Mirosław Smyła: Po swoich doświadczeniach mocno stwardniałem mentalnie

Autor wpisu: 6 września 2017 09:07

Mirosław Smyła ma za sobą jazdę na diabelskim młynie. Przychodził do Odry Opole w atmosferze lokalnego skandalu – w opinii osób nie rozumiejących powodu odsunięcia od drużyny Jana Furlepy, który wywalczył awans. Na dodatek w debiucie jego zespół dostał „baty” w Pucharze Polski ze Świtem. Dziś jednak Odra i trener Smyła są bardzo daleko od tamtych trudnych chwil. Z 14 punktami w tabeli mają przed sobą tylko Miedź!

FUTBOLFEJS.PL: Z ciekawości – wygodny ten fotel wicelidera tabeli?
MIROSŁAW SMYŁA: (ze śmiechem) Wie pan co – zauważyłem, że w kilku miejscach, gdzie zerkam na tabelę, drugą lokatę zaznacza się na… zielono. A zielony kolor bardzo dobrze mi się kojarzy. Z wiosną, nadzieją, świeżością, czymś ożywczym, czymś, co nas napędza. Jeśli teraz Odra ma się z tym kojarzyć, to tylko fajnie i sympatycznie. A tak już zupełnie na poważnie: trudno się przywiązywać do tabeli po siedmiu kolejkach, czy tym bardziej po niepełnych siedmiu kolejkach. To niesamowicie dobra dla nas sprawa, że tak dobrze zaczęliśmy, ale przecież – umówmy się – 14 punktów jeszcze… utrzymania nie daje!

Oczywiście, ale lepiej mieć 14 punktów po 7 kolejkach niż 5, a tyle ma na miejscu barażowym póki co Górnik.
Oczywiście. Można grać ładnie, można być chwalonym, a na końcu liczy się suchy wynik meczu i punkty, jakie się zdobywa. Ale – odbiegając od tabeli i suchych wyników – dla mnie najważniejsze jest to, że dziś mogę z czystym sumieniem powiedzieć: podoba mi się praca z tymi ludźmi, na których trafiłem w Opolu. Mamy i doświadczonych zawodników, którzy swoją wiedzę wnoszą do szatni, i kapitalną młodzież, która chłonie tę widzę, która ma głód treningów, polepszania swojej gry. Dobra „mieszanka” nam z tego wyszła. To tak naprawdę się liczy. Dla tego zespołu chce się przychodzić na każdy kolejny trening, chce się te zajęcia prowadzić, czerpie się przyjemność z analizowania, dyskutowania i układania zarówno tego, jak mają wyglądać treningi, no i jak mają wyglądać mecze.

Początek był mozolny. Nie było panu łatwo w Opolu pozbawionym trenera Jana Furlepy. To musiał być ciężki czas, tak z ręką na sercu.
Tak. Ale też ja byłem w jakiś sposób przygotowany na tę ciężką sytuację. Mam za sobą kilka trudnych doświadczeń. Najpierw w Zagłębiu Sosnowiec, jeszcze w drugiej lidze. Gdy zimą wykonaliśmy ogromną pracę, a po pierwszym meczu wiosny z Okocimskim, który przegraliśmy 0:1, zostałem zwolniony. To był trudny moment. Potem okazało się, że Zagłębie jest tak dobrze przygotowane do rundy wiosennej, że nie przegrało już ani jednego meczu. Walka z Rozwojem o utrzymanie też hartowała. Przecież nikt nam już nie dawał szans, a my zaczęliśmy punktować i iść w górę. Gdy po zimie zespół podniósł się ostatecznie, nagle rozsypał się pechowymi kontuzjami i jeszcze ten wyrostek robaczkowy Gałeckiego! Wszystko się sprzysięgło, a i tak dużo nam do utrzymania nie brakło. To doświadczenia niefajne, bez happy endu można powiedzieć, po których mocno stwardniałem mentalnie. Do trzech razy sztuka – wiem, że mojej wytrzymałości nic nie naruszy.

