wyzwań. Załóżmy, że gdyby jakiś trener pracujący z sukcesami trzy lata w klubie Ekstraklasy dostał raptem propozycję grania o awans w Stuttgarcie i półroczną szansę, by sprawdzić się na tym poziomie, to myślę, że takie wyzwanie by przyjął. I słusznie, bo pewnie przez te pół roku w Stuttgarcie nauczyłby się więcej niż przez kilka lat w naszej lidze. Dokładnie tak samo ja podszedłem do zamiany Odry na Zawiszę. Bardziej bolałoby mnie nie podjęcie decyzji na tak, czyli zostanie w III lidze, zrobienie nawet awansu. Przecież ja dostałem propozycję z klubu pierwszej ligi. Klubu z dobrymi piłkarzami, który grał w półfinale Pucharu Polski. Dobrze poukładanego i odpowiednio zarządzanego.

Jakiś czas temu, gdy rozmawialiśmy, mówił mi pan, że dopiero uczy się tej ligi. Dużo się pan przez tę rundę nauczył? Jest jakaś wielka różnica między prowadzeniem zespołu w pierwszej lidze, a w trzeciej?
Różnica to jest przede wszystkim w zarobkach piłkarzy i trenerów. Poza tym przeskoku jakiegoś wielkiego nie było. Jeśli już, to w podejściu mentalnym do zawodników. Nauczyć się przede wszystkim musiałem obcokrajowców. Ich bardziej niż identyfikowanie się z klubem, interesował rozwój indywidualny i zarobki. Co jeszcze? Pierwsza liga na pewno stoi dużo wyżej od niższych klas pod względem taktycznym. Więcej decydowały niuanse, mniej było przypadku. Na wynik nie miały tak bardzo wpływu umiejętności poszczególnych zawodników, ale współpraca między nimi na boisku i realizowanie założeń taktycznych. Akurat to ostatnie u wielu piłkarzy Zawiszy stało na słabym poziomie. Szczególnie u obcokrajowców. Jak pokazał nasz ostatni mecz z Zagłębiem, w którym wystąpiło kilku debiutantów, którzy byli u nas raptem kilka razy na treningu, determinacją, wolą walki, mądrą taktyką i zaangażowaniem można zagrać wyrównane spotkanie z każdym. Wreszcie widziałem drużynę, która słucha, która chce, która realizuje to wszystko, co sobie przed meczem założyliśmy.

A wcześniej?
Powiem tak: zostawiłem rodzinę i wyjechałem do Bydgoszczy na pełne pół roku. Poświęciłem się pracy dla Zawiszy w stu procentach, angażując się w pełni. Natomiast gdzieś wewnątrz zespołu w pewnym momencie coś zaczęło się rozłazić.

Pojawiały się symptomy tego, że tak się to może skończyć, czy spadło to na was jak grom z jasnego nieba: bum i klubu nie ma?
Wszystko trzymane było totalnie w tajemnicy. Nikt z nas nie wiedział do końca, co się dzieje. O pewnych rzeczach dowiadywaliśmy się z mediów. Myślę, że jedynym ratunkiem dla Zawiszy byłoby wywalczenie awansu, o który tak naprawdę było bardzo trudno. Na tym poziomie przebudować zespół, skleić go od nowa, to zadanie niezwykle ciężkie. Do tego jednym z głównych problemów była za duża liczba obcokrajowców. I to wchodzących do drużyny w ostatniej chwili.

A miał pan wpływ na zimowe transfery, na to, że oni przychodzą, czy zastał ich już w drużynie?
Ja akceptowałem poszczególnych zawodników, ale w lutym i na początku marca pozyskać w miarę dobrego polskiego piłkarza było bardzo trudno. Ratowaliśmy się więc wypożyczeniami Karola Danielaka czy Karola Angielskiego. Bo tacy zawodnicy byli nam potrzebni. I wszystko ładnie, pięknie funkcjonowało do meczu przy Łazienkowskiej. Do tego czasu ta drużyna się rozwijała, grała coraz lepiej i można było mieć nadzieję, że faktycznie będzie w stanie powalczyć o awans do Ekstraklasy. Widać to było z treningu na trening i z meczu na mecz, że ten zespół za chwilę zaskoczy. Aż do spotkania z Legią w półfinale Pucharu Polski. Po nim wszystko się posypało.

Dlaczego? Przecież wiadomo było, że nie jesteście w tej rywalizacji faworytem. To żadna ujma przegrać z Legią i odpaść w półfinale Pucharu Polski.
Ale wielu piłkarzy właśnie ten mecz obrało sobie za cel, za taki wyznacznik własnych umiejętności. To na tle takiego rywala chciało się pokazać. Ja też nie jestem bez winy, bo nie potrafiłem tego złapać i skleić. Ale teraz już na chłodno analizując, to po prostu nie da ukryć, że dla nas i Zagłębia, które przecież też walczyło o awans do Ekstraklasy, ten puchar był jednak przeszkodą.

A to ciekawe, bo zimą rozmawiałem z Arturem Derbinem i zapytałem go, czy nie uważa, że łapanie dwóch srok za ogon skończy się właśnie tak, to odpowiedział, że ma zespół gotowy do gry na dwóch frontach.
To niech pan z nim teraz porozmawia. Wiem, co powie. Jesteśmy dobrymi kolegami i niedawno właśnie ucięliśmy sobie na ten temat długą pogawędkę. Wtedy myślał tak, jak panu powiedział, dziś wie już, że było inaczej. Nie jest pan w stanie zmotywować zespół po tak ważnym meczu z Legią czy z Lechem na spotkanie z Sandecją czy Kluczborkiem. Taka jest prawda.

