VUKOVIĆ: W Kielcach tabletki przeciwbólowe musiałem brać regularnie

Autor wpisu: 27 października 2016 09:21

Aleksandar Vuković, drugi trener Legii, spędził w kieleckiej Koronie 4,5 roku. Tam zakończył grać w piłkę i zaczął pracować jako trener. Vuko opowiada o tym, jak bolesne (dosłownie) były ostatnie miesiące na boisku i ile kosztowała go decyzja o rozwiązaniu umowy. Pytamy też o serbsko-albańskie relacje w Legii, współpracę z Jackiem Magierą.

FUTBOLFEJS: Wyobraźmy sobie taką sytuację: ostatnia minuta doliczonego czasu gry meczu Legii z Koroną w Kielcach i Legia strzela zwycięskiego gola. Co robi Aleksandar Vuković? Jedzie na kolanach przed trybuną miejscowych ultrasów?
ALEKSANDAR VUKOVIĆ: W sporcie emocje są najważniejsze, czasem nie da się nad nimi panować. Na pewno mecz Legii z Koroną jest inny niż Legia – Lech.

Ale mogą w nim zajść podobne okoliczności.
Mogą. Radość ze zwycięstwa będzie zawsze. Czy tak ekspresyjna, trudno przewidzieć. Mecz z Lechem był szczególny, takie okoliczności rzadko występują. Nie pamiętamy takiej końcówki na tym stadionie i dlatego to spotkanie zapadnie w pamięci. Być może ta moja radość była zbyt ekspresyjna, ale bez urazy, najważniejsze w tym momencie było, co my czujemy, nasi kibice, nikt inny. Stąd ta szaleńcza radość. Na pewno w przyszłości wezmę na to poprawkę. Przeprosiłem za swoje zachowanie, tych, których uraziłem.

Aleksandar Vuković – prawdziwy wodzirej Legii. Tak śpiewają, jak im każe

Czy ze względu na to, że w Kielcach spędziłeś kawał czasu, czyli 4,5 roku, powstrzymasz się od przesadnej radości, jeśli wygra Legia? Kasper Hamalainen po bramce nie cieszył się ostentacyjnie.
Analogiczna sytuacja – Korona jako klub nie jest mi obojętna, to jeden z moich klubów w Polsce. Grałem tam nie tylko dlatego, że miałem kontrakt, ale związałem się z tym miejscem. Miło to wspominam i postaram się, by w przypadku sukcesu nie przesadzać z radością. Tym bardziej, że drużyna jest w trudnym momencie i nie ma co dobijać leżącego. Aczkolwiek wiem, że Korona ma tylko dwa punkty mniej od nas, nasza sytuacja w tabeli jest niewiele lepsza.

W Kielcach spędziłeś kawała czasu, straciłeś tam też kawał zdrowia.
Zdrowie traciłem nie tylko w Koronie. Pierwsze kłopoty zaczęły się w 2006 roku w Legii. Już wtedy zdarzało mi się grać na tabletkach przeciwbólowych. W Kielcach było tak już regularnie. Nie było możliwości, żebym wyszedł na mecz bez voltarenu, przyjmowanego doustnie. Brałem go do kolacji dzień przed meczem, po obiedzie w dniu meczu i jakoś dawałem radę. Ale generalnie ten czas wspominam miło. Był sezon, w którym wszyscy skazywali nas na spadek, a dwie kolejki przed końcem mieliśmy realną szansę na mistrza. W Kielcach rozpocząłem też swoją przygodę trenerską.

Największy problem zdrowotny miałeś z biodrem?
Tak, chodziło o staw biodrowy. Ból promieniował przez całą nogę. Dokuczało tak, że nie mogłem swobodnie kopnąć piłki, nie mogłem zrobić przerzutu, oddać strzału. Bolesna była każda zmiana kierunku biegu. W pewnym momencie zdecydowałem się na zabieg, ale po nim było jeszcze gorzej. Do tego stopnia, że nie pomagał voltaren. I mając jeszcze ponad rok kontraktu w kwietniu 2013 roku powiedziałem, że dalej nie dam rady. Mogłem ciągnąć i udawać dla pieniędzy, ale chciałem być zapamiętany, jako ktoś, kto dużo zarabiał, ale też dużo od siebie dawał.

