Dariusz BANASIK: Czy Dudek będzie u mnie grał? Jeśli zasłuży…

Autor wpisu: 13 grudnia 2016 09:18

Mówi, że o pracy w Zagłębiu Sosnowiec marzył od dłuższego czasu, ale pewnie nie przypuszczał, że będzie przejmował ten zespół, bo jego poprzednika „zwolnią” piłkarze. Dariusz Banasik mówi nam nie tylko o tym, czym skusili go w Sosnowcu, ale też o tym, co zostawia po sobie w Pogoni Siedlce, ile dała mu praca w Legii i co radził mu Jacek Magiera. Nie mogło też oczywiście zabraknąć pytań o Sebastiana Dudka.

FUTBOLFEJS.PL: Można powiedzieć, że zaliczył pan wejście smoka do seniorskiej piłki. Awans ze Zniczem do pierwszej ligi, potem świetny wynik z Pogonią Siedlce, teraz oferta z Zagłębia Sosnowiec. Wygląda na to, że „marnował się” pan w tej Legii, pracując z juniorami. Nie ma pan wrażenia, że tam zamarudził, że trzeba było wcześniej podjąć wyzwanie w dorosłej piłce?
DARIUSZ BANASIK: Pewnie można było… Natomiast nie zgodzę się ze stwierdzeniem, że w Legii się marnowałem. Wręcz przeciwnie, uważam, że dzięki pracy w takim klubie złapałem bardzo dużo doświadczenia, które teraz procentuje. Niewątpliwie najtrudniej było zdecydować się na ten pierwszy krok, czyli odejście z Legii. Pojawiały się zapytania, propozycje, ale wydawało mi się, że dobrze wykonuję swoją pracę na Legii, że tych młodych chłopaków odpowiednio szkolę, kształcę i wychowuję. Zdobyliśmy przecież mistrzostwo Młodej Ekstraklasy. Wszystko szło, jak powinno, więc nie za bardzo chciałem coś zmieniać. No i przy okazji liczyłem na to, że za chwilę trafię do pierwszego zespołu i będę tam asystentem. Wydawało mi się, że po tych wszystkich trenerskich etapach, jakie przeszedłem przy Łazienkowskiej, to będzie kolejny naturalny krok.

W Legii zatrudniono wtedy Henninga Berga. Nie widział pana w swoim sztabie?
Zaraz po tym, jak podpisał kontrakt, zostałem umówiony z nim na rozmowę. Spotkaliśmy się, rozmawialiśmy półtorej godziny, po czym usłyszałem, że decyzja jest taka, iż bierze do sztabu swoich ludzi. Przy okazji okazało się, że Jacek Magiera przechodzi do drugiej drużyny, więc dla mnie zrobiło się za ciasno. Poszedłem na pół roku do juniorów, do CLJ, ale stwierdziłem, że nadszedł czas, by wreszcie spróbować się w piłce seniorskiej. Już poza Legią. Pojawiła się oferta ze Znicza. W pierwszym sezonie dotarliśmy do ćwierćfinału Pucharu Polski, w drugim udało się awansować do pierwszej ligi. Potem była Pogoń Siedlce, no i teraz kolejne wyzwanie – w Sosnowcu.

Rozmawialiśmy latem, gdy odszedł pan ze Znicza. Mówił pan wtedy, że w Pruszkowie odbił się już od ściany. Ale rozumiem, że mimo wszystko pobytu w tym Zniczu pan nie żałuje?
Patrząc na to, co udało mi się z tą drużyną zrobić, to był dla mnie bardzo pożyteczny czas. Tym bardziej, że bardzo rzadko się zdarza, by na poziomie drugiej ligi jakiś trener przetrwał w jednym klubie pełne dwa sezony. Więc czasu spędzonego w Zniczu oczywiście nie żałuję. Żałuję natomiast czego innego, że musiałem stamtąd odejść, bo znaliśmy się tam już z piłkarzami jak łyse konie. A z tym odbiciem się od ściany, to chodziło mi o to, że w pewnym momencie w Zniczu wszystko zaczęło urastać do rangi dużego problemu. Kontrast między Legią a piłką drugoligową w pewnym momencie był już dla mnie nie do przezwyciężenia. Inny świat. Prosty przykład – jak w Legii mówiłem, że potrzebuję 20 piłek na trening, to dostawałem 20 piłek. W Zniczu już tak prosto nie było.

