Chojniczanka zmiotła tyskiego „hegemona” w osiem minut. Tak się buduje twierdzę!

Autor wpisu: 10 września 2017 19:21

Już po pierwszej połowie z Tychów nie było co zbierać. W Chojnicach nie żartują. Zapowiadali, że w tym sezonie wynagrodzą kibicom nieudaną wiosnę, czyli to, że nie potrafili wówczas wygrać na własnym stadionie ani jednego spotkania, i słowa dotrzymują. Czwarty mecz – czwarte zwycięstwo. Tym razem jednak takie, które smakuje wyjątkowo.

Z podziwu godną konsekwencją Chojniczanka leje u siebie w tym sezonie wszystkich, jak leci. Teraz 3:0 „przeleciała” GKS Tychy, czyli zespół, który latem zaszalał na rynku transferowym i który nie ukrywa ekstraklasowych aspiracji. No, ale do tego to mu jednak jeszcze daleko. Nazwiska całkiem przyzwoite. Szczególnie jak na pierwszą ligę, ale – jak wiadomo – nazwisko nie grają. Coś w tych Tychach nie może zaskoczyć, bo zespół Jurija Szatałowa gra w kratkę. I to taką, która na razie daje mu miejsce w dolnej połówce tabeli. Rozczarowanie? Z pewnością. Szczególnie, że niedługo minie miesiąc, odkąd ten pierwszoligowy „hegemon”, jak go przed rozpoczęciem sezonu nazywano, wygrał ostatnio w lidze. Na wyjazdach zdążył już ponieść trzy porażki. Mają się nad czym w tych Tychach głowić, to pewne.

Chojniczanka jest za to w tym sezonie bezkompromisowa. Przynajmniej u siebie. Piłkarze zapowiadali, że spróbują postawić sobie twierdzę, z jakiej słynęli ubiegłej jesieni (gdy w Chojnicach nie przegrali żadnego spotkania), i na razie konsekwentnie tę obietnicę spełniają. Cztery zwycięstwa, czternaście zdobytych bramek – bilans, który robi wrażenie. U siebie Chojniczanka jest piekielnie skuteczna – nie strzela rywalom mniej niż trzy gole. I o ile jeszcze po wygranych ze Stomilem, Podbeskidziem czy Ruchem ktoś mógł kręcić na to wszystko nosem, o tyle po tym, jak poległy tu Tychy, nikt nie powinien mieć już wątpliwości, że ten zespół znów spróbuje powalczyć o ekstraklasę. No i że spokojnie go na to stać.

Przed sezonem oba zespoły porobiły – nie tylko naszym zdaniem – najbardziej spektakularne w pierwszej lidze zakupy. Różnica jednak polega na tym, że Chojniczanki dołożyła przyzwoite wzmocnienia do bardzo mocnego kręgosłupa, jaki już miała. W Tychach dotychczas był zespół, który ledwie wygrzebał się przed spadkiem, więc tam taki kręgosłup dopiero trzeba stworzyć. I doskonale było to widać w tym spotkaniu. Goście w zasadzie istnieli tylko przez pierwszy kwadrans. Potem nie mieli już żadnych argumentów. Wszystkie atuty były po stronie gospodarzy, którzy mecz rozstrzygnęli w osiem minut (od 22. do 35.). Najpierw przepięknym uderzeniem popisał się Paweł Zawistowski (jak to mówią – same widły z dystansu), potem gola dołożył Wojciech Lisowski, a mecz zamknął Tomasz Boczek – nota bene były obrońca Tychów.

W Chojnicach od początku sezonu studzą nastroje, starając się zapewne nie dopuścić do tego, co stało się pod koniec ubiegłego sezonu, gdy „napalenie” na awans było bardzo duże. Tym razem obowiązuje kurs – im ciszej, tym lepiej. A najlepiej, jakby w ogóle tej Chojniczanki nikt nie zauważał. No, ale jednak się nie da. Szczególnie po tym, jak się wygra ze spadkowiczem w tak szalonych okolicznościach jak przed kilkunastoma dniami z Ruchem, albo gdy tak bezlitośnie leje się jednego z faworytów tej ligi. Na razie co prawda takiego bardziej papierowego, niemniej jednak…

Inne artykuły o: Chojniczanka Chojnice | GKS Tychy | I Liga

Wszystkie teksty, zdjęcia, grafiki i inne dane znajdujące się w serwisie Futbolfejs.pl chronione są prawami autorskimi.

Użycie skopiowanych lub pobranych materiałów bez pisemnej zgody Autora jest zabronione.

Serwis przeznaczony dla odbiorców posługujących się językiem polskim, ale mieszkających w krajach, gdzie zakłady bukmacherskie są legalne.

Projekt i realizacja Konrad Siuda & Stukot Pikseli