Tragedii nie ma, ale powodów do świętowania też nie

Autor wpisu: 26 października 2018 23:06

Dwa ostatnie mecze Legii i dwa remisy. Ale, o ile przed tygodniem, wszyscy na Łazienkowskiej mieli kaca, że ledwo się udało uratować punkcik w spotkaniu u siebie z Wisłą Kraków, to z ledwo wyrwanego remisu w Białymstoku muszą być legioniści zadowoleni. Sandro Kulenović – w którego mało już kto wierzył (poza trenerem Sa Pinto) – strzelił swojego pierwszego gola w Ekstraklasie. Aż się chłopak wzruszył, uronił łezkę, a trafienie zadedykował zmarłej niedawno babci.

Jak Legia jedzie do Białegostoku na mecz z Jagiellonią, to od razu wiadomo, że będą emocje. Także te niezdrowe. I że będzie napinka miejscowych. Napinka kibiców, napinka działaczy, napinka i trenerów. Na Podlasiu od dłuższego czasu żyją w poczuciu, że mają drużynę nie gorszą niż ta z Warszawy, ale tabela na koniec rozgrywek i kolor medali na podium, tego nie potwierdzają. Znów się Jagiellonii nie udało wygrać, ale remis jest sprawiedliwy. Gospodarze zapłacili utratą zwycięstwa w końcówce za minimalizm. Histerie po ostatnim gwizdku to jakaś chora frustracja. Zamiast przepychanek na środku boiska, już po meczu, lepiej nie grać antyfutbolu. Stanowczo zbyt dużo w tych meczach złych emocji: nerwów, obrażania się, szarpania, czy uprzykrzania życia kibicom przyjezdnych. Ludzie, to ciągle jest futbol, czyli rozrywka i tak to trzeba traktować.

Sa Pinto na mecz z Jagiellonią zmienił taktykę gry Legii. Odszedł – trochę w stylu selekcjonera Brzęczka – od gry klasycznymi skrzydłowymi, a postawił na trójkę mobilnych pomocników: Cafu – Antolić – Martins. Przez 89 minut bez sukcesu.
A na co postawił trener Jagiellonii Ireneusz Mamrot?
– Cały tydzień mocno pracowaliśmy nad stałymi fragmentami gry, bo wiedzieliśmy, że Legia ma niski zespół i to może być nasza przewaga. I od razu się to potwierdziło – mówił w przerwie spotkania Ivan Runje, który po rzucie rożnym pokonał Arkadiusza Malarza… barkiem.

Gol strzelony w pierwszej minucie meczu ustawił spotkanie. Jagiellonia mając szybkie nogi w drużynie (Przemysław Frankowski, Karol Świderski, Arvydas Novikovas), ustawiła się na kontry i oczywiście stałe fragmenty gry. Legia musiała prowadzić grę, ale pod bramką gospodarzy było ciasno, bardzo ciasno. Carlitos próbował dryblingów, Szymański strzałów, Nagy stawiał na przebojowe rajdy i własną szybkość. Kiwał Andre Martins, walczył Antolić, ale to wszystko na nic. Jakieś tam sytuacje Legia stwarzała, ale nic konkretnego.
Słabiej zagrał Cafu, od którego przywykliśmy wymagać więcej.
Widząc, że do przerwy Legia wali głową w mur, Sa Pinto zaczął szukać innych rozwiązań taktycznych. Już po pół godzinie gry intensywnie rozgrzewał się Michał Kucharczyk (pojawił się na boisku dopiero w 69. minucie gry), ale w przerwie Portugalczyk wprowadził drugiego napastnika – Jose Kante. On nie jest tak efektowny na boisku jak Carlitos, ale dokłada – bardzo istotny – element walki. A przecież przed wyjazdem do Białegostoku Sa Pinto mówił, że jego drużyna musi być jak 11 żołnierzy, czyli – sam jako były boiskowy wojownik – widzi we własnym zespole rezerwy w kwestii walki na boisku. – Podkreślam, że jesteśmy drużyną – uderzał w tonację „team spirit” Portugalczyk. Bo tego w Legii było – nadal jest – zbyt mało.
Poprzednie spotkanie ligowe Legii, to przeciwko Wiśle Kraków, nazywano później w mediach szalonym, ale to określenie zbyt łaskawe i delikatne dla zespołu z Warszawy. To był mecz, który mistrzowie Polski głupio i nieodpowiedzialnie wypuścili z ręki, ratując remis w ostatnich sekundach spotkania, po golu hiper zmobilizowanego na Wisłę Carlitosa.
Ale szaleństwo to Legia ma pokazywać na boisku, w fantazji przy kreowaniu akcji, w popisywaniu się sztuczkami technicznymi, klepaniem piłką tak, by rywale nie wiedzieli o co chodzi. Ale w meczu z Wisłą Kraków Legia pokazała, że nadal nie odzyskała pełnej równowagi po fatalnym początku sezonu.
Dlatego trudno by było bronić stwierdzenia, że do Białegostoku zespół z Łazienkowskiej jechał w roli faworyta. Jagiellonia potrafiły w tym sezonie zarówno pozytywnie zaskoczyć, jak i totalnie rozczarować, ale to zespół na solidnym poziomie, wymagający i bardziej przewidywalny od drużyny Ricardo Sa Pinto.