Nawet niesłuszne uznany gol w Katowicach dla rywali przy 1:0 po ręce Midzierskiego? Gdyby nie tamten błąd arbitra, bylibyście liderem!
Nie, to gdybanie. Tak myśleć nie można. Z Rakowem, uczciwie, nie zasługiwaliśmy na wygraną, a wygraliśmy. Z Katowicami zasługiwaliśmy, a nie wygraliśmy. Gdzieś tam suma tego gdybania i szczęścia zawsze na końcu wychodzi na zero. Liczy się praca i budowanie – zespołu i zawodników, bo to zostaje. To jest trwałe.

Byłem na waszym meczu w Nowym Dworze ze Świtem. 0:5 w Pucharze Polski – straszne lanie od trzecioligowca tuż przed ligą, na oczach waszych kibiców, którzy przejechali pół Polski za wami. Nie miał pan wtedy momentu zawahania?
To był mocny cios, ciężko było z tym żyć, bo zrobił nam się bardzo gorący czas przed ligą – ale mimo wszystko nie. Wiedziałem, że przez ten ciężki czas przejdziemy i będziemy grać tak, jak sobie to przygotowaliśmy. Wtedy w Nowym Dworze, choć tak wysokiej porażki nic nie usprawiedliwia, byliśmy w bardzo konkretnym miejscu przed sezonem, po ciężkich przygotowaniach. Widziałem, jak chłopcy się poruszali i potrafiłem to sobie wytłumaczyć. Pewnie, Pucharu Polski szkoda, ale można też popatrzyć na to w taki sposób: a może gdybyśmy wtedy byli przygotowani na ten konkretny mecz pucharowy, nie mielibyśmy dziś 14 punktów. A może właśnie dlatego, że wtedy nie byliśmy optymalnie przygotowani, to dziś jesteśmy i mamy 14 punktów? Coś za coś.

Od tamtej pory zdaje się, jakby dla Odry wieki minęły. Dziś ma pan punkty i zadowolone trybuny.
Nie było mowy, że Smyła weźmie zespół i dostanie od razu kredyt zaufania. Wiedziałem, że krok po kroku, dzień po dniu, mecz po meczu to zaufanie będę musiał zdobywać. Dla mnie najważniejsze było to, by nie myśleć o tym, co będzie na meczu ze Świtem, co będzie po pierwszym meczu ligowym. Mam takie podejście, że przychodzę do klubu, jakby to była robota na 10 lat. Ważne jest to, co dziś, ale ważne, co będzie za 10 lat.

W Polsce trenerzy tyle nie pracują…
W ogóle trenerzy tyle nie pracują w jednym klubie, ale nie o to chodzi. Chodzi o sposób podejścia do pracy. To jak z wprowadzaniem się do nowego mieszkania. Przecież pan nie wie, ile tak naprawdę będzie w nim mieszkał – z jakiegokolwiek powodu. Ale przecież stara się pan je tak urządzić, jakby miał pan już w nim spędzić całe życie. I by się panu dobrze mieszkało – właśnie i za rok, i za dziesięć. To trudne, bo trzeba mieć na to pomysł.

Rozumiem, że w Opolu macie.
Tak, mamy plan jak rozwijać drużynę, sztab trenerski, klubowe zaplecze, cały klub. Bo to nie jest tak, że „Smyła prowadzi zespół”. Są moi asystenci, z którymi wszystko planujemy, z którymi nad wszystkimi elementami wspólnie pracujemy i z którymi świetnie się dogaduję. Są i inni pracownicy klubu, bez których ten zespół by się nie obszedł. Fajna grupa ludzi się tutaj zebrała, naprawdę fajna. Można czerpać przyjemność z tego, że się przychodzi do pracy, że się trenuje, że spędza się tutaj godzinę za godziną. A to niesamowicie ważne. Wszyscy musimy zadbać, by ten klub w każdym elemencie był na poziomie pierwszoligowym.

Mówił pan o zdobywaniu punktów, ale dla widzów jednak ważne jest to, że pański zespół, przepraszam za słowo, cholernie dobrze się ogląda. Zaimponowaliście tym, że prowadząc z Chojniczanką, ani pomyśleliście o kurczowej obronie wyniku.
Staramy się grać swoje. Łatwo się mówi, trudno robi, ale próbować trzeba. Mówiłem o tym idealnym połączeniu rutyny z młodością. Drużna na tym korzysta i w szatni, ale i na boisku. Nie boimy się trudnych momentów, nie boimy się odpowiedzialności za to, co robimy. Czasami trudno jest połączyć jedno z drugim, co nie znaczy, że nie można próbować.

