Ups! Ale się Legia rypnęła! To może być kosztowne…

Autor wpisu: 4 maja 2019 22:55

To niewiarygodne, ale prawdziwe. Ostatnie minuty meczu z Piastem to była jedna wielka modlitwa Legii o gola, który dałby jej choćby remis. Modlitwy nie zostały wysłuchane. Strzelano z bliska i z daleka, mocno albo technicznie. Wszystko na nic. Zespół z Gliwic wyjechał z Warszawy z trzema punktami. Gra o mistrza zaczęła się na nowo, choć po meczu w Gdańsku przed tygodniem, wydawało się, że jest pozamiatane. Piast jest – choć trudno nie być zaskoczony – bliżej mistrzostwa Polski niż kiedykolwiek (ma punkt straty do Legii). I nawet jeśli go nie zdobędzie, to mocno w kotle zamieszał.

Goście wygrali w Warszawie zasłużenie. Zdobyli gola, na dodatek trafili w słupek i poprzeczkę, a przede wszystkim nie dali się zdominować. Nie przyjechali się bronić, tylko grać w piłkę. I grali. Odważnie, śmiało, pewnie. A że trafili na zły dzień gospodarzy, to wracają do Gliwic z podniesionym czołem.
Legia nie zaczęła dobrze. Nie dość, że szybko straciła gola, to za chwilę mogła stracić następnego. Bo w obronie, we własnym polu karnym, popełniała błąd za błędem. William Remy to kawał piłkarza, nie ma wątpliwości. Ale co drugi, trzeci mecz ma kłopoty z koncentracją. Pewnie gdyby takich problemów nie miał, to nie grałby w Ekstraklasie, a którejś z lig na miarę jego talentu.
W meczu z Piastem uciekł mu za plecy filigranowy przecież Gerard Badia i sieknął tak z odległości pięciu metrów, że nie było co zbierać… Podanie ze skrzydła do Hiszpana było co prawda idealne, ale przy takich „wieżach” jak Remy i Jędrzejczyk, Badia nie miał prawa otrzymać piłki. A ona mu na proste nogę siadła…
Legia co prawda sprawiała wrażenie nie speszonej (bo przecież ostatnio już kilka razy przegrywała, a potrafiła zwyciężyć), ale w obronie była więcej niż niechlujna.
Co gorsza przeciwko Piastowi nie potrafiła zyskać przewagi z gry, jak to miało miejsce choćby w meczu z Lechią w Gdańsku. Były to raczej pojedyncze szarże niż przemyślane akcje. Ale po jednej z nich, i świetnym podaniu od Hämäläinena, piłkę dostał na wolne pole Kucharczyk, ale trafił jedynie w spojenie słupka z poprzeczką. Coś tam próbował jeszcze Carlitos, ale… się zakiwał.
„Kuchego”, który był w sobotę często bardzo niedokładny, zastąpił od 46. minuty Iuiri Medeiros.
Legii potrzebne było jego „pokrętło” i fantazja, potrzebny był impuls. I Portugalczyk taki dał. Zrobił taką akcję w 57. minucie meczu, że piłkarze Piasta nie wiedzieli gdzie się znajdują. Niestety, uderzenie Medeirosa przeszło wzdłuż linii bramkowej Piasta. Niestety, bo byłaby to akcja pokazywana w Europie. Z Medeirosem jest ten problem, że więcej już takiej akcji w tym meczu nie pokazał. Strasznie ma długie przerwy w dostawie prądu.
Legia pchała się żeby odrabiać straty, ale Piast dawał jej co chwila groźne ostrzeżenia.Już przy 1:0  Piast miał trafienie w poprzeczkę i mógł to być punkt zwrotny meczu. Po chwili była kolejna okazja. Ku zdumieniu publiczności na Ł3, Artur Jędrzejczyk odbił się od Joela Valencii jak dzieciak z piaskownicy, ale Ekwadorczyk – po ograniu kolejnego legionisty – trafił w słupek. Gol na 2:0 mógł skończyć sprawę. Nie było go, ale nie był Piastowi potrzebny do zwycięstwa. I tak wygrał.
A to jednak zaskoczenie.