Trudno ci było podjąć tę decyzję?
Poszło ot tak (Vuko w tym momencie pstryka palcami). Pamiętam swój ostatni mecz z Bełchatowem. Brałem tabletki przeciwbólowe już dwa dni wcześniej co osiem godzin, a i tak nie czułem się komfortowo w czasie spotkania. Po meczu, który wygraliśmy 1:0, trener Leszek Ojrzyński dał nam dwa dni wolnego. Pierwszego dnia nie mogłem założyć skarpetek, zawiązać buta, bo tak bolało. Trzeciego dnia przyjechałem na trening wprowadzający i nie byłem w stanie zrobić rozgrzewki. I w tym momencie, w sali rozgrzewkowej, w jednej chwili stwierdziłem, że to koniec. Najpierw poszedłem do trenera, potem do prezesa. Generalnie plan był inny. Myślałem, że dam radę wypełnić kontrakt i może jeszcze przedłużyć o rok. Miałem 34 lata, teoretycznie piłkarze w tym wieku dają jeszcze radę. Ale gdy już poinformowałem wszystkich, których miałem poinformować, poczułem ogromną ulgę. Nie żałuję tego do dzisiaj. Każdy trening był już drogą przez mękę. Nie było sensu narażać się na jakieś kalectwo.

Szybko dogadaliście się w sprawach finansowych?
Szybko. Zrezygnowałem z rocznych zarobków, czyli około 600 tysięcy złotych. Dostałem trzymiesięczną odprawę.

Skończyłeś grać i chciałeś zająć się menadżerką.
Pierwsza moja myśl była taka, żeby odpocząć, mieć trochę czasu dla rodziny, dla siebie. Potem chciałem sprawdzić czy mogę zająć się menadżerką, ale po pierwszych rozmowach z zawodnikami i kilkoma znajomymi z branży stwierdziłem, że to nie dla mnie. Pojawił się za to głód bycia w drużynie, pojawiła się szansa pracy trenerskiej w Koronie u trenera Pachety i przekonałem się, że to jest to, co chcę robić w życiu.

Ale po paru miesiącach podziękowano ci za pracę w Kielcach. Masz o to żal do Korony?
Nie. Przyszedł nowy trener Ryszard Tarasiewicz i miał prawo dobrać sobie współpracowników, jakich chciał. A wkrótce pojawiła się dla mnie szansa pracy w Legii i wszystko dobrze się ułożyło, idę do góry szczebelek po szczebelku.

Nie jestem uchem prezesa. Rozmowa z Aleksandarem Vukoviciem

Praca trenera jest mniej wymagająca fizycznie, ale bardziej czasochłonna.
Odszedł trud fizyczny, co dla mnie jest bardzo ważne, ale rzeczywiście praca zajmuje w zasadzie całe dnie. Ten tydzień, w którym byłem tymczasowym trenerem uświadomił mi też jak bardzo jest to obciążające psychicznie. Najważniejsze jednak, że nie ma bólu, a wszystko inne bardzo mi się podoba i strasznie mnie nakręca. Wiem, że jestem w stanie dobrze to robić. Nie sprawia mi to problemu, że mało jestem w domu.

MK_legia-lechia_xx0125

Jak się współpracuje z trenerem Jackiem Magierą?
Jacek daje mi dużo swobody, bo wie, że pewne rzeczy widzę tak samo, jak on. Ale to on trzyma na wszystkim rękę. Mam duży zakres pracy. Jacek nie ogranicza mnie na przykład do tego, że ja mam robić atmosferę w szatni. Rozmawiamy na każdy temat: taktyki, składu, formy piłkarzy. Każdy ma jakieś własne pomysły, co daje Jackowi wybór.

W meczu z Lechem była taka sytuacja, że obaj podbiegliście do linii bocznej i dawaliście wskazówki, ale dwóm różnym piłkarzom. To była skoordynowana akcja?
Nie, przypadek. Jacek chciał przekazać coś Nikoliciowi, ja krzyczałem do Jodłowca. Generalnie nie mamy prawa obaj przebywać w tym samym miejscu w czasie meczu, dlatego szybko się wycofałem. To Jacek decyduje, kto co robi. Gdy on siedzi, wtedy ja ruszam. Uważam, że takie podpowiedzi sporo dają zawodnikom. Mówię to z własnego doświadczenia. Lubiłem, gdy trener nawet drobnym gestem pokazuje przy linii, że jest z drużyną. Ja nie idę, żeby opieprzać zawodników, tylko im pomóc.

