Wszystko po staremu, czyli Legia mistrza (raczej) obroni po zVARiowanym meczu

Autor wpisu: 27 kwietnia 2019 23:25

Ile byśmy nie mówili o świeżym „powiewie” w lidze (niegdyś Piast, potem Jagiellonia, teraz Lechia i znowu Piast), i tak na koniec wszystko zostaje po staremu. Czyli mistrza ma Legia. Po 3:1 dla mistrzów Polski w Gdańsku można chyba już w zasadzie powoli przygotować się do ogłoszenia, że sezon się skończył. Oczywiście obroną tytułu przez Legię. Siedem ostatnich sezonów – szósty wygrany przez legionistów to byłby znak dominacji absolutnej. Niby to oczywiste – przy takich nakładach finansowych, przy takich piłkarzach, przy tak chimerycznych rywalach. I nieoczywiste przy trenerskich wyborach.

Przed meczem Jakub Kosecki, obecny w telewizyjnym studiu, bardzo komplementował Piotra Stokowca. „Najlepszym transferem ostatnich dwóch lat” określając szkoleniowca. Racja. Stokowiec utrzymał Lechię w grze o mistrza (przez większość sezonu na pozycji lidera), utrzymał ją w walce o Puchar Polski do samego finału. No, ale ta Lechia z Legią przegrała w decydującym momencie sezonu. Tak jak niegdyś Lechia Piotra Nowaka na Łazienkowskiej.

Można powiedzieć tak: im dłużej trwał ten, być może najważniejszy, mecz sezonu, tym mniej było w nim Lechii. A coraz więcej Legii. Czyli zadziałało modne prawo: „nieważne jak zaczynasz, ważne jak kończysz”. Lechia mecz z Legią zaczęła dobrze, ba, bardzo dobrze! Nie tylko, że od wspaniałego gola Lukasa Haraslina, ale także od imponującego pressingu, mądrości, rozwagi, narzucenia kagańca rywalom.
No, ale Lechia kończyła źle, pogubiwszy się ewidentnie, nie mając recepty na agresywniejszą Legię, jakby oszołomiona golem (dość przypadkowym) Pawła Stolarskiego na 1:1, a potem znokautowana trafieniem Kaspera Hamalainena na 1:2 i dobita przez Iuri Medeirosa.
Legia na odwrót. Za obronę tytułu zabrała się nieśmiało, bojaźliwie wręcz, jakby nie chcąc przeszkadzać „w gościach”. A potem – im dalej w mecz, było tylko lepiej. Druga połowa to był mistrz pełną gębą za przeproszeniem i rumieńcami, dający lekcję pretendentowi pod hasłem: „poznaj miejsce w szyku, młody”.

Trzy punkty przewagi nad Lechią, pięć nad Piastem – ktoś powie, że powyższe ogłaszanie zamknięcia sezonu zdecydowanie przedwczesne. Matematycznie tak, ale jeśli chodzi o jakość gry – nie. Owszem, Legię może poszarpać jeszcze wyjątkowo dziarski o tej porze roku Piast, ale trudno sobie wyobrazić sytuację, w której legioniści – z takim potencjałem, jaki uwolniony został w drugiej połowie (piłkarskim i mentalnym) z Lechią – lidera daliby sobie odebrać. To oczywiście na papierze możliwe, ale realnie bardzo mało prawdopodobne.

Inna sprawa, że znowu trzy grosze do całej sprawy wtrącili sędziowie, kwestia interpretacji zagrania ręką i VAR. Piotr Stokowiec po meczu nie chciał na te elementy zrzucać winy za porażkę swej ekipy, ale temat wyraźnie wywołał i podkreślił. Na początku meczu wyraźnie ręką piłkę zagrał sunący wślizgiem Artur Jędrzejczyk, w drugiej połowie William Remy. „Ręka” (popularnie mówiąc) była i raz, i drugi. Ale zarazem jej… nie było ani razu. Tako orzekł VAR. A w zasadzie arbiter główny posługując się technologią VAR-u.
VAR miał być lekarstwem na sytuacje zero-jedynkowe, a nie jest. Bo dalej bywają takie, w których nikt nic nie wie. „Był ewidentny karny i czerwona kartka. Z tymi „rękami” to istny obłęd. Powinniśmy z tym zrobić porządek, bo to wymyka się spod kontroli” – dowodził trener Stokowiec.

To zupełnie inny temat, ale na marginesie VAR część kontrowersji likwiduje, ale za to wywołuje inne, wcześniej nieznane. Ostatnio za naszą południową granicą grano derby Slavia – Sparta (to mecz o emocjach jak u nas Legia – Lech, mniej więcej). Bramkarz Sparty fauluje w polu karnym pomocnika Slavii. Sędzia, który jest kilka kroków od akcji, w pierwszym odruchu: żółta dla bramkarza, karny dla Slavii. Ale jest jeszcze VAR. Sędzia słucha, potem sam sprawdza. Długo. Wraca: nie ma żółtej dla bramkarza, nie ma karnego, jest żółta za symulkę dla pomocnika Slavii. Kończy się mecz, sędziowie idą pod prysznic, analizują, rozmawiają, patrzą, co pokazują w tv i na końcu główny przyznaje: popełniłem błąd, powinien być karny dla Slavii.
To dlaczego po VARze podjął złą decyzję? Bo mu VAR… nie pokazał ujęcia, na którym było widać faul!
No ludzie kochani! Ktoś powie – błąd człowieka. Jasne, tylko czy VAR nie miał eliminować błędów człowieka?

Inne artykuły o: Ekstraklasa | Lechia Gdańsk | Legia Warszawa

  • smutas

    Raczej tak, ale jeszcze są 4 kolejki i wszystko może się zdarzyć.Kluczowy będzie mecz w Warszawie z Piastem.Jak go Legia wygra, to może już przymierzać koronę . A co do VAR- to czemu pan Stokowiec nie wypowiadał się po meczu z Pogonią w Szczecinie? Tam VAR ewidentnie skrzywdził Pogoń i dzisiaj Lechia nie traciła by tylko 3 punktów do Legii.Legia w tym meczu była lepsza od przeciwnika, a czy będzie też od Piasta? Oby.

  • xymoxon

    Pan chyba nie umie liczyć, Legia ma 4 punkty przewagi nad Piastem.

    • anna

      Celne, przynajmniej jeden umie liczyć.Brawo tak trzymać.

      • xymoxon

        Trzeba wymagać rzetelności dziennikarskiej, w szczególności przeczytania przed opublikowaniem, co się napisało.

Wszystkie teksty, zdjęcia, grafiki i inne dane znajdujące się w serwisie Futbolfejs.pl chronione są prawami autorskimi.

Użycie skopiowanych lub pobranych materiałów bez pisemnej zgody Autora jest zabronione.

Serwis przeznaczony dla odbiorców posługujących się językiem polskim, ale mieszkających w krajach, gdzie zakłady bukmacherskie są legalne.

Projekt i realizacja Konrad Siuda & Stukot Pikseli