Tadeusz Pawłowski: Honor jest dla mnie najważniejszy

Autor wpisu: 8 marca 2016 23:12

Tadeusz Pawłowski – dla jednych pechowiec, dla innych nieudacznik, a może wciąż profesjonalnie przygotowany do zawodu trener, któremu coś tam się nie udało? Czy w raptem kilkanaście miesięcy można z najlepszego szkoleniowca ekstraklasy (trener roku 2014 w plebiscycie tygodnika „Piłka Nożna”)  spaść na dół trenerskiej hierarchii?

Podjęcie przez Pawłowskiego pracy w Wiśle w grudniu 2015 roku było dużym zaskoczeniem. Zwolnienie, po raptem trzech kolejkach, nawet szokiem. Sposób, w jaki w Krakowie potraktowano poważnego trenera, budzi niesmak. Łatwo przypinamy łatki. Innym, sobie rzadko. Co o zwariowanych miesiącach, z których wyszedł mocno poobijany, myśli on sam? O tym właśnie rozmawiamy.

FUTBOLFEJS.PL: Nie masz poczucia, że przez ostatnie trzy miesiące rozmieniłeś swoje nazwisko na drobne?
TADEUSZ PAWŁOWSKI: Dwie rzeczy trzeba rozdzielić. Ludzie, którzy byli w Wiśle i znali sytuację, inaczej do tego podejdą. A ci, którzy tylko o tym słyszą z mediów, inaczej. Uważam, że nadal jestem takim samym człowiekiem, jakim byłem, i nadal w moim odczuciu jestem bardzo dobrym trenerem, bardzo dobrze przygotowanym do zawodu i… tyle.

Czyli nie zgadzasz się z Bońkiem, mówiącym, że trener jest tak dobry, jak jego ostatni mecz?
Akurat mój ostatni mecz… był całkiem niezły, mimo że przegraliśmy z Podbeskidziem. Bo była zauważalna poprawa w grze zespołu. Długo prowadziliśmy 1:0, nieszczęśliwa ręka doprowadziła do wyrównania. Podbeskidzie potrafiło wykorzystać ten moment i zdobyło bramkę na 2:1. Oczywiście, na papierze wygląda to źle, ale ja – jako trener – widziałem, że zespół wreszcie zaczyna grać to, co sobie zakładaliśmy w przygotowaniach do rundy. Dla mnie postęp był widoczny. Gdybym miał czas i spokój, na pewno Wisła grałaby coraz lepszą piłkę.

Nie uważasz, że jeśli zespół zajmuje 14.-15. miejsce, w trzech meczach zdobywa tylko punkt, a trener mówi, że powinien dostać więcej czasu, zakrawa to na absurd?
Wiem, że dla was dziennikarzy, wielu osób z zewnątrz, liczy się wynik, ale ja patrzę jako trener inaczej. Patrzę, jak zespół się zmienia, jak zaczyna stosować wypracowane schematy, jak reaguje na to, co robimy na treningach, jak potrafi się dopasować do tego, czego od niego wymagam. Poza tym wiem, w jakim stanie psychicznym zastałem ten zespół. Ta drużyna dziś potrzebuje jednego zwycięstwa, jak chory człowiek tlenu. Dlatego ja przede wszystkim musiałem skupić się na wlaniu odrobiny optymizmu w ten zespół. Tak, w moim przekonaniu, musiałem postąpić z psychologicznego punktu widzenia. Uważam, że jestem dobrym psychologiem i sprawdziło się to w wielu sytuacjach życiowych. Dlatego sądzę, że mówienie z mojej strony o sukcesach Wisły w przyszłości było ok.

O tym, dlaczego Franciszek Smuda nie będzie trenerem Wisły TUTAJ

Nie zmieniłbyś tego?
Nie. Po tych pierwszych tygodniach wszyscy mówili, że ten zespół trzeba złapać za gardło. Nie, nieprawda. Temu zespołowi trzeba pomóc dobrym słowem i chyba w końcu, mimo tego wszystkiego co się stało, w klubie to zrozumiano.

