Synowie marnotrawni witają nowego trenera

Autor wpisu: 12 sierpnia 2018 19:02

Mecz z Piastem Gliwice wygrali dla Legii synowie marnotrawni i trener Aleksandar Vuković. Po golu zdobyli Artur Jędrzejczyk i Dominik Nagy – obaj wrócili do Legii z wygnania. Trzecim strzelcem jest Jose Kante, co do którego zaczęły się już pojawiać wątpliwości, czy on w ogóle do Legii się nadaje. To najlepszy moment, w którym mogli potwierdzić, że się klubowi z Łazienkowskiej naprawdę mogą przydać.

Aleksandar Vuković wygrał ten mecz, bo gdy Legia straciła gola na 1:1 od razu wprowadził na boisko ofensywną jakość – Carlitosa i Cafu, a za moment pojawił się obok nich także Jose Kante. Pokerowa zagrywka mogła nie wyjść, bo jeszcze przy 1:1, gdy Legia wykorzystała już wszystkie zmiany, na boisku długo leżał „Jędza” i wydawało się, że obrońca Legii będzie musiał opuścić boisko. Czyli siły by się wyrównały (Piast grał w „dziesiątkę” od 46. minuty– czerwona kartka dla Pietrowskiego, za faul na Nagy’m) i raczej znów byłaby szydera, a nie pochwały dla Legii.
A jednak ten manewr się Vukoviciowi udał. Cafu, Carlitos i Kante byli kluczowymi postaciami w końcówce meczu. Trzeba przyznać, że Legia ma ofensywną jakość, kiedy ci piłkarze grają na miarę własnych możliwości. Przy nich także Dominik Nagy wyglądał lepiej niż wówczas, gdy grał obok Miro Radovicia czy Krzysztofa Mączyńskiego.
„Vuko” zasłużył na pochwały. Sprawdził się jako trener i jako legionista. – Zrobiłem wszystko, by Artur był z nami, bo jego brak był bezsensowną sytuacją. Okazało się, że doprowadzając do pewnego spotkania z właścicielem klubu, obie strony również to ujrzały. Szkoda, że się z tym spóźniłem o trzy dni, bo moglibyśmy zgłosić zawodnika również do eliminacji Ligi Europy. Na nieszczęście, nie będzie mógł zagrać w rewanżu z Dudelange. Oby taka sytuacja już nigdy się nie powtórzyła – mówił Vuković, który zwycięstwem pożegnał się z tymczasową funkcją pierwszego trenera.

Odzyskanie Jędrzejczyka jest – w obecnej sytuacji Legii – tak istotne, jak zdobycie trzech punków. Szczególnie, że „Jędza” od razu zameldował się w drużynie golem.
Jakby ktoś napisał taki scenariusz, że piłkarz gnębiony przez własny klub, który nie pozwala mu grać, w końcu dostaje szansę pokazania się na boisku i od razu w pierwszym swoim meczu strzela gola – to wszyscy uznaliby, że to scenariusz do kitu, przesłodzony, i że takie rzeczy w życiu się nie zdarzają. I co? Okazuje się, że się zdarzają. Właśnie w życiu. Artur Jędrzejczyk dogadał się z władzami klubu i wrócił do drużyny. Wrócił z przytupem. Przyłożył głowę do piłki po zagraniu Domagoja Antolicia z rzutu wolnego i zdobył gola.
Od razu pojawiło się pytanie, wypowiedziane w telewizyjnym komentarzu: czy nie można się było dogadać wcześniej?
No chyba jednak nie można było, co nam wyraźnie pokazał sposób, w jaki Jędrzejczyk celebrował gola. Część swojego „rajdu radości” przebiegł tyłem. Tak to mu jakoś wyszło, że plecami był odwrócony akurat w tym momencie, gdy mijał trybunę honorową, na której siedział Dariusz Mioduski ze swoją świtą.
Przypadek? Nie sądzę. Zawsze człowieka boli, gdy zabierają lub nie wypłacają mu pieniędzy zapisanych w kontrakcie. Legia się z Jędrzejczykiem dogadała, ale raczej nie należało się spodziewać, że piłkarz przyjmie tę sytuację z uśmiechem na ustach.
Jędrzejczyk dał Legii – ustawionej bardzo eksperymentalnie, by oszczędzać kluczowych piłkarzy na rewanż w Luksemburgu – gola i życie. Bo wcześniej sytuacja na boisku w Gliwicach wcale nie zapowiadała, że to Legia jako pierwsza obejmie prowadzenie. To zespół Waldemara Fornalika prowadził grę, przeważał, dominował. Piłkarze Legii w gliwickim słoneczku poruszali się… dystyngowanie, żeby nie powiedzieć niemrawo. Miro Radović wystawiony w ataku był kompletnie osamotniony. On się lepiej czuje z piłką przy nodze niż ganiając za nią. Legii – źle przygotowanej do sezonu – nie było stać przez całą godzinę (aż do pojawienia się na boisku Carlitosa, Cafu i Kante) na prowadzenie gry. Warszawianie próbowali więc kontrataku, ale nawet po dynamicznym zwykle Michale Kucharczyku widać było, że coś z fizycznością tego zespołu jest nie tak.
Gospodarze łatwo wchodzili w pole karne Legii. Bywało bardzo niebezpiecznie. Jak choćby w akcji, którą przeprowadził przy linii bocznej Marcin Pietrowski, gdy rozpędził się jak pendolino i minął Hołownię, ale na samej linii końcowej zatrzymał go Wieteska.
Ten sam Pietrowski, wyleciał tuż przed przerwą z boiska, gdy powalił na ziemię Dominika Nagy’a, gdy Węgier był już w sytuacji sam na sam z bramkarzem Piasta. Co ciekawe sędzia Złotek, puścił tę akcję, pozwolił, żeby Pietrowski (którego już nie powinno być na boisku) wyprowadził kontrę, która o mały włos nie skończyłaby się stratą gola przez Legię. VAR naprawił błąd Złotka, ale co by się stało, jakby w tej akcji gospodarze bramkę jednak zdobyli? Arbiter odwołałby gola? Dałby czerwoną kartę Pietrowskiemu czy nie dał? Burdel by się zrobił totalny. Sędziego Złotka za najlepszego arbitra uznaje już tylko Zbigniew Boniek (według prezesa PZPN to arbiter roku 2017 (sic!)). Bo obiektywnie to nie jest nawet średni sędzia…

