Wasilewski już w Wiśle. Do ekstraklasy wraca legenda o wielu twarzach. Ale każda z nich budzi niezwykłą sympatię

Autor wpisu: 18 listopada 2017 09:44

Stało się. Marcin Wasilewski podpisał kontrakt w Wisłą. 37-letni obrońca wraca do ekstraklasy po dziewięciu latach. Latach, w których cztery razy sięgał po mistrzostwo Belgii i raz po tytuł mistrza Anglii. Wraca do Krakowa, miasta, w którym się urodził. Ale w Wiśle grać będzie po raz pierwszy.

Co by nie napisać o Wasylu, i tak będzie to wciąż zbyt mało. Bo historia Marcina to historia niezwykła. Piłkarza, wojownika, żartownisia, duszy towarzystwa. Człowieka o wielu twarzach, ale wszystkie z tych twarzy budzą niezwykłą sympatię…
Niedawno była to przecież twarz mistrza Anglii. Co ciekawe, „Wasyl” dał twarz Leicester, mimo że w mistrzowskim sezonie wiele dla tej drużyny nie zrobił, a – patrząc zupełnie trzeźwo – prawie nic w niej nie znaczył. Zagrał trzy mecze w Premier League, trzy w Pucharze Ligi i dwa w Pucharze Anglii. W pucharach Leicester nie zaistniało, w lidze ludziom w pamięci zapadła przede wszystkim wpadka Polaka w meczu z Arsenalem, kiedy po jego niepotrzebnym faulu przed polem karnym rywale zdobyli zwycięską bramkę z rzutu wolnego. Ci mili, kochani, barwni, rozśpiewani fani Leicester pokazali wtedy swoje ciemniejsze oblicze na mediach społecznościowych. „Cholerny, polski imigrant” – było jednym z łagodniejszych określeń, bo gorszych nie zamierzamy przytaczać, choć mówimy o człowieku powszechnie lubianym, na którego mecze w Anglii przyjeżdżały kilkudziesięcioosobowe grupy fanów Anderlechtu czy znajomych z Polski. No i piłkarzu, który był jednym z podstawowych w drużynie walczącej o promocję do Premier League, a potem z powodzeniem o pozostanie w tej lidze. Wtedy trenerem był Nigel Pearson, który gra polskiego obrońcy zafascynowała. Może dlatego, że sam do mięczaków też nie należy i wali prosto z mostu. I w życiu, i na boisku. Jak Wasyl.

Claudio Ranieri, który zastąpił Pearsona, zmienił styl gry Leicester i dla Włocha Wasilewski stał się co najwyżej „opcją rezerwową”. – On preferuje kompletnie inny styl gry i uważa, że Marcin do tego stylu nie pasuje. A ponieważ zdobywa punkty, ma lepsze wyniki od Pearsona, trudno mu cokolwiek zarzucać. Marcin gra tylko w drugiej drużynie. Każdy jest sfrustrowany, jeśli nie gra. A Marcin nie łapie się czasami nawet na rezerwę, czyli jest dopiero trzecim wyborem. Szczególnie dla zawodnika w wieku Marcina to sytuacja niekomfortowa. Wasilewski nie chciałby jeszcze kończyć kariery. To gladiator, sam mówi, że czułby się na siłach grać i do czterdziestki, wciąż jest głodny tego najlepszego futbolu – tak mówił nam jesienią 2015 roku Michel Thiry, menedżer współpracujący z Wasilewskim.
Dla Wasilewskiego z pewnością to wygrzewanie ławy musiało być trudną historią, ale też nie na co dzień „grzeje się ławę” zespołu tak niespodziewanie pędzącego po tytuł mistrza Anglii. Stąd ta późniejsza deklaracja Marcina na Instagramie, że nie potrzebuje medalu, by czuć się jak mistrz:

Wasilewski nie musze miec medalu

Mistrzostwo Leicester miało twarz Wasyla. I to nie tylko dla nas, Polaków. Wystarczy przypomnieć sobie na te wszystkie obrazki na Facebooku, Twitterze, You Tube, Instagramie i pozostałych mediach społecznościowych. Wszędzie tam, gdzie grupa rozanielonych, przeszczęśliwych piłkarzy Leicester, w jej środku oczywiście Wasilewski! Bo to też jedna z jego twarzy. Bycie duszą towarzystwa. Z jednej strony walnąć pięścią w stół, ale z drugiej – rozładować atmosferę.
„Nie wiem, czy ze mną będzie lepiej, ale może przynajmniej weselej” – sam o sobie powiedział kiedyś, wracając do drużyny narodowej. Z anegdot o Wasylu i jego wyczynach można byłoby złożyć tomik, jak niegdyś Francesco Totti złożył książkę z żartów o sobie.