O czym my mówimy? Przecież w trzech meczach mieliście punkt! A Pawłowski jest urlopowany.
Tak, to prawda. Ale wszystkie te mecze były na styk. Jedną bramką. Każdy z tych meczów można było wygrać. Z Łęczną i Podbeskidziem prowadziliśmy i po utracie gola coś w zespole pękało. To dla mnie dowód, że zespół potrzebuje spokoju, pewności siebie. I przez takie, a nie inne prowadzenie, starałem się to zespołowi dać. Powtórzę – wyniki były słabe, ale poszczególne elementy gry szły w tym kierunku, który zakładaliśmy. Tak to widzę i zdania nie zmienię.

Gdybyś, jak w filmie „Dzień Świstaka”, drugi raz znalazł się w grudniu 2015 roku. I drugi raz stanąłbyś przed wyborem – wziąć Wisłę czy nie, podjąłbyś taką samą decyzję?
Tak. Wisła jest najbardziej rozpoznawalnym polskim klubem w Europie i to zaszczyt prowadzić taki zespół, niezależnie na którym jest miejscu. Może założenia byłyby trochę inne. Zgadzając się na pracę w Wiśle, swój optymizm opierałem na przekonaniu, że będę mógł liczyć na wszystkich zawodników, którzy byli w kadrze jesienią. Przyznaję – nie przewidziałem, że nie będę miał do dyspozycji Cierzniaka, Mączyńskiego, Brożka, Guerriera, na początku też Jovicia, Sarkiego i w pewnych fazach przygotowań Sadloka, który miał problemy z plecami, a także Ondraszka, który rozchorował się na anginę. Mało? Dodajmy jeszcze odejścia Burligi i Jankowskiego. To są fakty, nie ma w nich nic naciąganego.

Rzeczywiście, trzeba przyznać, że tych ważnych ogniw trochę wypadło. Najgorsza była chyba strata Mączyńskiego?
Ta strata była nie do zrównoważenia. Jego obecność ma olbrzymi wpływ na jakość poczynań zespołu. To wszystko trudno było przewidzieć. No jak? Byłem przekonany, że z tych kluczowych piłkarzy jednak większość będę miał do dyspozycji, nawet zakładając, że ktoś tam czasami wypadnie z powodu urazu czy kartek.

No dobra, ale kłopoty kadrowe Wisła miała i jesienią. Oczywiście – kontuzja Mączyńskiego to był nieszczęśliwy przypadek, strata Cierzniaka – wiadomo, z pewnego punktu widzenia też. Ale ten zespół był rozsypany już, gdy go brałeś.
No, ale właśnie dlatego mówię, że byłem przygotowany na trochę więcej czasu, by to poukładać. W takiej sytuacji, w jakiej się znalazłem na początku rundy, czy przyszedłby do Krakowa Mourinho, czy van Gaal, i tak by za dużo nie ugrał. Ciągle wierzyłem i nadal wierzę, że gdy wszyscy podstawowi piłkarze wrócą do gry, ba, gdy wrócą choćby na 70 procent swoich normalnych sił, to Wisła ma zespół na czołówkę tabeli.

TAK sytuację w Wiśle analizował Kamil Kosowski

Nie uważasz, że twoim błędem było to, że nie miałeś w sztabie „swoich” ludzi?
Jeśli chodzi o Wisłę, rozmawialiśmy w środku sezonu. I ludzie, którzy pracowali w klubie, mieli ważne kontrakty. Mówiliśmy o „moich” ludziach, ale było to możliwe dopiero od nowego sezonu.

A w Śląsku? Nie chciałeś poukładać sztabu po swojemu?
Tam było podobnie. Zaczynałem w lutym, zostali ludzie, którzy tam byli, a w trakcie naszej współpracy przekonali mnie, że są dobrymi fachowcami. Mają dobre wykształcenie, jeśli chodzi o metodykę prowadzenia zajęć, a przy tym mieli spory staż ligowy – byli i przy Tarasiewiczu, i Lenczyku, i jeszcze nawet Levym. To naprawdę bezcenne doświadczenia. Nie mogę narzekać na asystentów w Śląsku.

