Chojniczanka – Miedź, czyli walka o ogień. Bez jeńców i bez goli

Autor wpisu: 1 kwietnia 2017 19:46

Mecz na szczycie w Chojnicach przez godzinę nie porywał. Choć była to walka na całego. Taka bardzo fizyczna walka. Jak to z Chojniczanką bywa, rozkręcił się w końcowych fragmentach. Ale zadowolona może być tylko jedna drużyna – Miedź.

No jak się mógł potoczyć mecz takich drużyn jak Chojniczanka i Miedź Legnica? Wiadomo – jak walka o ogień. Oba zespoły znane są z pressingu, twardości, wybiegania. Choć oba mają w szeregach wybitnych, jak na poziom Nice 1. Ligi, wirtuozów.
W Chojnicach walczyły na całego. Wirtuozi wirtuozerię pokazywali tylko od czasu do czasu, gdy gdzieś tam się można było urwać na wolne pole, którego na ogół… nie było.
Była za to walka, pilnowanie, zawężanie. W ruch szły łokcie, ciało przy ciele, noga przy nodze. W pierwszej połowie w zasadzie tylko raz Paweł Kapsa z jednej strony i raz Łukasz Budziłek z drugiej mogli się wykazać przy strzałach. No i raz wykazał się… Hunter Gorskie. Obrońca Miedzi rzadko dostający szansę gry w pierwszy składzie pod koniec pierwszej połowy wyręczył Kapsę, wybijając piłkę tuż sprzed linii bramkowej po zamieszaniu w polu karnym i przewrotce.
Gorskie był jednak postacią w tym meczu niejednoznaczną – tu ratował, poza tym ganiał jak szalony i za wszelką cenę starał się pokazać, że jest godny walki o ogień. Tak bardzo się zapamiętał, że najpierw niepotrzebnie dostał jedną żółtą kartkę, a w 57. minucie drugą – tu sytuacja była dyskusyjna, ale Gorskie sam ją sprowokował, bo po co narażać się na interwencję arbitra pod polem karnym… rywala?

Miedź jest oczywiście za mądrym zespołem, by spanikować – nawet w dziesiątkę. To jasne. Ale też faktem jest, że mecz dopiero w tym momencie się otworzył. Do gospodarzy jakby dotarła w pełni świadomość, że w tej sytuacji siódmy z rzędu remis – na dodatek u siebie, na dodatek z osłabionym rywalem, to będzie już wtopa dużego kalibru. Próbowali zaatakować. Raz ratował Miedziankę Kapsa, który nie wiadomo jak złapał kompletnie nieprzewidywalny rykoszet, raz słupek – gdy Tomasz Mikołajczak po kontrze posłał piłkę w słupek. Dwa razy (Pietruszka i Mikołajczak) brakowało precyzji.
Ale znowu – to jest Miedź! Chojniczanka miała co prawda więcej miejsca na atak, ale zespół Ryszarda Tarasiewicza wiedział, że lekarstwo jest banalne: trzymać piłkę. I długimi okresami okazywało się, że możliwe. Tylko tak doświadczeni i tak świetni technicznie piłkarze jak ci z Legnicy są w stanie zamknąć przeciwnika z piłką na jego połowie, grając 10 na 11. Trzy razy pociski posyłał Forsell, ale mijały celu.

Jeśli to miał być mecz „zimowych gwiazdek”, czyli tych, którzy pobudzili wyobraźnię w zimowym okienku, to… nie był. Wciąż się wydaje, jakby te postacie były melodią przyszłości. Tylko co tu czekać na przyszłość? Paradoksalnie najfajniej pokazali się ci, którzy weszli na końcówkę w Miedzi – Bartulović i wracający do Legnicy Marquitos. Grali niby krótko, ale intensywnie i wnieśli, co mieli wnieść do bardzo dojrzałej końcówki w wykonaniu legniczan.
Miedź – jak cwany lis urwała w Chojnicach to, co chciała urwać. A Chojniczanka? Oj, boli. Siedem remisów z rzędu i wciąż… pozycja lidera. I to jest najbardziej niesamowite w tym wszystkim.
A może bardziej niesamowite były słowa Tomasza Mikołajczaka po meczu. „Zdominowaliśmy Miedź w końcówce”. Hmm… Jak tak dalej pójdzie, piłkarze z Chojnic po sezonie też sobie powiedzą: „Zdominowaliśmy pierwszą ligę”. Po czym w następnym znów w niej zagrają…

 

Wszystkie teksty, zdjęcia, grafiki i inne dane znajdujące się w serwisie Futbolfejs.pl chronione są prawami autorskimi.

Użycie skopiowanych lub pobranych materiałów bez pisemnej zgody Autora jest zabronione.

Serwis przeznaczony dla odbiorców posługujących się językiem polskim, ale mieszkających w krajach, gdzie zakłady bukmacherskie są legalne.

Projekt i realizacja Konrad Siuda & Stukot Pikseli