Z pewnością znalazłby się tam także cytat o… spodenkach. Posłuchajcie:

Gdyby się dobrze zastanowić, sukces w postaci mistrzostwa Anglii na 36. urodziny nie miał prawa mu się przytrafić. W żadnym z klubów, w których grał w tej dorosłej karierze: Śląsku Wrocław, Wiśle Płock, Amice, Lechu Poznań, Anderlechcie, wreszcie Leicester, ale także w reprezentacji Polski nigdy nie był wiodącą postacią na boisku, choć w każdym zdarzało mu się być oczywiście kluczowym piłkarzem defensywy. Nigdy nie zdarzyło się natomiast, by sprawiał wrażenie postaci, która dusi się w gorsecie danego klubu, która przerasta otaczającą rzeczywistość – tak jak to bywało w przypadku Lewandowskiego w Borussii, Milika w Ajaksie, Zielińskiego w Empoli, czy Glika w Torino. Wasilewski z Anderlechtem zdobył cztery mistrzostwa Belgii i jeden puchar, ale nigdy nikt nie zastanowił się, czy może pójść wyżej. Co więcej, gdy w 2013 roku wygasł jego kontrakt z „Fiołkami”, przez dwa miesiące szukał nowego klubu, aż w końcu poprosił Anderlecht o zgodę na treningi z zespołem. Klub zgodził się bez problemu – bo sentyment do Polaka na stadionie Constanta Vanden Stocka jest naprawdę olbrzymi, ale zaznaczając, że… o nowej umowie nie ma mowy.
A tak Anderlecht świętował mistrzostwo Anglii Wasyla – z honorami:

Fot. Marcin Kalita

Marcin Wasilewski po golu dla Śląska Wrocław

Za każdym razem zdawało się, że Wasyl doszedł do ściany możliwości, a on za każdym razem tę ścianę przeskakiwał! Okazywało się, że jest w stanie mierzyć wyżej i wyżej, i wciąż wyżej. Aż doszedł tak wysoko, jak… no, jak to było w zasadzie niemożliwe.
– Ktoś na początku mojej gry w Belgii nazwał mnie „polskim czołgiem”. Wiadomo, że nie jestem wirtuozem techniki, moje atuty to twarda walka i nieustępliwość. Dlatego ten przydomek jakoś tam mnie charakteryzuje, choć specjalnie się do niego nigdy nie przywiązałem – tak mówił sam o sobie w „Przeglądzie Sportowym”, trzeźwo oceniając swoje możliwości.
Jedyna drużyna, w której ściany nie przeskoczył, to drużyna narodowa. Owszem, rozegrał w niej 60 meczów, ale gdy dziś popatrzy się wstecz, musi odczuwać niedosyt.
Najlepszy moment to ten, gdy z Leo Beenhakkerem awansowali do EURO 2008. Mecze z Portugalią (2:2), Belgią (2:0) i Serbią (2:2) były świętem i pewnie najprzyjemniejszymi wspomnieniami Wasilewskiego z kadry. A jednak dwie kampanie w turniejach finałowych EURO – ta w 2008 roku i w 2012 roku, gdy wrócił do kadry powołany przez Franciszka Smudę, zakończyły się niepowodzeniem. Wasilewski zagrał we wszystkich sześciu meczach finałowych po 90 minut i nie dane mu było wygrać. Ani razu. Zapamiętane zostały tylko jego mocne słowa po porażce z Czechami we Wrocławiu: „Wiemy, że daliśmy dupy. Ciężko po czymś takim spojrzeć kibicom w oczy”.

Dziewięć miesięcy później Wasilewski zagrał ostatnie dwa mecze w kadrze. Najpierw w pierwszej jedenastce z Ukrainą, boleśnie przegrany 1:3. Wasyl znów wtedy nie owijał w bawełnę, bo nigdy tego nie czynił: „To jest nieprawdopodobne, co dzisiaj wyczynialiśmy. Zabrakło nam tego, czego w meczach reprezentacji nie powinno zabraknąć – walki i zaangażowania. Boli to, że przechodzimy obok meczu.” Cztery dni później 60. mecz w reprezentacji był występem symbolicznym. Wszedł na ostatnie trzy minuty przy prowadzeniu 5:0 z San Marino, a z trybun rozlegały się gwizdy. „Nie słyszałem tego” – powiedział po meczu Wasyl, ale w kadrze więcej już nie zagrał, bo ani Waldemar Fornalik, ani potem Adam Nawałka kolejnych zaproszeń mu nie wysłali. „Bez dwóch zdań pogodziłbym się z rolą rezerwowego w reprezentacji, to dla mnie żadna ujma. Ale selekcjoner dokonał wyborów, jakie mu pasowały, i nie ma co tego zmieniać. Trzymam kciuki” – podsumował ponad dwa lata w rozmowie z „Przeglądem Sportowym”, gdy selekcjonerem był już Adam Nawałka.