Czasem wyglądasz groźnie, gdy tak krzyczysz. Wyglądasz, jakbyś ich opieprzał. Tak, jak robił to Besnik Hasi.
Nie, nie. Wychodzę z założenia, że 90 procent reakcji i podpowiedzi trenera powinno być pozytywnych. To, że gościa zjeb… w trakcie gry, może mu spętać nogi, nic więcej. Oczywiście są sytuacje ekstremalne, czasem ktoś zasługuje na reprymendę. Nie zawsze byłem miły dla kolegów jeszcze jako piłkarz, ale jako trener wiem, że trzeba zachowywać się inaczej. Inne są też emocje przy ławce trenerskiej, a inne na boisku. Łatwiej o zachowanie destrukcyjne.

Kiedy chcesz do kogoś ruszyć z ławki, musisz konsultować to z pierwszym trenerem?
Nie. Jacek wie, że może na mnie liczyć, że nigdy nie zrobię czegoś, co mogłoby zaszkodzić drużynie. Oczywiście mogę popełnić błąd, ale wtedy trener może mi o tym powiedzieć.

Próbuję sobie wyobrazić ciebie jako pierwszego trenera, takiego już na stałe. Zastanawiam się, czy taka nadmierna ekspresja nie działa na twoją niekorzyść?
Mam świadomość, że wszystko ewoluuje w futbolu, tym bardziej trener musi się rozwijać, musi iść z duchem pewnych zasad. I ja chcę się rozwijać i zmieniać. Wiem do czego zmierzasz…

Upraszczając: nie wyobrażam sobie ciebie jako trenera w garniturze.
Na Ligę Mistrzów trzeba by było ten garnitur założyć (śmiech). Na pewno bardziej komfortowo czuję się w dresie. Wiem, że będę się zmieniał i mniej będzie choćby tych przepychanek z sędziami. To jest bez sensu.

MK_legia-lech_0607x130

Nie obawiasz się, że zaczynasz się szufladkować tym zachowaniem? Że ciągle ludzie widzą cię wciąż, jako tego Vuko z boiska?
Na pewno to będzie się zmieniało, ale jedno się nie zmieni: żyć przy linii zawsze będę, bo nie potrafię patrzeć na mecz bez emocji. Sprawdzałem to kilkakrotnie i wiem, że to ekspresyjne zachowanie nie burzy mojej koncentracji, panowania nad wydarzeniami na boisku. Mogę zachowywać się nerwowo, ale wiem co trzeba zrobić w danym momencie, żeby było lepiej. Uważam, że warsztat trenerski, doświadczenie, to jedna sprawa, ale najważniejsze jest to kim jesteś, jaką jesteś osobą. To jest kluczowy składnik tego, czy osiągniesz sukces, czy go nie osiągniesz. Siebie będę mógł ocenić dopiero za kilka albo kilkanaście lat. Nie mam wątpliwości, że charakteru się nie nauczysz. Możesz sobie wmawiać: muszę być miły i fajny dla zawodników, albo ostro i twardy, to wszystko będzie sztuczne i udawane, jeśli tego nie masz w naturze. W ten sposób możesz tylko stracić wiarygodność. Musisz być sobą i w tym byciu sobą musisz być dobry dla otoczenia. Jeśli tak jest, to zbliżasz się do sukcesu. Jeśli ty uważasz, że jesteś dobry dla otoczenia, a wszyscy dookoła uważają cię za – trzy kropki – to masz problem w tym zawodzie. Dlatego ta praca jest tak skomplikowana. Dlatego Ferguson odchodzi i Manchester United nie może się odkręcić do dzisiaj. W tym wszystkim jest element magii.

A propos magii, po twoim odejściu z Korony trener Jurij Szatałow powiedział: Korona Kielce skończyła się w momencie, gdy odszedł z niej z Aleksandar Vuković.
Miło się słucha takiej opinii. Niedawno na zjeździe trenerów w Białej Podlaskiej stałem z kilkoma kolegami i nagle podszedł do nas trener Ojrzyński, wskazał na mnie i powiedział: oto człowiek, który bardzo pomógł mi w Koronie. To jest dla mnie dowód dużego uznania.