A Siedlec i Pogoni panu nie żal? Znakomite, jak na pierwszą ligę, warunki do pracy, fajny zespół, który w dużej mierze to właśnie pan zbudował, do tego atmosfera, wyniki. Był dylemat?
Był, jasne. Powiem szczerze, że gdyby nie chodziło o Sosnowiec, na pewno z Pogoni teraz bym się nie ruszał. Tak się jednak składa, że zawsze chciałem pracować w Zagłębiu. Gdy odchodziłem z Legii, po raz pierwszy pojawił się temat mojej pracy w tym klubie, ale wówczas działacze uznali, że nie zaryzykują, stawiając na trenera bez doświadczenia w seniorskiej piłce. Niemniej już wtedy powiedziałem, że jak tylko pojawi się możliwość pracy w Zagłębiu, będę chciał z niej skorzystać. Zagłębie zawsze było blisko Legii, przez to i mi jest bardzo bliskie. Nie mogłem nie skorzystać. Natomiast pewnie, że Pogoni będzie mi żal, bo sporo serca i pracy w tę drużynę włożyłem. Pościągałem tu wielu chłopaków, m.in. Burkhardta, Tomasiewicza, Bajdura, Jędrycha. Namawiałem ich do gry w Pogoni i wielu zgodziło się właśnie dlatego, że ja byłem tam trenerem. Myślę, że dziś nie żałują.

Ale pewnie żałują, że zostawia ich pan w połowie sezonu.
Zapewniam, że rozumieją tę decyzję. Przyjęli ją naprawdę godnie.

Początek w tych Siedlcach miał pan jednak taki, że po pięciu, sześciu kolejkach zaczęto głośno mówić, że trzeba pana zwolnić, bo za chwilę Pogoń ugrzęźnie w strefie spadkowej i już się z niej nie podniesie.
Szczerze? Nie chcę się mądrzyć, ale przewidziałem, że tak może się zdarzyć. Naprawdę.

Czyli spokojnie wytrzymywał pan ciśnienie?
Tak. Bo to było do przewidzenia, wystarczyło spojrzeć na nasz terminarz, by dojść do podobnego wniosku. Raz – nowy trener. Dwa – bardzo mocno przebudowana drużyna. Trzy – w czterech pierwszych meczach trzy wyjazdy na Śląsk plus u siebie mocna Sandecja. W pewnym momencie pojawiło się ciśnienie, przyznaję, ale znosiłem to w miarę spokojnie, bo widziałem, że gramy przyzwoicie. Pewnie inaczej bym reagował, gdybyśmy rzeczywiście prezentowali się bardzo słabo. Ale w każdym spotkaniu było widać w naszej grze jakość, byłem więc przekonany, że za chwilę ten zespół odpali i zacznie punktować. I tak się stało.

Co było kluczowe do tego, by odpalił?
Przekonać wszystkich, by przestali wreszcie patrzeć do tyłu, a zaczęli do przodu.

Czyli?
W Siedlcach przez te dwa sezony pobytu w pierwszej lidze wszyscy nauczyli się patrzeć tylko na dół tabeli i zastanawiać się, ile punktów do spadku, ile brakuje do utrzymania. „Przestańmy patrzeć do tyłu, a zacznijmy do przodu. Myślcie o tym, by wygrywać, a nie by nie przegrywać” – mówiłem. Trzeba było trafić do głów chłopaków i przekonać ich, że jesteśmy na tyle dobrzy, by nie walczyć o utrzymanie, tylko o wyższe cele. Zresztą taki był zamysł prezesów Pogoni. Zatrudnili nowego trenera przecież nie po to, by znów bić się o utrzymanie do ostatniej kolejki, tylko walczyć o solidny środek tabeli. A wyszło nawet więcej.

I co teraz z tą Pogonią będzie? Marcin Broniszewski pociągnie to? Znacie się w ogóle?
Tak, znamy się.

Polecał go pan w Siedlcach?
Zatrudnienie go było oczywiście decyzją zarządu, ale prezes wcześniej ze mną o Marcinie rozmawiał, przyznał, że jest taki pomysł i zapytał, co uważam na ten temat. Odpowiedziałem, że to jak najbardziej dobry pomysł. Marcin powinien sobie poradzić. Ma fundament, ciśnienia wielkiego tam już nie będzie, bo jesienią drużyna uzbierała sporo punktów, więc spokojnie powinien sobie tę wiosnę przepracować. Wydaje mi się, że to rozsądny ruch ze strony szefów klubu.