A ta Austria naprawdę cię nie kusiła? To znaczy austriacka myśl szkoleniowa – żeby pójść tą drogą, którą poszedł choćby Jan Urban, trzymając u boku Kibu. To daje inne spojrzenie na piłkę, inną jakość podpowiedzi.
Oczywiście, że wzorce austriackie dziś są bardzo cenione, zważywszy na to, co Austriacy wykonali w ostatnich latach. Ale inaczej – mało jest trenerów w Austrii czy w Niemczech, którzy chcieliby tu pracować. To nie jest prosta sprawa. Po pierwsze kwestia rozbija się o średnią długość pracy trenera w Polsce, czyli te magiczne siedem miesięcy. Jeśli ktoś ma ustabilizowane życie, na taką rzecz nie będzie się pisał. Plus dochodzi bariera finansowa. Więc to nie jest tak, że pstryknąć palcami, a tu wianuszek po pracę się ustawia.

Zrozumiałe, ale czy nie zapłaciłeś za to poczuciem osamotnienia?
Sztab w Wiśle był mniejszy niż w Śląsku. Miałem asystenta w osobie Marcina Broniszewskiego i tu nie było żadnych problemów. Był trener bramkarzy, bardzo dobry – Paweł Primel, przypomnijmy, że Cierzniak, pracując z nim, został bramkarzem jesieni, prezentując bardzo dobrą formę. Na tym sztab się kończył. To były moje pierwsze miesiące w Krakowie, mogłem się czuć nieswojo. Ale z każdym dniem mogło być tylko lepiej. Poznaje się nowych ludzi, nawiązuje przyjaźnie. Taki proces potrzebuje czasu. Złych i dobrych momentów. Za krótki to był czas, by powiedzieć, że ja tam jestem szczęśliwy, czy nie.

O meczu Korona – Wisła i o tym, jak Wisła czeka na nowego trenera TUTAJ

Jesteś drażliwy na punkcie wypominania 13 meczów bez wygranej. Ale to prawda. Jakby się nie kręcić, cholerna prawda.
Dla mnie to żaden problem. W tych 13 meczach połowa to były remisy. Każdy związany ze sportem ma wzloty i upadki. Na pewno dziś to taki medialny temat. Tylko że przypominam: miałem też wiele sukcesów. Zostałem trenerem roku, osiem meczów ze Śląskiem z rzędu graliśmy bez straty gola, wygraliśmy grupę spadkową, weszliśmy do pucharów europejskich. A wtedy mówiono, że tylko wariat z taką drużyną może wejść do pucharów. Na pewno to, co stało się ostatnio, jest jakąś plamką na honorze trenera. Ale z drugiej strony mam też wiele pieczątek pozytywnych. Bo zrobiłem wiele dobrego! Ci, którzy obserwowali mecz Śląska z Wisłą we Wrocławiu, chyba są pod wrażeniem tego, jak mnie tu przywitano i pożegnano. Dla takich chwil… Cieszę się, że dla takich chwil wróciłem do Polski.

Ale ten rok 2015 był dla ciebie zwariowany. Zacząłeś go jako najlepszy trener w polskiej ekstraklasie w plebiscycie „Piłki Nożnej” za rok 2014, a kończyłeś… Jako trener napiętnowany. Coś się stało, coś się ucięło…
Bardzo prosto się ucięło. Byliśmy nieprzygotowani do gry w europejskich pucharach, bo klub, który gra w pucharach, poszerza kadrę i się wzmacnia, a myśmy się osłabiali. Nie poszliśmy w kierunku rozwoju, za to padło hasło: „Pawłowskiemu się uda”. No i… się nie udało. Balon pękł po odejściu Roberta Picha, zaczął się zjazd w dół. Przystąpiliśmy do jesieni po tygodniowym zgrupowaniu w Trzebnicy, z małą kadrą zawodników i naprawdę było nam ciężko. Graliśmy ligę, puchary europejskie, doszedł Puchar Polski.

