Sebastian DUDEK: Zagubiliśmy się w pogoni za marzeniami

Autor wpisu: 31 maja 2016 09:30

O tym, jak można było to spieprzyć, czyli co wiosną stało się z Zagłębiem Sosnowiec, kto i gdzie popełnił błędy, w którym momencie rundy w drużynie coś pękło i co dalej z beniaminkiem, rozmawiamy z kapitanem zespołu Sebastianem Dudkiem.

FUTBOLFEJS.PL: Złamana w pierwszym półfinale Pucharu Polski z Lechem ręka wciąż cię boli? Pytam, bo choć od tamtego spotkania minęło ponad dwa i pół miesiąca, podczas jednego z ostatnich meczów widziałem grymas na twojej twarzy, jakby wciąż coś ci doskwierało.
SEBASTIAN DUDEK: Problem w tym, że po operacji bardzo szybko wróciłem do gry. Oczywiście z myślą o Pucharze Polski i o tym, by pomóc drużynie w lidze. I faktycznie, cały czas ręka mi doskwiera. Musiałem grać w ochraniaczu. To utrudnia normalne funkcjonowanie. Ta ręka zresztą wciąż jest trochę słabsza. Zanim dojdzie do normalnej sprawności, trochę czasu jeszcze minie. A jeśli chodzi o mecz, o którym wspominasz, to wówczas nie ubrałem tego ochraniacza, bo mi się gdzieś… zapodział. I pech chciał, że zaraz na początku spotkania zderzyłem się z rywalem i poczułem ten sam ból co kilka tygodni wcześniej, gdy doznałem kontuzji. I musiałem wracać do początku rehabilitacji. Mam nadzieję, że do nowego sezonu z ręką będzie już wszystko w porządku i dam radę normalnie funkcjonować: będę mógł się zastawić, czy kogoś… złapać, jeśli zajdzie taka potrzeba. Na razie tego nie robię, bo wciąż jakiś tam uraz psychiczny siedzi mi w głowie. Po drugie czuję, że ręka nie jest jeszcze na tyle mocna.

Wspomniałeś o kolejnym sezonie. Zostajesz w Sosnowcu?
Kontrakt mam ważny jeszcze przez rok. Przedłużyłem go na początku sezonu. Z prezesem byliśmy już wcześniej po rozmowach i umówiliśmy się, że po awansie do pierwszej ligi będziemy myśleć o tym, żebym został w klubie na dłużej.

Kiedy rozmawialiśmy przed rewanżowym meczem z Lechem i pytałem, czy słabsza dyspozycja Zagłębia w ostatnich dniach jest spowodowana twoją nieobecnością w składzie, zaprzeczyłeś. Wtedy jeszcze wszyscy wierzyli, że gdy wrócisz do gry, zespół ponownie zacznie prezentować poziom z rundy jesiennej. Okazało się jednak, że miałeś rację. Nawet po twoim powrocie nie zaczął.
Bo nie ma ludzi niezastąpionych. Każdego da się zastąpić. Po to drużyny mają tak szerokie kadry. Są zawodnicy, którzy czekają na swoją szansę, gdy rywal do gry w składzie dozna kontuzji albo będzie musiał pauzować za kartki. Każdy chce wówczas zaistnieć, pokazać trenerowi, że zasługuje na grę, a nie siedzenie na ławce. Uważam, że podczas mojej pauzy wszyscy dawali z siebie maksa. Problem tkwi w czymś innym. Awansowaliśmy do półfinału Pucharu Polski i rozbudziliśmy nie tylko w kibicach, ale i sami w sobie nadzieję, że zagramy w finale. Rozbudziliśmy też dużą nadzieję na awans do Ekstraklasy. Wszyscy żyliśmy marzeniami. Aż tu nagle przyszła seria kilku porażek i już ciężko było myśleć o tym, że możemy dogonić Arkę i Wisłę. Później nadszedł rewanż z Lechem i mimo iż rozegraliśmy bardzo dobry mecz, nie udało się awansować. No i ciśnienie z nas zeszło i chyba trochę pogubiliśmy się w tym wszystkim. W pogoni za marzeniami.

Nie uważasz, że dla beniaminka pierwszej ligi gra o dwa tak poważne cele to trochę za dużo? Że to wszystko przerosło i piłkarzy, i sztab szkoleniowy? Jesienią byliście w formie, wyniki przychodziły, mówiąc kolokwialnie, dość łatwo, więc pewnie liczyliście na to, że i wiosną popłyniecie na tej fali.
W tamtej rundzie rozgrywaliśmy sporo meczów w Pucharze Polski. Można powiedzieć, że przeniosło się to w pewnym sensie na ligę i dawało pozytywny efekt, bo graliśmy co trzy dni. Byliśmy cały czas w gazie, nakręcaliśmy się pozytywnie i nawet jak trafiła się jedna, czy druga porażka, potrafiliśmy wrócić na właściwe tory. Ale na wiosnę przyszedł gorszy okres.