Portugalczyk już wystarczająco długo pracuje przy Łazienkowskiej, żeby takiej pozytywnej powtarzalności wymagać także od jego zespołu. Tym bardziej, że trener już wybrał sobie zawodników na których stawia i tych, którzy u niego grają jedynie epizody, albo nie grają w ogóle. Tych ostatnich odstawił i chyba nawet nie udaje, że będzie w przyszłości spoglądał w ich kierunku. Taki Krzysztof Mączyński to jeszcze niedawno był podstawowym reprezentantem Polski, a teraz to już się ludziom zapomina, że on ciągle ma kontrakt z Legią. Umowy mają też Hämäläinen i Astiz, ale – jako, że nie grają i mają więcej czasu – to warto by się wybrali do sklepu z walizkami. Niedługo będą przecież wyjeżdżać. Podobnie jak nieszczęsny Eduardo i Chris Philipps, o którym już nie wiadomo czy jest naprawdę kontuzjowany, czy nie, ale w sumie nie ma  to znaczenia. To jeden z tych, którzy mają jak najszybciej ulżyć budżetowi klubu.
A jego stan najlepiej opisuje konieczność „dorzucenia” – jak ujawnił ostatnio członek zarządu Legii Łukasz Sekuła – jakichś 20-30 milionów złotych przez właściciela, czyli Dariusza Mioduskiego.
W tym kontekście trochę groteskowo brzmią wypowiedziane kiedyś przez prezesa słowa, że poprzedni zarząd za bardzo ryzykował i szedł po bandzie. Widać z tego obecnego bilansu finansowego, że panu Dariuszowi, też udzieliła się pasja hazardzisty, a ryzyko nie jest mu obce. Rozumiem to, bo krew nie woda i czasem chęć wygrania rywalizacji sportowej (i rywalizacji z mitem poprzedniego zarządu), bierze górę nad chłodną kalkulacją zimnokrwistego biznesmena.