A ty czujesz, że masz dobry wpływ na piłkarzy?
To co mówiłem: mieć swoją opinię, to jedno, a weryfikacja otoczenia, to drugie i to jest najważniejsze. Na razie mogę powiedzieć szczerze, że w tym jednym meczu z Wisłą, który poprowadziłem w roli trenera, miałem poczucie, że coś z drużyny wydobyłem. Że Legia zagrała tak, jak chciałem. Pod względem emocjonalnym, wolicjonalnym. Uważam, że tego dnia każdy inny zespół w Krakowie z tak nastawioną Wisłą przegrałaby wysoko. Nam udało się zremisować będąc w trudnym momencie. Jako piłkarz nie musiałem czytać opinii na temat swojego występu, bo wiedziałem jak zagrałem, miałem swoje wewnętrzne przekonanie: kurde, było dobrze. Nie musiałem nawet pytać innych zawodników. I teraz mam takie poczucie, że ten tydzień, który przepracowałem z drużyną, nie był najgorszy. Mogliśmy nawet przegrać mecz, ale wewnętrzne przekonanie jest takie, że coś się udało.

Udało ci się zdjąć z boiska twojego przyjaciela Miroslava Radovicia, który był bardzo niezadowolony z tego.
To pokazuje, że dla każdego mogę być kolegą, ale jeśli jestem przekonany do jakichś potrzeb dla drużyny, to wtedy nie patrzę na przyjaźnie. W moim odczuciu mecz z Wisłą był meczem walki, ważne w nim były stałe fragmenty gry i uznałem, że trzeba coś zmienić.

Radoviciowi syczy spod kapsla. Znowu?

Zaskoczyło i rozczarowało cię zachowanie Radovicia, który pobiegł prosto do szatni nie podając ci ręki?
Nie, bo rozumiem jego emocje, znam jego temperament. Wiem, że nie trzeba na to reagować. Dla mnie najważniejsze jest to, że potem nikt nie miał do nikogo żalu.

I nikt nikogo nie przepraszał?
Była luźna rozmowa, nie oczekiwałem żadnych przeprosin. Od razu powiedziałem do Rado: było, minęło. On z kolei wyjaśnił, że nie był obrażony, zresztą szybko się przebrał i zaraz wrócił na ławkę. Poza tym ja byłem tylko trenerem tymczasowym, to trzeba też zrozumieć. Ta sytuacja pokazuje, że emocje są nieuniknione. Najważniejsze co potem robimy z tymi emocjami. Przykład Buricia i Malarza, którzy szarpali się na boisku i to wyglądało brzydko. Gorsze byłoby, gdyby następnym razem nie podali sobie rąk. Trzeba umieć wychodzić z takich sytuacji z twarzą.

Jak wyglądały twoje relacje z Besnikiem Hasim? Jak dogadał się Serb z Albańczykiem?
Na początku myślałem, że będzie ciężko. Myślałem nawet, że będę musiał wrócić do drugiej drużyny. Nie dlatego, że ja jestem jakimś szowinistą, tylko widziałem, że problem może być z drugiej strony. Nie chciałem znaleźć się w sytuacji, że ktoś ma mnie za takiego asystenta na siłę. Ja w każdym razie nie chciałbym się znaleźć w takim położeniu, ani jako asystent, ani jako pierwszy trener.

Vuko tłumaczy Benikowi Hasiemu "geografię" Łazienkowskiej

A miałeś takie poczucie przy Hasim?
Miałem poczucie, że może być problem, ale szybko zmieniłem zdanie. Już po pierwszej rozmowie – w której Hasi mówił po serbsku lepiej niż ja po polsku – okazał się bardzo otwartym człowiekiem. Doszło do tego, że mimo teoretycznej bariery, bo przecież Albańczyk z Kosowa dla Serba jest modelowym wrogiem, to byłem jedynym, który z Hasim nie miał problemów. Nie mogę powiedzieć na niego złego słowa. To bardzo dobry człowiek i bardzo dobry trener. Dużo się od niego nauczyłem, to był inny warsztat niż te, z którymi do tej pory miałem do czynienia. Daj Boże samych takich Serbów. A że mu nie wyszło tutaj, nie ułożyło się, to inna kwestia. Wiele okoliczności zadziałało na jego niekorzyść.