Po tym, jak przyjął ofertę z Zagłębia, powiedział pan, że wycisnął już z tej Pogoni wszystko jak z cytryny, że więcej nie dałby rady.
I oberwało mi się trochę za te słowa (śmiech).

E tam, dobry cytat wart jest czasem poświęceń.
Żeby nie było nieporozumień, wyjaśniam. Nie chodziło mi o chłopaków i drużynę jako taką, bo z nich zapewne da się jeszcze wycisnąć i być może wcale nie tak mało. Chodziło mi o coś innego. Pogoń to zespół, który dopiero trzeci rok jest w pierwszej lidze, dotychczas dwa razy niemal do końca musiał bronić się przed spadkiem. Dużo się w tym czasie zmieniło – prezes, działacze, piłkarze, podejście do pewnych spraw. Chodziło mi o to, że biorąc to wszystko pod uwagę, tej jesieni naprawdę wyśrubowaliśmy wynik na bardzo wysokim poziomie.

Dla pana tak wysokie miejsce Pogoni też było zaskoczeniem?
Nie do końca… Powiem tak: ja nigdy nie gram o utrzymanie. Nawet do żony mówiłem latem: „Zobacz, w tych Siedlcach wszyscy chcą, bym utrzymał zespół. W Zniczu też chcieli tego samego”. A w Legii byłem nauczony tego, że zawsze trzeba grać o zwycięstwo, o jak najwyższe cele. W Pogoni, jak wygraliśmy drugi mecz z rzędu, to usłyszałem w szatni: „Trenerze, dwa mecze z rzędu to my nie pamiętamy, kiedy ostatnio wygraliśmy”. „Nie, no przestańcie. Jak wygramy sześć meczów z rzędu, to wtedy oznaczać będzie, że jesteśmy klasową drużyną, ale dwa? Nie wygłupiajcie się”. Trzeba było przestawić myślenie niektórych ludzi, nauczyć trochę innego podejścia, innej mentalności. Zresztą nie tylko chłopaków z drużyny, ale i wszystkich w klubie. Oni musieli zdać sobie sprawę, że wcale nie są słabsi od innych, że nie powinni już na starcie stawiać się w takiej roli. Potrzebowali więcej odwagi i pewności siebie.

Zabiera pan kogoś z Pogoni do Sosnowca?
Teraz na pewno nie. Rozmawiałem z prezesem Zagłębia i mówiłem mu, że dwóch, trzech zawodników na pewno by się przydało, ale to byłby zły czas. Po pierwsze, oni mają ważne kontrakty. Po drugie, nie chcę tym chłopakom mieszać teraz w głowach, bo zamiast skupiać się na przygotowaniach do rundy, myśli mieliby zaprzątnięte czymś innym.

A jak pan ocenia piłkarski potencjał Zagłębia? Dużo większy w porównaniu z Pogonią?
Wydaje mi się, że Zagłębie piłkarsko ma największy potencjał spośród wszystkich drużyn w pierwszej lidze. Szczególnie w ofensywie. Więcej uwagi i pracy wymagać będzie gra defensywna, ale z przodu Zagłębie dysponuje olbrzymią siłą.

Wrócił pan niedawno z Sosnowca. Burza już tam ucichła?
Na żadną burzę tam nie trafiłem.

To powie pan, czy Sebastian Dudek będzie grał wiosną w pierwszym składzie.
No jak mogę panu taką rzecz powiedzieć?

Normalnie.
Jeżeli będzie na to zasługiwał, to na pewno tak. Każdego zawodnika traktuję jednakowo i staram się sprawiedliwie. Będą grać najlepsi. Ci, którzy swoją formą zasługują na miejsce w pierwszym składzie.

Domyśla się pan, czemu pytam?
Domyślam się.

Jak pan, jako trener, przyjął tę całą aferę ze słowami Dudka i odsunięciem trenera Mandrysza? Pytam, bo jak tylko sprawa wybuchła, natychmiast pojawiły się głosy, że żaden szanujący się szkoleniowiec nie pójdzie po czymś takim pracować do Zagłębia.
Nie spotkałem się z takimi opiniami. To po pierwsze. Po drugie, jeszcze zanim ta sprawa zaczęła żyć swoim życiem, byłem po słowie z prezesem Zagłębia. Już wtedy było wiadomo, że trener Mandrysz wiosną nie będzie pracował w Sosnowcu. Poza tym powiem szczerze, że w ogóle się w tę sytuację nie angażowałem. I nie zamierzam.