Którego nie odpuściliście, to trzeba przyznać.
Doszliśmy do ćwierćfinału, a po cichu liczyłem, że zrobimy niespodziankę. Zwłaszcza po pierwszym meczu z Zawiszą, który zremisowaliśmy w Bydgoszczy 0:0. Mieliśmy wszelkie atuty po temu, by – nawet przy słabszych wynikach w lidze – awansować do półfinału, a dalej droga pozostaje otwarta. A ta nieudana jesień ligowa to była nie tylko nasza przypadłość. Dziś nie ma już Skorży w Lechu, Berga w Legii, mnie w Śląsku, a Probierz, gdyby chodziło o inny klub niż Jagiellonia, też by się nie uchował. Nie byliśmy przygotowani kadrowo, żeby to wszystko udźwignąć i to wyszło na boisku. Ale też rozumiem, że trenera rozlicza się z wyników, dlatego przyjąłem tę decyzje z pokorą i uczę się dalej – zbierając doświadczenia z różnych sytuacji, także tych trudnych.

A mimo wszystko moment tych zwolnień był zaskakujący?
W Śląsku byłem 22 miesiące. Przy średniej długości pracy trenera w ekstraklasie na poziomie siedmiu miesięcy. Czyli zrobiłem bardzo przyzwoity wynik. Wisła? Faktycznie, to wszystko potoczyło się błyskawicznie. I szkoda, że nie dano mi więcej czasu, żeby to poukładać, tym bardziej że wszyscy wiedzieli w klubie, jaka jest sytuacja kadrowa. Ale oczywiście zdaję sobie sprawę, że i sam sobie jestem winien. W wywiadach konsekwentnie stawiałem na swój optymizm, mówiąc, że będziemy wygrywać.

Przesadziłeś…
No, może. Podszedłem do sprawy patrząc tylko na to, co może się stać pozytywnego. Choć będę się upierał, że wszystkie nasze mecze były na styk. Odrobina szczęścia i pracowałbym dalej z Wisłą.

Można przywołać kilka nieszczęśliwych sytuacji. I w Śląsku, i w Wiśle. Słynny absurdalny spalony w Niecieczy przy sytuacji na 2:0, już z Wisłą gol podarowany Śląskowi, zwrot w meczu z Podbeskidziem.
Często w piłce tak się zdarza, że o wygranej czy przegranej decyduje zbieg szczęśliwych i nieszczęśliwych zdarzeń. No, co ja na to mogę poradzić, że doświadczony piłkarz „pali” w stuprocentowej sytuacji albo że komuś się piłka przypadkowo odbije od głowy.

No, ale to się zdarza w meczach, za które ty odpowiadasz.
Wiem (ze śmiechem). Rany, nie chciałbym, żeby przy tym całym moim optymizmie dodano mi jeszcze łatkę pechowca. Dlatego wolę myśleć o tym jako o nieszczęśliwym zbiegu okoliczności.

Twój optymizm to jedno, twoje szarże słowne to drugie. No i koniec końców doczekałeś się miana „misia z Krupówek”.
(Pawłowski wybucha śmiechem) Fajno! Bardzo się cieszę, że jestem tak uważnie śledzony przez ludzi mediów, a każda moja wypowiedź jest ważona i roztrząsana. Muszę chyba sam sobie pogratulować! I innym, którzy tak wnikliwie mnie obserwują. Widocznie w ich życiu odgrywam bardzo ważną rolę, skoro poświęcają mi tyle uwagi. Chyba nie mają innych tematów, to fajnie i dziękuję. Mam nadzieje, że ci, którzy tak piszą, nie obrażą się jednak, że dla mnie naprawdę ważne są takie wypowiedzi jak ta Cierzniaka.