Piastowi trzeba przyznać, że w świetnym stylu Legię gonił, ale gdy dogonił na 1:1 (gol Papadopulosa), to popełnił gruby błąd taktyczny. Gliwiczanie cofnęli się pod własną bramkę, ograniczając się jedynie do wybijania piłki. Remisu nie dowieźli. Bo pojawiła się ofensywna trójka Vukovicia: Cafu to jest facet, który daje Legii jakość w rozegraniu. Kante dynamikę, a Carlitos jest groźny z każdej sytuacji. Co pokazał gdy uderzył od razu z woleja piłkę spadającą mu zza pleców (Jakub Szmatuła obronił mimo, że był to strzał z pięciu metrów), jak i wtedy gdy jednym, czystym, prostopadłym podaniem wyprowadził na czystą sytuację Dominika Nagy’a.
Legia ma potencjał. Wszyscy to wiedzą, tylko do tej pory trudno to było dostrzec. Teraz ma się za to zabrać nowy trener.
Według doniesień medialnych w poniedziałek ma być oficjalnie zaprezentowany Portugalczyk Ricardo Sá Pinto.
Sá Pinto był już w Warszawie sześć lat temu jako trener Sportingu Lizbona. Przyjechał wtedy ze swoją drużyną na mecz z Legią w 1/16 finału Ligi Europy.
46-letni Sá Pinto grał w reprezentacji Portugalii na pozycji napastnika i ofensywnego pomocnika. Strzelił w barwach narodowych 10 goli, rozegrał 45 spotkań. Grał w lidze portugalskiej, hiszpańskiej i belgijskiej, najdłużej w Sportingu Lizbona. Karierę trenerską rozpoczynał w União Leiria, potem trenował wspomniany Sporting, Crveną Zvezdę Belgrad, kluby greckie Atromitos i OFI Kreta, saudyjski Al-Fateh i Belenenses z Portugalii.
W sezonie 2017/18 był szkoleniowcem Standardu Liège, z którym zdobył Puchar Belgii i zajął drugie miejsce w lidze, obecnie nie jest związany kontraktem z żadnym klubem.

Inne artykuły o: Ekstraklasa | Legia Warszawa | Piast Gliwice

Wszystkie teksty, zdjęcia, grafiki i inne dane znajdujące się w serwisie Futbolfejs.pl chronione są prawami autorskimi.

Użycie skopiowanych lub pobranych materiałów bez pisemnej zgody Autora jest zabronione.

Serwis przeznaczony dla odbiorców posługujących się językiem polskim, ale mieszkających w krajach, gdzie zakłady bukmacherskie są legalne.

Projekt i realizacja Konrad Siuda & Stukot Pikseli