Ale musiałeś się trochę wycofać na ławce trenerskiej.
Tak, bo nie zdążyliśmy się poznać na tyle dobrze, żeby nabrał do mnie takiego zaufania, jakie miał do współpracowników, z którymi przyszedł do Legii. Ja też zresztą ustawiłem się w pozycji kogoś, kto chce się uczyć. Nie mogłem się czuć tak swobodnie, jak teraz, ani u Hasiego, ani wcześniej u Stanisława Czerczesowa. Ale to inna historia, bo Jacek bardzo dobrze zna wszystkie moje wady i zalety i wie, co mogę dać drużynie. Ma inne podejście do mnie.

Teraz jest tak, że prowadzicie zespół na spółkę, to znaczy pół na pół?
Nie, nie. To by oznaczało, że gdy wygrywamy, to każdy ma po 50 procent zasług, ale porażki spadałyby w stu procentach na Jacka. Nic podobnego, Jacek jest szefem, on jest najważniejszy i jego głowa w tym, czy zechce mnie umiejętnie wykorzystać. Druga sprawa – Jacek jak mało kto zasłużył na taką szansę. Wierzę w to, co jest nad nami i rządzi naszym życiem, w to, że dobro wraca. Zobacz jak się wszystko ułożyło – Jacek, który spędził w Legii pół życia, który jest człowiekiem, na którego nikt nie znajdzie żadnego haczyka, choćby szukał nie wiem ile, po 21 latach poprowadził zespół w Lidze Mistrzów z Realem.

I nie jest też tak, że jesteś jego pistoletem?
Też nie. Dziennikarze mają to do siebie, że lubią tworzyć różne teorie. Tak jak tworzyliście mit Czerczesowa, jako groźnego i bezwzględnego trenera. A wiesz ile razy podniósł głos w szatni przez te osiem miesięcy? Dwa razy. Zawsze był spokojny, stonowany, merytoryczny, rzeczowy.

No ale to przecież piłkarze narzekali na ciężkie treningi, zwłaszcza podczas zimowego obozu.
Być może narzekali dlatego, że wyjątkowo lekko trenowali u Henninga Berga. To była zupełnie inna szkoła. Dla niego okres przygotowawczy nie różnił się niczym od treningów w sezonie. Nie mówię, że to była szkoła gorsza, ale inna.

A tobie bliżej jest do której szkoły?
W naszych realiach uważam, że zimowy obóz powinien być cięższy. To jest czas, w którym polską drużynę można mocniej obciążyć, naładować akumulatory, bo latem nie jest to tak potrzebne.

Vuković: Chcę zarazić drużynę swoją ambicją

Po tym jednym meczu, który poprowadziłeś samodzielnie, masz jeszcze większy apetyt, żeby zostać pierwszym trenerem?
Tak, zdecydowanie. Ten jeden mecz sprawił, że poznałem wszystkie uczucia, jakie towarzyszą w pracy pierwszemu trenerowi. Rozmawiałem nawet z Besnikiem po tym spotkaniu i pytałem go czy to jest tak zawsze, że tak buzuje w głowie. Powiedział mi, że z czasem jest lżej. W każdym razie dostałem takiego kopa, że nie mam wątpliwości, że chcę to robić.

Przykład Jacka Magiery pokazuje ci, że jeśli nie zwątpisz, będziesz robił swoje, to nagroda przyjdzie?
Tak, ale każda droga jest inna, Jacek jest trochę innym przypadkiem. Ja nie widzę siebie pracującego siedem lat w roli drugiego trenera. Z dwóch powodów: wiem, jaki postęp zrobiłem przez ten rok. Uważam, że jeszcze ze dwa-trzy takie sezony i trzeba będzie zacząć pracować samodzielnie. Po drugie, Jacek miał czas, bo kończył grać w wieku 28 lat. U niego pośpiech nie był wskazany. W moim przypadku stało się to później i mam poczucie, że koło 40. roku życia trzeba by zacząć pracować samodzielnie.

Rozmawiał: Piotr Wierzbicki

Wszystkie teksty, zdjęcia, grafiki i inne dane znajdujące się w serwisie Futbolfejs.pl chronione są prawami autorskimi.

Użycie skopiowanych lub pobranych materiałów bez pisemnej zgody Autora jest zabronione.

Serwis przeznaczony dla odbiorców posługujących się językiem polskim, ale mieszkających w krajach, gdzie zakłady bukmacherskie są legalne.

Projekt i realizacja Konrad Siuda & Stukot Pikseli