Vuković: Po meczu bolało tak, że nie mogłem zawiązać buta. Powiedziałem sobie – to koniec!

Autor wpisu: 28 maja 2017 12:51

Z Aleksandarem Vukoviciem o jego przygodzie z Koroną Kielce rozmawialiśmy już jakiś czas temu, przy okazji jednego z poprzednich meczów Legii. Ale okazja taka, że warto przypomnieć, jak Vuković wspominał swoje 4,5 roku w Kielcach. A wspominał je miło, mimo że momentami gra była torturą z powodów zdrowotnych. – W tamtym czasie tabletki przeciwbólowe musiałem brać regularnie – przyznaje Vuko.

Poniżej przypomnienie fragmentów naszej rozmowy (całość TUTAJ).

FUTBOLFEJS: Wyobraźmy sobie taką sytuację: ostatnia minuta doliczonego czasu gry meczu Legii z Koroną w Kielcach i Legia strzela zwycięskiego gola. Co robi Aleksandar Vuković? Jedzie na kolanach przed trybuną miejscowych ultrasów?
ALEKSANDAR VUKOVIĆ: W sporcie emocje są najważniejsze, czasem nie da się nad nimi panować (…) Radość ze zwycięstwa będzie zawsze. Czy tak ekspresyjna, trudno przewidzieć.

A może jednak ze względu na to, że w Kielcach spędziłeś kawał czasu, czyli 4,5 roku, powstrzymasz się od przesadnej radości, jeśli wygra Legia?
Analogiczna sytuacja – Korona jako klub nie jest mi obojętna, to jeden z moich klubów w Polsce. Grałem tam nie tylko dlatego, że miałem kontrakt, ale związałem się z tym miejscem. Miło to wspominam i postaram się, by w przypadku sukcesu nie przesadzać z radością. Tym bardziej, że drużyna jest w trudnym momencie i nie ma co dobijać leżącego.

Józef Młynarczyk: Legia jest najsilniejsza, powinna być mistrzem – TUTAJ

W Kielcach spędziłeś kawał czasu, straciłeś tam też kawał zdrowia.
Zdrowie traciłem nie tylko w Koronie. Pierwsze kłopoty zaczęły się w 2006 roku w Legii. Już wtedy zdarzało mi się grać na tabletkach przeciwbólowych. W Kielcach było tak już regularnie. Nie było możliwości, żebym wyszedł na mecz bez voltarenu, przyjmowanego doustnie. Brałem go do kolacji dzień przed meczem, po obiedzie w dniu meczu i jakoś dawałem radę. Ale generalnie ten czas wspominam miło. Był sezon, w którym wszyscy skazywali nas na spadek, a dwie kolejki przed końcem mieliśmy realną szansę na mistrza. W Kielcach rozpocząłem też swoją przygodę trenerską.

Największy problem zdrowotny miałeś z biodrem?
Tak, chodziło o staw biodrowy. Ból promieniował przez całą nogę. Dokuczało tak, że nie mogłem swobodnie kopnąć piłki, nie mogłem zrobić przerzutu, oddać strzału. Bolesna była każda zmiana kierunku biegu. W pewnym momencie zdecydowałem się na zabieg, ale po nim było jeszcze gorzej. Do tego stopnia, że nie pomagał voltaren. I mając jeszcze ponad rok kontraktu w kwietniu 2013 roku powiedziałem, że dalej nie dam rady. Mogłem ciągnąć i udawać dla pieniędzy, ale chciałem być zapamiętany, jako ktoś, kto dużo zarabiał, ale też dużo od siebie dawał.

Trudno ci było podjąć tę decyzję?
Poszło ot tak (Vuko w tym momencie pstryka palcami). Pamiętam swój ostatni mecz z Bełchatowem. Brałem tabletki przeciwbólowe już dwa dni wcześniej co osiem godzin, a i tak nie czułem się komfortowo w czasie spotkania. Po meczu, który wygraliśmy 1:0, trener Leszek Ojrzyński dał nam dwa dni wolnego. Pierwszego dnia nie mogłem założyć skarpetek, zawiązać buta, bo tak bolało. Trzeciego dnia przyjechałem na trening wprowadzający i nie byłem w stanie zrobić rozgrzewki. I w tym momencie, w sali rozgrzewkowej, w jednej chwili stwierdziłem, że to koniec. Najpierw poszedłem do trenera, potem do prezesa. Generalnie plan był inny. Myślałem, że dam radę wypełnić kontrakt i może jeszcze przedłużyć o rok. Miałem 34 lata, teoretycznie piłkarze w tym wieku dają jeszcze radę. Ale gdy już poinformowałem wszystkich, których miałem poinformować, poczułem ogromną ulgę. Nie żałuję tego do dzisiaj. Każdy trening był już drogą przez mękę. Nie było sensu narażać się na jakieś kalectwo.

Szybko dogadaliście się w sprawach finansowych?
Szybko. Zrezygnowałem z rocznych zarobków, czyli około 600 tysięcy złotych. Dostałem trzymiesięczną odprawę.