Ale myślę, że macie świadomość, że ta pierwszoligowa droga zawsze różami usłana nie będzie… Ma pan rację mówiąc, że 14 punktów utrzymania nie dają. To liga, która często rządzi się seriami – i zwycięstw, i porażek, o których z kolei bywa, że decydują detale.
Oczywiście – dobrze pan to ujął. Mamy świadomość tego, że musimy być mentalnie przygotowani i na gorszy czas, i na mecze, które nie będą się dla nas układać tak, jakbyśmy sobie to wymarzyli. Ważne jest mieć poczucie własnych umiejętności, możliwości, siły zespołu. Wtedy łatwiej pogodzić się z trudniejszym okresem. Teraz zagramy z Zagłębie Sosnowiec i wiem, że żartów nie będzie. Zagłębie to bardzo mocny przeciwnik. Świadomość takich rzeczy, świadomość klasy rywali też trzeba mieć.

A propos młodzieży – skąd pan wytrzasnął tego Żagiela? Chłopak jeszcze nie skończył 18 lat, a gra bezkompromisowo jak stary wyga. I jeszcze ma wycięty układ nerwowy.
Ha! Podpowiedział mi go oczywiście trener Marcin Brosz (Żagiel jest wypożyczony do Odry z Górnika – red.). Chłopak wymaga jeszcze dużo „obróbki”, ale faktycznie ma talent i wiele dobrych takich elementów gry, które podobają się kibicom – zwód, pomysł, nieprzewidywalność dla rywali. Będziemy jeszcze mocno z nim i nad nim pracować, by rozwijał się prawidłowo. Mamy też i innych młodych, ciekawych piłkarzy. Choćby Maćczaka, który już dał się zauważyć w pierwszej lidze, a dotychczas grał tylko na poziomie juniorskim (w UKS SMS Łódź – red.).

A z innej beczki – dwa razy od nich starszy Daisuke Matsui gdzieś wam się zawieruszył?
(ze śmiechem) Nie, nie… Matsui troszkę nieszczęśliwie wchodził w nasz zespół. Przyszedł, gdy myśmy grali już mecze, a on potrzebował jeszcze przygotowań. Potem zagrał i niestety zdarzyło się tak nieszczęśliwie, że miał udział przy straconym golu. Do tego przyplątał mu się drobny uraz uda, a potem jak wracał już do zajęć – jeszcze kostki.

Sporo jak na tak krótki czas.
Właśnie – tak się złożyło. Musi nadrabiać indywidualnie, ale to tylko kwestia czasu, kiedy będzie gotowy do gry. Niezmiennie na niego liczymy.

Podobnie chyba jak na napastników. Ciekawe – jak będzie pan już miał Szymona Skrzypczaka, Pawła Wojciechowskiego i jeszcze Matsui, gdzie ich pan wciśnie.
No, tak. Paweł nie przychodził do nas w optymalnej dyspozycji, Szymon dochodzi do pełni sił po kontuzji. Obaj, podobnie jak Matsui, potrzebują indywidualnych ćwiczeń, by móc wrócić do optymalnej formy. A co do kłopotów bogactwa, to… nie. Nie mamy kłopotów bogactwa. Staramy się za to mieć w miarę szeroką kadrę, która umożliwi normalną rywalizację w zespole o miejsce w jedenastce. Także na tym właśnie polega rozwój drużyny. A jak mówiłem – ten rozwój dla nas jest najważniejszy.

Rozmawiał Marcin Kalita

Inne artykuły o: I Liga | Odra Opole

Wszystkie teksty, zdjęcia, grafiki i inne dane znajdujące się w serwisie Futbolfejs.pl chronione są prawami autorskimi.

Użycie skopiowanych lub pobranych materiałów bez pisemnej zgody Autora jest zabronione.

Serwis przeznaczony dla odbiorców posługujących się językiem polskim, ale mieszkających w krajach, gdzie zakłady bukmacherskie są legalne.

Projekt i realizacja Konrad Siuda & Stukot Pikseli