Udało się napisać o Wasilewskim już całkiem sporo w tym tekście z pominięciem wątku jego straszliwej kontuzji. Z premedytacją, bo samemu Wasilewskiemu ta historia wyraźnie ciąży. Nie przez tragiczne wspomnienia, a właśnie przez to, że wszyscy patrzą dziś na niego jak na ofiarę losu, która wróciła do świata żywych. On sam wolałby zostać w pamięci jako ten, który tego świata żywych nigdy nie opuszczał. Gdy wracał do reprezentacji w magazynie „Przeglądu Sportowego” ukazał się alfabet Wasyla pisany piórem Antoniego Bugajskiego. O kontuzji Wasilewski mówi tam tak: „Ta złamana noga była dla mnie niezwykłą lekcją życia. Pokory, cierpliwości i wytrwałości. Teraz chciałbym o niej już zapomnieć. Denerwuje mnie, że wszyscy patrzą na mnie przez pryzmat tej nieszczęsnej historii (…) Niecelnie uderzam piłkę, a już słyszę, jak ktoś zastanawia się, czy to efekt tamtej okropnej kontuzji. Oszaleć można.”
Trener, który znakomicie znał Wasilewskiego i przed kontuzją (pracował z nim w Lechu), i po niej (powołał go do reprezentacji), czyli Franciszek Smuda mówi tak: – Charakter po powrocie do futbolu nie zmienił mu się ani trochę. Styl gry także. To „harcior”. Harpagon. Nie ma u niego „odpuść”, jest tylko łaknienie sukcesu. Ta niesamowicie silna psychika pcha go do przodu. A poza tym wesoły chłopak. Potrafił zmobilizować zespół, zrobić fajną atmosferę… (chwila zastanowienia) …tak, jak sobie to przypominam, to największy przywódca, taki z krwi i kości.

Fot. Marcin Kalita

Marcin Wasilewski w barwach Śląska – klubu, który wypchnął go do poważnej kariery

Smuda wspomina też moment „odrestaurowania” Wasilewskiego dla drużyny narodowej w 2011 roku: – To nie było tak jak dziś, że bez problemu wyselekcjonuje się tych 22-24 piłkarzy. Brakowało nam ludzi do grania. Siedmiu, ośmiu było naprawdę na poziomie, resztę stanowili młodzi, albo jednak stojący ciut niżej w sensie prezentowanego poziomu. Brakowało ludzi o doświadczeniu Wasyla. A my spotkaliśmy się kiedyś na Hutniku Kraków. On miał sentyment do tego stadionu (Wasilewski zawsze podkreśla z dumą: Jestem synem Nowej Huty – red.) i jak tylko mógł, to go odwiedzał. Pogadaliśmy. „Chciałbym się jeszcze przydać, pograłbym w reprezentacji. Nic a nic mnie już nie boli” – rzucił. „Dobra, to dam ci szansę” – obiecałem. I tak się stało. Przyznaję: decyzję ułatwiło mi to, że zespół był za nim. Kuba Błaszczykowski, Piszczu, Żewłakow bardzo chcieli, by Wasyl znów znalazł się w kadrze.
Dla takiego piłkarza jak Wasilewski: mocnego gościa z twardą głową, ta Anglia to w sumie oczywistość. Bo tam, jak nigdzie indziej, cenią wojowników. „To moja piłkarska ziemia obiecana. Zawsze marzyłem, żeby tam właśnie zagrać” – sam to powiedział. – Czy zszokowała mnie wiadomość, że idzie do Anglii? Wcale. Ci, którzy go prowadzili, wiedzą, że jego styl pasuje do tamtejszego futbolu jak ulał. Po prostu. Patrzysz – Wasyl, myślisz – Anglia. To gość, który jest w stanie grać, no może nie na najwyższym poziomie, ale na tym jak najbardziej przyzwoitym, nie wiem, może do 38., 39. roku życia, no gdzieś pod 40-tkę – komentował Smuda.

Teraz pogra w Wiśle. Po dziewięcioletniej przerwie wraca do Polski. Co pokaże? Czy to tylko chwyt marketingowy? Czy Wiśle chodzi głównie o szum medialny? Podobno nie. Bo Wasyl ma pomóc drużynie, która potrzebuje solidnego obrońcy. Od momentu kontuzji Ivana Gonzaleza trener Kiko Ramirez nie ma żadnego pola manewru w defensywie. Wasyl ma kilka ruchów ułatwić. W jakiej jest formie? Zobaczymy. Od początku lipca nie miał bez klubu, ale cały czas trenował w Krakowie pod okiem trenera przygotowania fizycznego. Forma więc podobno jest…

Inne artykuły o: Ekstraklasa | Wisła Kraków

Wszystkie teksty, zdjęcia, grafiki i inne dane znajdujące się w serwisie Futbolfejs.pl chronione są prawami autorskimi.

Użycie skopiowanych lub pobranych materiałów bez pisemnej zgody Autora jest zabronione.

Serwis przeznaczony dla odbiorców posługujących się językiem polskim, ale mieszkających w krajach, gdzie zakłady bukmacherskie są legalne.

Projekt i realizacja Konrad Siuda & Stukot Pikseli