Skończyłeś grać i chciałeś zająć się menadżerką.
Pierwsza moja myśl była taka, żeby odpocząć, mieć trochę czasu dla rodziny, dla siebie. Potem chciałem sprawdzić czy mogę zająć się menadżerką, ale po pierwszych rozmowach z zawodnikami i kilkoma znajomymi z branży stwierdziłem, że to nie dla mnie. Pojawił się za to głód bycia w drużynie, pojawiła się szansa pracy trenerskiej w Koronie u trenera Pachety i przekonałem się, że to jest to, co chcę robić w życiu.

Ale po paru miesiącach podziękowano ci za pracę w Kielcach. Masz o to żal do Korony?
Nie. Przyszedł nowy trener Ryszard Tarasiewicz i miał prawo dobrać sobie współpracowników, jakich chciał. A wkrótce pojawiła się dla mnie szansa pracy w Legii i wszystko dobrze się ułożyło, idę do góry szczebelek po szczebelku.

Praca trenera jest mniej wymagająca fizycznie, ale bardziej czasochłonna.
Odszedł trud fizyczny, co dla mnie jest bardzo ważne, ale rzeczywiście praca zajmuje w zasadzie całe dnie. Ten tydzień, w którym byłem tymczasowym trenerem uświadomił mi też jak bardzo jest to obciążające psychicznie. Najważniejsze jednak, że nie ma bólu, a wszystko inne bardzo mi się podoba i strasznie mnie nakręca. Wiem, że jestem w stanie dobrze to robić. Nie sprawia mi to problemu, że mało jestem w domu.

Jak się współpracuje z trenerem Jackiem Magierą?
Jacek daje mi dużo swobody, bo wie, że pewne rzeczy widzę tak samo, jak on. Ale to on trzyma na wszystkim rękę. Mam duży zakres pracy. Jacek nie ogranicza mnie na przykład do tego, że ja mam robić atmosferę w szatni. Rozmawiamy na każdy temat: taktyki, składu, formy piłkarzy. Każdy ma jakieś własne pomysły, co daje Jackowi wybór.

W meczu z Lechem była taka sytuacja, że obaj podbiegliście do linii bocznej i dawaliście wskazówki, ale dwóm różnym piłkarzom. To była skoordynowana akcja?
Nie, przypadek. Jacek chciał przekazać coś Nikoliciowi, ja krzyczałem do Jodłowca. Generalnie nie mamy prawa obaj przebywać w tym samym miejscu w czasie meczu, dlatego szybko się wycofałem. To Jacek decyduje, kto co robi. Gdy on siedzi, wtedy ja ruszam. Uważam, że takie podpowiedzi sporo dają zawodnikom. Mówię to z własnego doświadczenia. Lubiłem, gdy trener nawet drobnym gestem pokazuje przy linii, że jest z drużyną. Ja nie idę, żeby opieprzać zawodników, tylko im pomóc.

Czasem wyglądasz groźnie, gdy tak krzyczysz. Wyglądasz, jakbyś ich opieprzał.
Nie, nie. Wychodzę z założenia, że 90 procent reakcji i podpowiedzi trenera powinno być pozytywnych. To, że gościa zjeb… w trakcie gry, może mu spętać nogi, nic więcej. Oczywiście są sytuacje ekstremalne, czasem ktoś zasługuje na reprymendę. Nie zawsze byłem miły dla kolegów jeszcze jako piłkarz, ale jako trener wiem, że trzeba zachowywać się inaczej. Inne są też emocje przy ławce trenerskiej, a inne na boisku. Łatwiej o zachowanie destrukcyjne.

Kiedy chcesz do kogoś ruszyć z ławki, musisz konsultować to z pierwszym trenerem?
Nie. Jacek wie, że może na mnie liczyć, że nigdy nie zrobię czegoś, co mogłoby zaszkodzić drużynie. Oczywiście mogę popełnić błąd, ale wtedy trener może mi o tym powiedzieć.

Próbuję sobie wyobrazić ciebie jako pierwszego trenera, takiego już na stałe. Zastanawiam się, czy taka nadmierna ekspresja nie działa na twoją niekorzyść?
Mam świadomość, że wszystko ewoluuje w futbolu, tym bardziej trener musi się rozwijać, musi iść z duchem pewnych zasad. I ja chcę się rozwijać i zmieniać. Wiem do czego zmierzasz…

Upraszczając: nie wyobrażam sobie ciebie jako trenera w garniturze.
Na Ligę Mistrzów trzeba by było ten garnitur założyć (śmiech). Na pewno bardziej komfortowo czuję się w dresie. Wiem, że będę się zmieniał i mniej będzie choćby tych przepychanek z sędziami. To jest bez sensu.

Inne artykuły o: Ekstraklasa | Korona Kielce | Legia Warszawa

Wszystkie teksty, zdjęcia, grafiki i inne dane znajdujące się w serwisie Futbolfejs.pl chronione są prawami autorskimi.

Użycie skopiowanych lub pobranych materiałów bez pisemnej zgody Autora jest zabronione.

Serwis przeznaczony dla odbiorców posługujących się językiem polskim, ale mieszkających w krajach, gdzie zakłady bukmacherskie są legalne.

Projekt i realizacja Konrad Siuda & Stukot Pikseli