Bo przed tym meczem pytanie było tylko jedno: czy Piast jest w ogóle w stanie skomplikować sytuację Legii w wyścigu po mistrzostwo. Patrząc na to co drużyna Waldemara Fornalika (chyba najbardziej niedoceniany trener w Polsce), ugrała wiosną (w rundzie finałowej wygrała wszystkie mecze!) trzeba było zachowywać daleko idącą powściągliwość i kurtuazję wobec drużyny z Gliwic.
Ale kurtuazja to tylko kurtuazja, ot takie poklepywanie po plecach.  Jednak w takie opinie, że Piast jest zespołem, który sięgnie nawet po mistrzostwo to nie wierzyli chyba nawet ci, którzy je wygłaszali. Od teraz będzie ich więcej.
Ekipa Fornalika to fajny team, z którego trener wycisnął nawet więcej od jego potencjału. Ale mistrzostwo wydawało się mrzonką. Uważano, że to jednak zbyt wysokie progi dla Piasta, który przecież rok temu… bronił się przed spadkiem. A tytuł – czy nawet już sam fakt walki o tytuł – to jedynie kolejny dowód na to, że ta liga jest kompletnie nieprzewidywalna i czasem się jakiś fuks może wydarzyć. Bardziej na skutek słabości faworytów (długotrwałe nieporozumienia trenerskie w Legii i Lechu) niż klasy pretendentów.
Piast jest klubem poukładanym, dobrze zarządzanym przez prezesa Pawła Żelema, ma mądrze prowadzoną drużynę przez eks-selekcjonera Waldemara Formalika, ale wydawało się, że do mistrzostwa chyba jednak brakuje trochę potencjału sportowego i finansowego. A może ta granica nie jest jednak tak daleko? Bo trzeba przyznać, że transfery to tam robią z głową. Joel Valencia to dziś jeden z najlepszych piłkarzy ligi, importowany z Holandii Polak, Piotr Parzyszek też w końcu odpalił. A nawet Jakub Czerwiński, którego żegnano na Łazienkowskiej jako kompletnego niedojdę, pod okiem Fornalika wyrósł na bardzo solidnego obrońcę.

No ale nawet jeśli zasługi i solidność Piasta trzeba doceniać, to jednak stara piłkarska prawda mówi, że tak się gra jak przeciwnik pozwala. A Legia nie dość, że ostatnio była piekielnie silna – dodatkowo niesiona wygraną w Gdańsku 3:1 – to jeszcze chyba była świadoma tego, w jakim jest miejscu, na tym etapie sezonu. Gdy już odzyskała równowagę po okresie wielkiej smuty za czasów Ricardo Sa Pinto, to teraz nie miała tego prawa spieprzyć na tej ostatniej prostej. I to w meczu u siebie!
Tym bardziej, że w zespole Piasta nie mógł zagrać Tomasz Jodłowiec, który jest wypożyczony do klubu z Gliwic z Legii. Co prawda w poprzednich meczach z Legią w tym sezonie „Jodła” zagrał, ale zimą przy – przy przedłużaniu wypożyczenia – działacze mistrzów Polski zadbali, żeby były reprezentant Polski mógł grać przeciwko swojemu klubowi, ale… nie za darmo. Jak podał portal legia.net za przywilej wystawienia w składzie „Jodły” Piast musiałby zapłacić – bagatela – milion złotych! Widocznie w Gliwicach uznano, że mają lepszy pomysł na wydanie „bańki”. I trudno im się dziwić… Szczególnie, że Fornalik ma do dyspozycji w środku pola chwalonego ostatnio Toma Hateleya i reprezentanta młodzieżówki Patryka Dziczka.

Aleksandar Vuković odpowiedział na tę dwójkę parą Andre Martins – Domagoj Antolić. Wiary w tych piłkarzy nie zachwiał kolejny powrót do drużyny Cafu. Portugalczyk odcierpiał już karę za żółte kartki (nie zagrał z Lechią) i był do dyspozycji trenera. A jednak najlepszy jesienią piłkarz Legii mocno sobie skomplikował sytuację w drużynie. Nawet nie wstał z ławki, mimo że jego zespół od początku przegrywał. Antolić gra tak dobrze, Martins jest najlepszym piłkarzem Legii wiosną, więc Cafu musi zaczynać z ławki. Legia go na pewno wykupi z francuskiego Metz (za 800 tys. euro) i ewentualnie odsprzeda, o ile się potwierdzą pogłoski, że są Portugalczykiem zainteresowane kluby z Grecji.