Ale zna pan sprawę i pewnie ma na temat tego, co się wydarzyło, swoje zdanie.
Jako trener zawsze stanę po stronie drugiego trenera. Ale też zawsze staram się zrozumieć piłkarzy. W tym sensie, że uważam, iż w takiej sytuacji należy również wysłuchać ich racji.

Rozmawiał pan już z Sebastianem?
Jeszcze nie. Dlatego tym trudniej jest mi powiedzieć, dlaczego powiedział to, co powiedział. Natomiast skoro klub stanął po stronie zawodnika, ja jako przyszły pracownik tego klubu – nie powiem, że też stoję za zawodnikiem, ale na pewno będę chciał z nim o tym wszystkim porozmawiać. Ale to dopiero po urlopach piłkarzy.

Pan też, jak większość kibiców z Sosnowca, uważa, że trener Mandrysz popsuł Zagłębie?
Nigdy bym tak nie powiedział. Początek sezonu zespół miał świetny, ale potem nastąpiły zawirowania z trenerami, co pewnie przełożyło się na formę piłkarzy i styl gry drużyny. Częste zmiany szkoleniowców i brak stabilizacji jeszcze nikomu nie wyszły na dobre. Być może nadszedł moment kryzysu, być może doszły do tego jakieś niefortunne zbiegi okoliczności? Trudno powiedzieć. Ale obarczać trenera Mandrysza winą za popsucie zespołu? Tym bardziej, że nie jest trenerem anonimowym, tylko pracuje już w zawodzie kilka ładnych lat i wywalczył już w tym czasie kilka awansów. Inna sprawa, że teraz to już nie ma co się nad tym wszystkim rozwodzić. Trzeba myśleć o rundzie wiosennej.

Tak czy inaczej piłkarze Zagłębia mogą chyba spać spokojnie, bo z tego, co się orientuję, pan preferuje styl prowadzenia zespołu na zasadzie relacji partnerskich? Autorytaryzm jest raczej panu obcy – nie mylę się?
Prawda. Relacje z piłkarzami staram się zazwyczaj budować na zasadach partnerskich. Tym bardziej że często mam w szatni zawodników bardzo dojrzałych i doświadczonych. Trudno, bym traktował ich jak dzieci, choć czasem zdarzy się, że i tak trzeba. Piłkarze muszą czuć oparcie w trenerze, muszą wiedzieć, że w każdej chwili i na każdy temat mogą z nim porozmawiać, muszą czuć, że trener wszystkich traktuje sprawiedliwie, że jeśli kogoś odstawia od składu, to ten ktoś wie, dlaczego tak się dzieje. Oczywiście muszą też wiedzieć, że to trener podejmuje decyzje i za nie odpowiada. Natomiast uważam i jestem zwolennikiem takiego podejścia – że z piłkarzami warto rozmawiać. Nauczyłem się tego w Zniczu i w Pogoni, że warto wysłuchać, co mają do powiedzenia. Trener nie jest omnibusem, który wszystko wie i wszystko widzi. Warto posłuchać kogoś, kto na to wszystko patrzy z innej strony. Gdy mieliśmy kryzys w Pogoni, wziąłem najstarszych chłopaków z drużyny do siebie i pytam, co by zrobili. Rzucili kilka pomysłów i jeden mi się spodobał. Taki, o którym nie pomyślałem. Zawodnicy czują wtedy, że trener z ich zdaniem się liczy. To też jest bardzo ważne i buduje więzi w grupie.

Podpowiedzieli, żeby przesunąć Konrada Wrzesińskiego do pomocy?
Nie. To akurat był mój pomysł. Choć wszyscy byli temu przeciwni. Wmówiłem Konradowi, że to jego pozycja, że sprawdzi się na niej i tak się stało. Gorsza sytuacja była z Tomkiem Lewandowskim, który był stoperem, a którego trzeba było przekonać, że od teraz będzie grał na prawej obronie.

