Aghwan Papikjan: Ja przecież nigdzie… nie zniknąłem!

Autor wpisu: 15 lipca 2017 11:07

Aghwan Papikjan – dopiero 23 lata i już mnóstwo piłkarskich doświadczeń. Teraz będzie chciał błysnąć na pierwszoligowych boiskach w barwach Rakowa Częstochowa. Ale rozmawiamy z nim nie tylko o tym. Także, czy czuje się jakby „zniknął z radarów”, co dała mu gra w Rosji i Armenii, o szansie gry przeciwko Polsce w październiku, rodzinnych losach i trzymanym w ręce… karabinie.

FUTBOLFEJS.PL: Wracasz do pierwszej ligi. Trochę szybciej niż… Raków. Tobie zajęło to tylko rok.
AGHWAN PAPIKJAN: Nasze rozmowy z działaczami Rakowa trochę trwały, bo akurat jak Raków się do mnie zgłosił, dostałem też opcję przedłużenia umowy z Bełchatowem. I muszę powiedzieć, że to także było dla mnie dobrą ofertą. Poza tym było kilka zapytań i z innych klubów. Ale koniec końców zdecydowałem się na Raków, który był najbardziej konkretny. Bo uważam, że to bardzo dobra drużyna, z potencjałem, z ciekawą taktyką – fajną dla mnie, bo lubię grać do przodu, a Raków właśnie jest ustawiany bardziej ofensywnie. No i mam zaufanie do tego sztabu trenerskiego, z którym mogę teraz w Częstochowie pracować.

W kozackiej akcji dla kibiców Raków podbija stawkę! – TUTAJ

No i chyba bardzo ważny argument – Raków gra piętro wyżej od Bełchatowa?
Oczywiście, to też było ważne. W drugiej lidze, powiedzmy szczerze, jest więcej kopania. W pierwszej jednak więcej grania. I na to bardzo liczę, przecież znam tę pierwszą ligę bardzo dobrze.

Mimo wszystko zaskakujesz – wydawałoby się, że jak masz do wyboru ligę wyższą to bez wahania powinieneś brać. Bełchatów to był zespół, który bronił się przed spadkiem do trzeciej ligi. A z tego, co mówisz, było wahanie.
Niby tak. Ale i z prezesem, i z trenerem Bełchatowa rozmawialiśmy bardzo długo o sytuacji i zapewniali mnie, że będą wzmocnienia, że zespół będzie raczej celował w to, by rywalizować o awans. I zresztą już te ruchy w Bełchatowie teraz widać. Poza tym muszę uczciwie przyznać, że w Bełchatowie bardzo dobrze byłem traktowany i dobrze się tam czułem. Jak w domu, więc decyzja o rozstaniu łatwo nie przyszła.

No, ale z drugiej strony nie powiesz, że cię nie ciągnęło do tej wyższej ligi. Jesteś piłkarzem, który grał w najwyższych klasach rozgrywkowych.
Zgadza się. Grałem przecież w ekstraklasie, grałem w kadrze narodowej – dwa mecze. Mimo że jestem młodym chłopakiem, doświadczenie w meczach o wysoką stawkę mam.

Właśnie – ale jakoś „zniknąłeś z radarów”. I to jednak przez spadek z Bełchatowem.
Przyszedłem do Bełchatowa w pierwszej lidze i początkowo wydawało się, że wszystko jest w porządku. Fajna drużyna, w której naprawdę dobrą robotę wykonał trener Rafał Ulatowski, ale wiosną coś nam poszło nie tak jak trzeba, coś pękło. Trudno nawet powiedzieć, co. Na całą rundę bodaj dwa mecze wygraliśmy. I stało się to, co zimą w ogóle wydawało się niemożliwe, czyli spadek.

Nie uratowała was nawet słynna przebieżka trenera Ulatowskiego w garniturze.
Tak, pamiętam to – po meczu z Sosnowcem. Trener powiedział, że jak wygramy, będzie biegał w garniturze. I słowa dotrzymał. Ale my nie wytrzymaliśmy ciśnienia. Bardzo mi było tego szkoda.

Ale to przeszłość. Teraz do pierwszej ligi wracasz w barwach Rakowa. Świetnie znasz krajobraz pierwszej ligi – jak się w niego wpisze Raków?
Jestem tu dwa tygodnie i mam bardzo pozytywne wrażenia. Ta drużyna pokazuje, że grać w piłkę potrafi, że każdy zawodnik wie, jak się ustawiać, w których sektorach biegać. Taktyka Rakowa jest dość specyficzna, więc wiadomo, że nowi piłkarze mają z tym trudniej, bo muszą się najpierw przyzwyczaić.