Od razu nie przyszedł, bo wiosnę rozpoczęliście całkiem dobrze. Pewne zwycięstwo z Wigrami (2:0), później wyjazdowy remis z Arką (2:2) po znakomitym meczu. Nagle jednak, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, coś w was zgasło.
Zaczęło się po pierwszym pucharowym półfinale z Lechem, który przegraliśmy 0:1. Ale tak naprawdę ciekaw jestem, jakby to wszystko się potoczyło, gdybyśmy chwilę wcześniej wygrali na Arce. Przecież zwycięstwo uciekło nam w ostatniej chwili. No, ale teraz to można sobie co najwyżej gdybać. Później nadeszła seria porażek, które bardzo nas bolały. Dotychczas nie zdarzało nam się przegrać kilku meczów z rzędu, a tu raptem przegrywamy trzy czy nawet cztery. Nie wszystkie te mecze w naszym wykonaniu były złe. Stwarzaliśmy sytuacje, ale nie potrafiliśmy ich wykorzystać. Bolało nas to, że przegrywamy, choć gramy lepiej od rywala. Nawet szczęście przestało nam dopisywać. To wszystko sprawiło, że mieliśmy duży problem, żeby się podnieść. Całe szczęście, że wcześniej nazbieraliśmy tyle punktów, by nie musieć za bardzo spoglądać w dół tabeli. A przecież przy takiej serii różnie mogło się to wszystko potoczyć i po wspaniałej rundzie jesiennej mogło dojść do katastrofy i spadku z pierwszej ligi. To by było coś okropnego.

„Nie widzę kryzysu. Jest marazm. Straciliśmy szansę na awans i wkradła się mała niepewność. Uszło z nas powietrze i mecze z rywalami z dołu tabeli wyglądają tak, jak wyglądają” – mówiłeś po jednym ze spotkań. Z czego wynikał ten marazm?
Nie wiem, ale trudno było nie zauważyć, że w niektórych meczach wyglądaliśmy, jakbyśmy biegali w jednym tempie albo nie mieli siły. Być może nie wytrzymaliśmy tego sezonu psychicznie. Jedna, druga, trzecia porażka i każdy z nas stracił pewność siebie. Coś w nas pękło.

A to nie jest tak, że po prostu balon został za bardzo nadmuchany i tak jak powiedziałeś, nie wytrzymał ciśnienia?
Jeżeli na półmetku sezonu jest się na trzecim miejscu w tabeli i ma się niewielką stratę do czołowych zespołów, to przecież nikt nie powie, że wiosną zagramy o utrzymanie. Ja wiem, że są tacy, którzy uważają, że wyskoczyliśmy przed szereg. Ja osobiście nie czułem tej presji, bo nikt by nam nic nie zrobił, gdybyśmy nie awansowali. Nawet walcząc do ostatniej kolejki. Nam chodziło tylko o to, aby być cały czas w grze o ten awans. Arka i Wisła praktycznie nie traciły punktów, więc i tak trudno by nam było z nimi powalczyć. Na pewno nie chcieliśmy, aby ta runda wyglądała tak, jak wygląda – że przegrywamy mecz za meczem i nie możemy złapać rytmu z jesieni.

51 straconych goli: to jeden z najgorszych bilansów w pierwszej lidze.
To prawda, że tracimy dużo goli. Ja bym nie obwiniał jednak za to formacji obronnej, bo cały zespół broni. Były momenty, że graliśmy źle taktycznie i pozwalaliśmy rywalom na zbyt wiele. Po drugie, graliśmy – brzydko mówiąc – „rozwaleni” na boisku, co pozwalało przeciwnikom tworzyć sytuacje pod naszą bramką. Tak naprawdę wszyscy jesteśmy odpowiedzialni za to, że tych goli tyle straciliśmy.

W jednym z wywiadów powiedziałeś, że ten zespół ma dużo większy potencjał, niż wskazują na to ostatnie wynik. Z tym się w pełni zgadzam.
Na pewno łatwiej się gra, gdy są wyniki. Wtedy drużyna łapie pewność siebie. Jeżeli w pewnym momencie zaczyna przegrywać mecz za meczem, to ciężko pokazać cokolwiek. Nawet, jeśli dysponuje nie wiadomo jakim potencjałem. Tak naprawdę jedna, dwie akcje któregokolwiek z zawodników kończące się stratą bądź złym zagraniem powodowały, że ten zawodnik zaczynał bać się piłki, natychmiast tracił pewności siebie.