Nie chciał?
Musiałem go trochę podejść i użyć najprostszego na świecie fortelu – zapytałem go, co woli: zagrać, ale na nowej pozycji, czy nie zagrać w ogóle. Metoda wyjątkowo skuteczna. Poza tym okazało się, że od tego czasu Pogoń miała naprawdę świetny bilans – gdyby nie liczyć pierwszych sześciu kolejek, byłaby teraz wiceliderem.

Wróćmy do Zagłębia. Dużo będzie pan w grze tej drużyny zmieniał?
Jeszcze nie wiem. Jestem na etapie szczegółowego analizowania tego, jak ten zespół grał jesienią. Natomiast w każdym zespole, w którym pracuję, dobieram taktykę pod zawodników, jakimi dysponuję. Nigdy nie robię odwrotnie. Na pewno chciałbym grać… różnie. Chciałbym, by Zagłębie było elastyczne, by w trakcie meczów płynnie potrafiło zmieniać ustawienie i sposób gry. By umiało grać wysokim pressingiem, ale też by umiało się głęboko cofnąć i skutecznie bronić. By nie miało problemów z atakiem pozycyjnym, ale też potrafiło zaskakiwać kontrami. W dzisiejszym futbolu nie ma chyba miejsca dla drużyn preferujących sztywno tylko jeden sposób gry. Jedno natomiast jest w tym wszystkim niezmienne – chcę grać widowiskowo i skutecznie.

Postawiono przed panem twardy cel – awans?
Tak na sztywno nie umawialiśmy się z prezesem, ale przecież wiadomo, że idę do Sosnowca po to, by wywalczyć z Zagłębiem awans do ekstraklasy. Przejmując zespół będący na 3. miejscu i mający stratę trzech punktów do lidera, nie mogę powiedzieć inaczej.

Z Jackiem Magierą pan rozmawiał?
Oczywiście. Jeszcze zanim podpisałem w Sosnowcu umowę. Utwierdzał mnie w przekonaniu, że dobrze robię. Zresztą rozmawiamy często, mamy bardzo dobre relacje. Wciąż pamiętam, jak po pierwszym meczu Zagłębia z Pogonią, na początku sierpnia, usiedliśmy sobie przy kawie i zastanawialiśmy się, gdzie będziemy po rundzie jesiennej. Do głowy nam wtedy nie przyszło, że on w Legii, a ja w Sosnowcu. Cóż, znów się potwierdziło, że najlepsze scenariusze pisze życie.

Czego życzyć na święta i Nowy Rok?
Szczęścia. Do tej pory mnie nie opuszczało, niech więc tak zostanie.

Rozmawiał Krzysztof Budka

sklep vitasport.pl
forBET
  • znużony

    Jak to dobrze że zaczynają się pojawiać w polskiej piłce trenerzy którzy nie boją się własnego cienia i chcą grać ofensywnie. Po dziurki w nosie już miałem tych „filozofów” taktyki na 0-0 i niewolników defensywy. Sport jest dla ludzi odważnych i walczących i te cechy ma rozwijać a sport zawodowy jest dla widzów którzy chcą ogladać widowiska, zmiany akcji i przeżywać emocje a nie ‚piłkarskie szachy” i łamanie nóg. Zachód nam odjechał bo tam szybciej myślą i wyciągają wnioski.
    Mnie się podobało jak zagrał Magiera w meczach z Realem i Borussią w tych przegranych meczach bo to pozwoliło inaczej zagrać w kolejnych. Nie można nabrać wiary we własne siły stojąc w narożniku i zasłaniając się od ciosów, trzeba je również zadawać żeby sie przekonać że przed nami nie stoi nadczłowiek. Czasami bywa to bolesne ale nie ma innej drogi.

    • Krzysztof Budka

      Faktycznie, Banasik to jeden z tych odważnych – a przy okazji twardo stojących na ziemi i wyjątkowo sympatycznych – trenerów młodego pokolenia, którym warto kibicować. Niezależnie od tego, gdzie akurat pracują.

Wszystkie teksty, zdjęcia, grafiki i inne dane znajdujące się w serwisie Futbolfejs.pl chronione są prawami autorskimi.

Użycie skopiowanych lub pobranych materiałów bez pisemnej zgody Autora jest zabronione.

Serwis przeznaczony dla odbiorców posługujących się językiem polskim, ale mieszkających w krajach, gdzie zakłady bukmacherskie są legalne.

Projekt i realizacja Konrad Siuda & Stukot Pikseli