Trener przyznał nam, że stara się właśnie dobierać piłkarzy specjalnie pod ten system, który sobie wymyślił (rozmowa z trenerem Markiem Papszunem – TUTAJ).
Mam nadzieję! Że skoro mnie akurat wypatrzył, skoro chciał mnie w drużynie, to właśnie dlatego, że widzi, jak wykorzystać moje umiejętności w konkretnym ustawieniu. Początek, jak mówiłem, może być ciężki, bo nowi się uczą tej taktyki, ale z czasem będzie o wiele lepiej. Z każdym meczem. A jak się rozpędzimy, to może… tak jak Sandecja rok temu…

No, no, aż tak? Oni się do dziś dziwią, jak im to wyszło. Ale skoro wy zaczęliście przygotowania od wygranych z Wisłą Kraków i Bruk-Betem…
Właśnie. (Aghwan wybucha śmiechem)

Ciekawi jesteśmy, jak postrzegasz swoją karierę. Jesteś wciąż bardzo młodym człowiekiem, a cv masz… ho, ho – długie jak stary wyga!
Bo bardzo wcześnie zacząłem grać. Mając 17 lat już debiutowałem w ŁKS-ie w ekstraklasie. I szybko to się potoczyło. Dziś mam 23 lata i ta kariera może jakoś przyhamowała, patrząc na to, skąd startowałem. Choć z drugiej strony warto popatrzyć na to, że przecież byłem i w Spartaku Moskwa – w rezerwach co prawda, ale jednak to wielki klub. Byłem i w Armenii, gdzie zdobyłem kilka trofeów, w tym krajowy puchar. Byłem nawet na miesięcznych testach w Montpellier i wiele nie brakowało, bym podpisał kontrakt. Ale jednak parę szczegółów zdecydowało, że coś przeszło mi koło nosa. Wróciłem do Polski, a tu okazało się, że ludzie faktycznie się zachowują, jakbym zniknął z radarów – jak powiedzieliście. Każdy pytał: a co robiłeś, a gdzie byłeś, a może ty nie grałeś przez te dwa lata? Zdecydował się postawić na mnie Bełchatów, za co jestem bardzo wdzięczny i mam zresztą nadzieję, ze to zaufanie spłaciłem. No, a teraz jestem w Rakowie i wierzę, że dłuższą chwilę tutaj zostanę i wszystkim się przypomnę jak należy.

Dla postrzegania piłkarza to nie jest bez znaczenia, gdy nagle gdzieś „znika”. Taka jest prawda.
Tak – tylko, że według mnie, ja nigdzie… nie zniknąłem! Przecież te dwa czy trzy lata, jakie spędziłem poza Polską, dla mojego rozwoju to był duży plus. I nie żałowałem tej decyzji, choć niewykluczone, że zostając w Polsce nie zszedłbym poniżej poziomu ekstraklasy. Ale w zamian wyjeżdżając zyskałem nowe, duże doświadczenia. Ze Spartakiem zdobyłem tytuł mistrza młodej ekstraklasy, trenowałem także z pierwszą drużyną. W reprezentacji miałem okazję trenować i grać między innymi z tak wybitnym piłkarzem jak Mchitarjan. Może nie mogę powiedzieć, że wszystko się potoczyło, jak chciałem, ale narzekać też nie mogę. Tym bardziej, mając świadomość, że w jakiś sposób zaciążyło na tym wszystkim także wojsko.

W Armenii służba jest obowiązkowa?
Tak. Jako obywatel Armenii muszę odsłużyć dwa lata w wojsku, a ja dzięki temu, że byłem piłkarzem kadry narodowej miałem trochę przywilejów. Mogłem podpisać kontrakt w Pjuniku Erywań i dopiero po sześciu miesiącach wzięli mnie na kilka dni na przeszkolenie do jednostki wojskowej.

Karabin?
Trzymałem w ręku… (ze śmiechem), ale nie naładowany! To było jednak takie wojsko powiedzmy „sportowe”. To wojsko więc też mnie przytrzymało w Armenii, ale tego nie żałuję. Z Pjunikiem grałem w eliminacjach Ligi Europy. O mały włos nie zmierzyliśmy się w jednym z sezonów z Lechem, bo niewiele nam zabrakło do wyeliminowania wtedy Żalgirisu. Byliśmy naprawdę blisko.

Urodziłeś się w Łodzi, ale obywatelstwo – jak słyszymy – masz ormiańskie?
Tak, dopiero w tym roku wystąpiłem o obywatelstwo polskie i mam nadzieję, że dostanę.