Ten sezon to – twoim zdaniem – jednak rozczarowanie, czy mimo wszystko nie?
Rozmawialiśmy właśnie o tym w szatni. Jakby to było – gdybyśmy pół sezonu byli w dole tabeli, a skończyli rozgrywki wysoko. Odbiór byłby zupełnie inny. Wiosną więcej przychodziłoby też kibiców na mecze. A tak, skoro wyostrzyliśmy apetyty postawą w pierwszej rundy, kiedy ogrywaliśmy naprawdę markowe zespoły, to wiadomo, jak jesteśmy i będziemy oceniani za wiosnę, i chyba ostatecznie za cały sezon. Ja jednak uważam, że mimo wszystko jest on dobry. Szczególnie, jeśli weźmie się pod uwagę, że przecież jesteśmy beniaminkiem.

Artur Derbin, Tomasz Łuczywek i Robert Stanek. W tej rundzie każdy z waszych trzech trenerów przejmował ciężar decyzyjności za zespół. Pierwszy z nich wiosną został bardzo szybko „odpalony”, co tylko pokazało, jaka presja spoczywała na na waszych barkach.
Tych trzech trenerów przejęło nas jeszcze w drugiej lidze. I wszystko zaczęło się układać. I dopóki się układało, było OK. Później zaczęły się jednak robić problemy. Każdy miał inną wizję, każdy pracuje na swoje nazwisko. Trudno zwalić na nich winę i powiedzieć, że źle nas przygotowali do rundy. Tak nie było. Pracowaliśmy ciężko, ale gdzieś to wszystko siadło. Nie da się w dwóch, czy trzech prostych zdaniach wytłumaczyć, dlatego tak się stało.

Spotkałem się z opiniami, że awans do pierwszej ligi to w dużej mierze zasługa Mirosława Smyły, który dobrze przygotował was do wiosny w ubiegłym roku. Później do końca rundy jesiennej procentowało jeszcze to, czego was nauczył. Z kolei Derbin, Łuczywek i Stanek zawalili zimowe przygotowania i stąd efekt taki, jaki widzimy.
Za trenera Smyły trenowaliśmy ciężko w okresie zimowym. Robiliśmy pewne elementy treningów, których było bardzo, bardzo dużo. I może nawet troszeczkę za dużo pod koniec, bo to było widać w pierwszych wiosennych meczach. Później nastąpiła roszada na stanowisku trenera i trochę nam odpuszczono. Z biegiem czasu prezentowaliśmy się lepiej. Złapaliśmy świeżość, wróciła dynamika. Latem trenowaliśmy podobnie – robiliśmy to, co zimą, choć może w mniejszym stopniu. Ale doszły jednostki wytrzymałości biegowej, więc czuliśmy się bardzo fajnie. Teraz zimę przepracowaliśmy praktycznie tak samo jak rok wcześniej za trenera Smyły. Przygotowania były trochę zmodyfikowane, doszło kilka nowych rzeczy, ale w większości robiliśmy to samo. Pewnie, że można teraz wytykać i oceniać, że to powinno iść w tę stronę, a tamto w tamtą. Każdy trener uczy się przez całe życie. I tylko poprzez prowadzenie zespołu może sprawdzić, jaki jego praca przynosi efekt. Trzeba wziąć jednak pod uwagę, że w naszym przypadku przygotowanie fizyczne to jedno, a to, co siedziało w naszych głowach, to drugie. Walka o awans do Ekstraklasy i finał Pucharu Polski…

Teraz kolej na Jacka Magierę. Rozmawiał już z wami?
Nie. Trener Magiera ma być od nowego sezonu. Nie mieliśmy z nim jeszcze kontaktu.

Rozmawiał Przemysław Rączka

sklep vitasport.pl
forBET

Inne artykuły o: Fejs 2 fejs | Hit | I Liga | Polecane | Zagłębie Sosnowiec

Wszystkie teksty, zdjęcia, grafiki i inne dane znajdujące się w serwisie Futbolfejs.pl chronione są prawami autorskimi.

Użycie skopiowanych lub pobranych materiałów bez pisemnej zgody Autora jest zabronione.

Serwis przeznaczony dla odbiorców posługujących się językiem polskim, ale mieszkających w krajach, gdzie zakłady bukmacherskie są legalne.

Projekt i realizacja Konrad Siuda & Stukot Pikseli