Porażka z Piastem jest tym bardziej niezrozumiała, że Legia ma ogromny potencjał piłkarski. Spójrzmy jaką miał „Vuko” w tym meczu ławkę rezerwowych: Malarz, Stolarski, Wieteska, Cafu, Radović, Mediros, Kulenović. Co nazwisko to kawał grajka, nikt nie zabrany na ławkę na sztukę. Każdy z nich, po wejściu na boisko, powinien podnieść jakość gry drużyny. To niespotykany standard w lidze, w której inni trenerzy grają 13-14 zawodnikami, a reszta jest dobrana do… pchania karuzeli.
A przecież w Legii ten potencjał jest jeszcze większy. Na ławce nie było żegnającego się z klubem Adama Hlouska, a godzinę przed meczem z Piastem Dominik Nagy i Salvador Agra siedzieli za stołem konferencji prasowych, ale odpowiadali na pytania nie dziennikarzy, a… dzieci, które tego dnia miały jakąś wycieczkę.
Ale co Legii po tym potencjale, skoro ograł ją – budowany metodą gospodarczą Piast.
Słabszy mecz niż zwykle zagrało zbyt wielu piłkarzy Legii żeby mogła ona marzyć choćby o remisie. Marko Vesović, który zazwyczaj dobrze sobie radzi w dryblingach, tym razem trafił na Mikkela Kirkeskova i wobec Duńczyka był kompletnie bezradny. Słabszy Martins, Szymański. Bezbarwny kompletnie Carlitos.
Dla Legii może to być bardzo kosztowna wpadka. Pardon, porażka. Wpadka jest przypadkowa. A w Warszawie Piast wygrał zasłużenie. Nie było w tym żadnego przypadku.

Inne artykuły o: Ekstraklasa | Legia Warszawa

  • zgubek

    Postanowiłem że na własne oczy zobaczyć Legię w akcji. Początek mojej wizyty był super. Pełen stadion kibiców, Sen o Warszawie,doping. Ale później tragedia. Piast ośmieszył Legię. Cały mecz miał pod kontrolą. Zastanawiałem jak to się stało, że Legia z meczu z Lechią gdzie wg.Vukovica mogła wygrać 8:1tu z Piastem mogła dostać bęcki 5:0.W Legii zawiedli wszyscy bez wyjątku a zwłaszcza jej gwiazdki Carlitos i Szymański, a gra Kuchego to tragedia. Z taką grą Legia nie wygra żadnego meczu. Czyżby Sa Pinto rzucił na nią klątwę? Ja dam sobie spokój z wizytami na Łazienkowskiej. Przyniosłem Legii pecha.

  • ursynów

    W tytule wpisu z dnia 20 kwietnia, napisał redaktor,że,, z Legią nikt tej ligi nie wygra,o ile ona sama ze sobą jej nie przegra”. Słuszne słowa, tylko jest jedno ale.Napisał Pan Redaktor te słowa przed meczem z Lechem i Piastem. Obie przegrane z tymi przeciwnikami nie wynikały z tego,że Legia zlekceważyła przeciwnika, myślał,że piłkarze przeciwnych drużyn przestraszą się jej. Nie, po prostu w obu tych meczach była słabsza, zwłaszcza tu w Warszawie.Jeśli Legia nie będzie mistrzem(a wszystko na to wskazuje), to dlatego,że w tym roku to za wysokie progi na jej piłkarskie nogi. Ale nie tylko nogi, bo i głowa też nie jest w najwyższej formie. Ale może będzie inaczej?

Wszystkie teksty, zdjęcia, grafiki i inne dane znajdujące się w serwisie Futbolfejs.pl chronione są prawami autorskimi.

Użycie skopiowanych lub pobranych materiałów bez pisemnej zgody Autora jest zabronione.

Serwis przeznaczony dla odbiorców posługujących się językiem polskim, ale mieszkających w krajach, gdzie zakłady bukmacherskie są legalne.

Projekt i realizacja Konrad Siuda & Stukot Pikseli