Hmm, po tylu latach w Polsce wciąż jesteś… cudzoziemcem.
Tak się złożyło.

Kurczę, po polsku mówisz perfekcyjnie.
(z szerokim uśmiechem) Wstyd powiedzieć – lepiej niż po ormiańsku.

No i z tego powodu mogło cię państwo ormiańskie wezwać do wojska.
Tak. Gdybym miał obywatelstwo polskie, nie musiałbym odbyć obowiązkowej służby. A ponieważ nie miałem – musiałem iść. Dużo było takich dziwnych historii. Pamiętam jak wracałem z Armenii do Polski, nagle zatrzymano start samolotu. Okazało się, że na pokład wsiadł chłopak, który miał iść do wojska, ale zamiast tego chciał uciec do Europy. Interweniowała policja, zgarnęła go i do woja! Obowiązek. Kto się nie stawi, jest ścigany. Zdarzają się historie, że młodzi ludzie gdzieś emigrują w świat, by spróbować od tego uciec.

Na świat przyszedłeś w Łodzi.
W Armenii było – mówiąc wprost – trochę kiepsko z pracą. Mój wujek, tak trafiło, przyjechał do Polski, by jej szukać. Poszczęściło mu się, trochę zarobił i to skłoniło go, by przekonać także moich rodziców, że Polska to dobry kraj do życia. Mój tata tu przyjechał, moja mama, babcia. Brat się urodził jeszcze w Erywaniu, ja już w Polsce.

Czyli w zasadzie jesteście już „pełną gębą” Polakami.
No… tak. 24 lata.

Gra Polska z Armenią. I co?
I chciałbym grać! Ostatniej jesieni miałem kontuzję, więc nie byłem brany pod uwagę. Ale ostatnio trenerzy ze sztabu kadry kontaktowali się ze mną. W czerwcu byłem nawet na liście „rezerwowej”. Wcześniej w kadrze narodowej bywałem nawet tym trzynastym czy czternastym piłkarzem, czyli byłem blisko gry.

W końcu jednak schowałeś się w tej drugiej lidze – dla kadry też. W pierwszej będzie inaczej, będziesz bardziej „widoczny”. Część meczów jest przecież nawet w telewizji.
Prawda. Wiosna już nie była najgorsza, jakieś tam brameczki strzeliłem, asysty zaliczyłem. Wróciłem do formy po przykrej kontuzji, odniesionej zresztą w meczu z Rakowem. Poszły wtedy więzadła, ale dziś jest ok. Zresztą tak się złożyło, że na boisko wróciłem też z… Rakowem.

Grając w Rakowie masz realną szansę, by wrócić do kadry Armenii. Rozmawiamy może z naszym rywalem! W październiku z wami gramy mecz, który może przyklepać nasz awans do finałów MŚ.
Chciałbym bardzo wrócić do drużyny narodowej i chciałbym zagrać przeciwko Polsce, która ma niesamowitą kadrę. Wspięliście się na szóste miejsce w rankingu FIFA. To byłoby coś wspaniałego. Przegraliśmy z wami w Warszawie o mały włos i na dodatek w trudnym dla nas momencie. Był konflikt z selekcjonerem. Teraz jest nowy (Artur Petrosyan – red.), ale sztab nie zapomina o mnie.

Macie gwiazdę…
Zgadza się. Nie da się oczywiście porównać Polski i Armenii. Mamy 11 piłkarzy do grania i resztę, która musi uzupełnić grupę. Dużo roboty robi oczywiście Mchitarjan. Jak jego nie ma, to w ciemno można postawić, ze Armenia przegra. Jak jest, możemy próbować się „postawić”. To właśnie, gdy wrócił do kadry, wygraliśmy z Czarnogórą i Kazachstanem. Mchitarjan dla Armenii to tak jak Lewandowski dla Polski!

Na zgrupowaniu Rakowa w Zielonce rozmawiali Krzysztof Budka i Marcin Kalita

Inne artykuły o: I Liga | Raków Częstochowa

Wszystkie teksty, zdjęcia, grafiki i inne dane znajdujące się w serwisie Futbolfejs.pl chronione są prawami autorskimi.

Użycie skopiowanych lub pobranych materiałów bez pisemnej zgody Autora jest zabronione.

Serwis przeznaczony dla odbiorców posługujących się językiem polskim, ale mieszkających w krajach, gdzie zakłady bukmacherskie są legalne.

Projekt i realizacja Konrad Siuda & Stukot Pikseli