Sa Pinto dostał więc zadanie, żeby rozdmuchaną do absurdu kadrę okroić, ale jednocześnie powalczyć o wynik sportowy. Idzie to Portugalczykowi różnie. Jego zwolennicy powiedzą, że zatrzymał kryzys, przebudził drużynę i próbuje ją pchnąć na właściwe tory. Eksperci sceptyczni wobec Sa Pinto twierdzą, że z takim potencjałem to Legia wcześniej czy później i tak musiałaby zacząć wygrywać, a Portugalczyka to można będzie ocenić pozytywnie dopiero wówczas, gdy ustabilizuje grę Legii, a ta przestanie grać w kratkę i będzie liderem Ekstraklasy, który ze swobodą i dużą przewagą prowadzi w lidze. Portugalczyk często stawia na żelazne ustawienie, gdzie zawsze znajduje miejsce dla tych samych piłkarzy na kilku pozycjach, ale co najmniej w dwóch, trzech miejscach jego wybory są kontrowersyjne. W bramce, gdzie poddany rywalizacji z Cierzniakiem Arkadiusz Malarz wyraźnie się rozregulował. W obronie gra Mateusz Wieteska, którego największym atutem jest strzelanie goli głową po stałych fragmentach gry, ale – powiedzmy sobie szczerze – nie za to rozlicza się obrońcę. W defensywie jest już słabszy i pytanie czy nie słabszy od Michała Pazdana. Bo na pewno od niego wolniejszy i mniej zwrotny.
W drugiej linii zainstalował się – i wygląda, na to, że już na stałe – Andre Martins. Portugalczyk bywa nierówny, ale tym razem miał udział w golu Kulenovicia, bo to po strzale Martinsa piłka uderzyła w poprzeczkę.
Rozczarował Cafu, który być może jest nawet najlepszym piłkarzem Ekstraklasy. Z tym, że mecz w Białymstoku to mu akurat wyszedł średnio.
W drugiej połowie, przed golem Kulenovicia, znakomitą sytuację do wyrównania miał Szymański, ale będąc z piłką kilka metrów od bramki rywali, sieknął z lewej (czyli swojej lepszej) nad poprzeczką. Legia – po wejściu Kucharczyka – trochę się rozruszała. Szymański wrócił na pozycję numer 10, pod jedynego napastnika – Jose Kante.
Carlitos został zdjęty z boiska, co rozczarowało nie tylko jego samego, ale i kibiców Legii, bo w końcu to Hiszpan kilka dni temu strzelił dwa gole Wiśle Kraków.
A jednak u Sa Pinto nie ma świętych krów. Carlitos nie strzela, Carlitos na ławę.
Legia przywozi punkt z Białegostoku. Tragedii nie ma, ale powodów do świętowania też nie.

  • zgubek

    Ten mecz można skomentować w 2 słowach.Odbył się.Nudy jak w polskim filmie,jak mówił jeden z bohaterów Rejsu. Tam było śmiesznie i wesoło, tu było nijako.Legia po stracie bramki waliła głową w mur.Jej gra pozbawiona była jakiejś myśli, wizji na zdobycie gola.Ale na tyle ją stać na dzień dzisiejszy, a to nie za dobrze wróży.Legia nie ma lidera, takiego jak kiedyś Radović, czy Ofoe. Cafu ma przebłyski, ale to takie chwilowe zjawiska.Rozczarowuje Szymański, wczorajsze pudło, to może być pudło kolejki.Ma rację redaktor,że Wieteska to strasznie czerstwy zawodnik, dobry w Górniku, słaby w Legii. A może Pazdan jest jeszcze gorszy, poczekajmy na Remyego. Osobny rozdział to Carlitos, myślałem ,że się przełamał na meczu z Wisłą.A tu na Podlasiu,tragedia, może mu zaszkodziło czyste powietrze. Sa Pinto kombinuje, miesza, co mecz to wyciąga jakiegoś królika,ale to nie cyrk , ale piłka nożna.Legia w dalszym ciągu nie doszła do siebie z końcówki poprzedniego sezonu,nie zanosi się na radykalną poprawę.Zresztą cała liga gra słabo.I jeszcze jedno – Białystok to jednak dziwne miasto jest , a kierownictwo Jagiellonii, nie wyszło jeszcze z Puszczy Białowieskiej. Po co ta szopka z kibicami, kontrole itp.Mecz był słaby, a to co działo się przed stadionem i później na nim to poniżej krytyki.
    ps.Ja bym już nie wracał do Mączyńskiego i Hamalainena i Astiza. Raz ,że to już pieśń przeszłości,a dwa,że na nich Legia się nie odbuduje. Szkoda Niezgody i Remyego.Bo zarówno atak jak i obrona,szwankują w tej drużynie.

Wszystkie teksty, zdjęcia, grafiki i inne dane znajdujące się w serwisie Futbolfejs.pl chronione są prawami autorskimi.

Użycie skopiowanych lub pobranych materiałów bez pisemnej zgody Autora jest zabronione.

Serwis przeznaczony dla odbiorców posługujących się językiem polskim, ale mieszkających w krajach, gdzie zakłady bukmacherskie są legalne.

Projekt i realizacja Konrad Siuda & Stukot Pikseli