Miały być fajerwerki i były. Ale na awans Sandecja jeszcze musi poczekać…

Autor wpisu: 16 maja 2017 19:33

Sandecja reklamowała swój mecz ze Zniczem jako spotkanie, w którym postawi kropkę nad „i”. No i niby postawiła, choć wciąż awansu do ekstraklasy w stu procentach pewna być nie może. Najwcześniej awans można przyklepać jutro – jeśli trzy z czterech drużyn znajdujących się w tabeli tuż za jej plecami nie odniosą zwycięstwa.

To tyle, jeśli chodzi o suchą matematykę. Bo jeśli idzie o świętowanie, w Nowym Sączu nikt się już matematyką nie przejmuje. Bo i po co, skoro Sandecja leje wszystkich jak leci. Wygrana ze Zniczem była ósmą z rzędu.

W ogóle bilans jej wiosennych meczów u siebie to rzecz absolutnie wyjątkowa: osiem zwycięstw (a licząc z ostatnim jesiennym to dziewięć kolejnych), zero remisów, zero porażek. Do tego 25 goli strzelonych i tylko 5 straconych. Nie ma na zapleczu ekstraklasy drużyny, która w całym sezonie zdobyłaby u siebie więcej punktów niż Sandecja. A gdy do tego dodamy zwycięstwa na wyjeździe z bezpośrednimi rywalami do awansu – w Suwałkach, Chojnicach i Katowicach – absolutnie nikt nie może się dziwić, że zespół Mroczkowskiego straszy teraz… ekstraklasę:

Mecz ze Zniczem miał tak naprawdę podtrzymać dobry nastrój w Sandecji, bo – umówmy się – nie było opcji, by to właśnie akurat dzielna skądinąd drużyna trenera Andrzeja Prawdy postawiła się liderowi. Co prawda stać ją było nawet na dwa gole – pierwszy i ostatni w meczu (oba trafienia zaliczył Adrian Paluchowski) – tyle że w tak zwanym międzyczasie Sandecja strzeliła pięć, cały czas się przy tym dobrze bawiąc i potwierdzając kapitalną formę w tej rundzie.
Trener Mroczkowski narzeka na krótką kołdrę i na to, że z powodu kontuzji sypie mu się na finiszu zespół, ale te narzekania możemy potraktować z przymrużeniem oka. Nie ma Małkowskiego, wypadł Korzym? Nie szkodzi. Są inni – chociażby Michał Gałecki. Albo Filip Piszczek, który błysnął już w ubiegłym sezonie. – Gdybym miał dwudziestu takich Piszczków, to powalczyłbym o ekstraklasę – mówił nam Mroczkowski latem, przed startem tego sezonu. Jak widać, Piszczek wystarczył jeden. I to w dodatku taki, który trochę czasu spędził na leczeniu urazu.

Sandecja jest absolutnym fenomenem, potwierdzającym, że ten sezon na zapleczu ekstraklasy jest kompletnie nieprzewidywalny. Drużyna złożona z kilku młodych zdolnych, ale przede wszystkim z facetów po przejściach, którzy pewnie o powrocie do ekstraklasy jeszcze pół roku temu nie myśleli, bo nie mieli takiej potrzeby. Zadekowali się w Nowym Sączu, by w miłym i sympatycznym towarzystwie dograć do końca kariery i przy okazji sprawić, by Sandecja nie musiała drżeć o ligowy byt. A tu sprawa kompletnie wymknęła się spod kontroli. Kiedy? Tak naprawdę nie wiadomo. Zresztą Mroczkowski do dziś wygląda jak facet, który jest w szoku, bo nie do końca potrafi wytłumaczyć to, co się stało.

Cóż, teraz mecz wyjazdowy z Podbeskidziem i jeśli nawet Sandecji powinie się w nim noga – kiedyś przecież musi, prawda? – to awans i tak już raczej nie ucieknie. Będzie szansa postawić kropkę nad „i” w meczu z Wisłą Puławy. Albo w Legnicy. A potem? A potem dopiero zacznie się problem. Trzeba będzie budować zespół na miarę ekstraklasy. Bo ten, choć tę ekstraklasę wywalczył, z całym szacunkiem, ale szczebel wyżej wymagał będzie radykalnych uzupełnień.
Ale o tym będzie jeszcze czas pomyśleć. Na razie niech trwa w tym Nowym Sączu festiwal dumy i radości. Zasłużyli sobie na to.

Wszystkie teksty, zdjęcia, grafiki i inne dane znajdujące się w serwisie Futbolfejs.pl chronione są prawami autorskimi.

Użycie skopiowanych lub pobranych materiałów bez pisemnej zgody Autora jest zabronione.

Serwis przeznaczony dla odbiorców posługujących się językiem polskim, ale mieszkających w krajach, gdzie zakłady bukmacherskie są legalne.

Projekt i realizacja Konrad Siuda & Stukot Pikseli