To ile wam do tego awansu do Ekstraklasy zabrakło? Pytanie bardziej opisowe niż matematyczne, bo nie mam na myśli liczby punktów.
Gdy wychodziliśmy na prowadzenie, to potrafiliśmy zagrać kapitalny mecz i pokonać każdego, co pokazało chociażby spotkanie z bardzo silnym wiosną Chrobrym Głogów. Natomiast największy problem mieliśmy w sytuacji, gdy to rywal pierwszy strzelał gola, gdy coś się nam nie układało, gdy poziom mentalny zaczynał być wyzwaniem. Wtedy zespół gasł w oczach. I to było widać między innymi właśnie na Legii. Tam wszystko układało się przyzwoicie, mieliśmy nawet szansę bramkową po strzale głową, aż tu nagle tuż przed przerwą dostajemy przypadkową bramkę po dobitce ze stałego fragmentu. W przerwie w szatni patrzę na tych moich chłopców i widzę, że oni wiedzą, że można z tą Legią powalczyć jak równy z równym. I wychodzimy na drugą połowę po to, by tę stratę odrobić, nastawienie jest jak najbardziej pozytywne, aż tu za chwilę dostajemy podobną bramkę jak tę sprzed przerwy. Po tym golu spojrzałem na chłopaków i autentycznie zrobiło mi się ich żal. Wiedziałem, że to już koniec. Że mentalnie wszystko nam się rozsypało i uciekło. I mogło się to wtedy skończyć dla nas bardzo źle. Opowiadam o tym, bo chcę powiedzieć, że nie zdążyliśmy tego zespołu przygotować mentalnie do gry o takie cele.

A nie miał pan w drużynie nikogo, kto na boisku mógł pełnić rolę takiego mentalnego przywódcy, kogoś kto szarpnie zespołem, krzyknie, zmotywuje, gdy nie idzie?
Były pozytywne ogniwa, jak Kamil Drygas, ale generalnie brakowało nam szefów linii, którzy potrafiliby złapać poszczególne formacje i nimi zarządzać. Zresztą nawet takiemu Kamilowi trudno było rządzić, bo w większości obok siebie miał obcokrajowców, którzy nie bardzo wiedzieli, co on do nich mówi. Generalnie uważam jednak, że graliśmy ładny i otwarty futbol. Problemem była jednak ta mentalność, o której mówiłem. I szwankował też – jak to się fachowo mówi – transfer negatywny. Wszystko dobrze, dopóki mamy piłkę i gramy piłką. Natomiast po jej stracie brakowało nam odpowiedniego ustawienia, organizacji, przejścia do defensywy. Nie mieliśmy nikogo odpowiedniego na pozycji numer sześć, w dzisiejszej piłce pozycji niezwykle istotnej. Kluczowe drużyny w naszej lidze te szóstki miały. W Wiśle Płock bardzo podobała mi się gra Rogalskiego, nie wspominając już o Łukasiewiczu, który w Arce decydował niemal o wszystkim. Przyglądając się tej lidze, byłem pewien, że będziemy mieli na tyle silny zespół, że będziemy dominować, natomiast nie umieliśmy się przestawić na futbol ostrożniejszy, bardziej wyrachowany. Ale w futbolu potrzeba czasu. Na to, by drużyna poznała koncepcję trenera i mogła się jej nauczyć. Nam tego czasu zabrakło. Ciężko jest wejść w styczniu do drużyny z tak dużymi zmianami i przećwiczyć wszystkie elementy, poskładać wszystko w dobrze funkcjonującą całość. Zawsze powtarzałem i będę to powtarzał, że trenera poznaje się minimum po drugim, a najlepiej po trzecim oknie transferowym. Natomiast raz jeszcze powtórzę: zebrałem bardzo duży bagaż doświadczeń, otoczka wokół tej ligi jest bardzo fajna, gra na tym poziomie kilku naprawdę świetnych piłkarzy, więc absolutnie nie żałuję, że trafiłem do Zawiszy.

Zawisza rozliczył się z panem do końca?
Są pytania, na które nie wypada odpowiadać.

Są pytania, których nie można nie zadać.
Rozumiem. Ale powiem tak: jestem wdzięczny panu Osuchowi i dyrektorowi Skrzyńskiemu za to, że gdzieś tam mnie wypatrzyli i dali szansę w pierwszej lidze. I choć od oceny tej mojej pracy są piłkarze i wy, dziennikarze, to mam takie poczucie, że absolutnie nie muszę się jej wstydzić.

Rozmawiał Krzysztof Budka

sklep vitasport.pl
forBET

Inne artykuły o: Fejs 2 fejs | I Liga | Polecane | Zawisza Bydgoszcz

Wszystkie teksty, zdjęcia, grafiki i inne dane znajdujące się w serwisie Futbolfejs.pl chronione są prawami autorskimi.

Użycie skopiowanych lub pobranych materiałów bez pisemnej zgody Autora jest zabronione.

Serwis przeznaczony dla odbiorców posługujących się językiem polskim, ale mieszkających w krajach, gdzie zakłady bukmacherskie są legalne.

Projekt i realizacja Konrad Siuda & Stukot Pikseli