Przypomnijmy, że Radosław Cierzniak w wywiadzie dla „Wyborczej” bardzo ci dziękował, że zachowałeś się honorowo, gdy uczciwie przedstawiłeś jego sprawę – i w szatni, i publicznie.
30 lat spędziłem na Zachodzie i dla mnie takie sytuacje jak ta, która zdarzyła się z Cierzniakiem, są po prostu anormalne. Jestem przyzwyczajony do zupełnie innego stylu załatwiania podobnych kwestii. A co honoru, to jeszcze jedna dla mnie bardzo ważna sprawa. Jestem synem żołnierza Armii Krajowej i to dla mnie bardzo istotna tradycja. Ojciec zawsze mnie uczył, że lepsza prawda, która nawet może spowodować kłopoty, niż dawanie fałszywego świadectwa. Na marginesie – to ojciec właśnie zaszczepił mi chodzenie na mecze piłkarskie. Zaszczepił mi optymizm, który mam w sobie i który pozwolił mi przetrwać najgorsze momenty w życiu. I życiowe, i piłkarskie , i trenerskie. Jeszcze jak sam grałem w piłkę i ojciec chodził na moje mecze, zawsze mnie wspierał dobrym słowem, nawet jak mi coś nie wychodziło, czy grałem słabiej.

Gdzie walczył twój ojciec?
Na Wileńszczyźnie, za swoją postawę został odznaczony Krzyżem Partyzanta. Używał pseudonimów „Burza” i „Dubrownik”. Po wojnie moja rodzina przyjechała do Wrocławia. Mama mi opowiadała, że ojciec, ponieważ nie było z Londynu rozkazu, żeby złożyć broń, trzymał swój pistolet w łóżeczku brata. Nachodziła nas Służba Bezpieczeństwa i mama w końcu się wkurzyła, wzięła ten pistolet i wyrzuciła do Odry. Rozwiązała problem złożenia broni ostatecznie.

Wszystkie nieszczęśliwe, piłkarskie wypadki jesieni trafiły się akurat, gdy sprowadziłeś do Wrocławia swoją rodzinę, żonę i ciężko chorego syna. Czy te zdarzenia wpływają teraz na wasze plany?
Stan Piotrka na tyle się poprawił, że pozwala mi to na pracę, niezależnie co i gdzie bym robił. Mam kilka pomysłów na przyszłość. Póki co to Wrocław jest dla mnie, dla mojej rodziny bazą. Stworzyliśmy tutaj jak najlepsze warunki dla rehabilitacji Piotrka, ale nadal mamy też swoje mieszkanie w Bregenz, więc tam oczywiście zawsze możemy się przenieść. A co będę dalej robił? Za wcześnie na konkretne plany. Nie wykluczam żadnej możliwości – dalszej pracy w Polsce lub Austrii z seniorami. Może tak się zdarzyć, że życie popchnie mnie w kierunku Emiratów, bo pojawił się jakiś temat na przyszłość. A nie wykluczam też zajęcia się w Polsce tworzeniem akademii piłkarskiej. Ten ostatni temat zawsze bardzo mnie interesował, a widzę i słyszę, że w Polsce też coraz sensowniej myśli się o wdrażaniu planu profesjonalnego szkolenia młodzieży, czy to na poziomie klubowym, czy krajowym. Tu jest bardzo wiele do zrobienia i mnóstwo naprawdę fajnej pracy dającej olbrzymią satysfakcję.

Rozmawiał: Marcin Kalita

Wszystkie teksty, zdjęcia, grafiki i inne dane znajdujące się w serwisie Futbolfejs.pl chronione są prawami autorskimi.

Użycie skopiowanych lub pobranych materiałów bez pisemnej zgody Autora jest zabronione.

Serwis przeznaczony dla odbiorców posługujących się językiem polskim, ale mieszkających w krajach, gdzie zakłady bukmacherskie są legalne.

Projekt i realizacja Konrad Siuda & Stukot Pikseli