Porcja optymizmu przed daniem głównym

Autor wpisu: 27 kwietnia 2018 22:51

Jeśli ktoś spojrzy na sam wynik meczu Legia – Korona 3:1, to miałby prawo pomyśleć, że zespół z Łazienkowskiej przejechał się po rywalach rowerkiem. Ale byłby w błędzie. Legia zagrała bardzo dobrą drugą połowę meczu, jednak sukces zawdzięcza temu, że kielczanie kompletnie „rozpruli” się po stracie pierwszej bramki. No i temu co zwykle, błyskowi geniuszu poszczególnych zawodników: Szymańskiego, Niezgody czy Cafu. Na Koronę wystarczyło, czy starczy na Puchar Polski? A na mistrzostwo?

Legii potrzebne było zwycięstwo z Koroną nie dlatego, by nie stracić kontaktu z Jagiellonią i Lechem, które swoje mecze grają w sobotę i niedzielę. Także dlatego, żeby „pompować” nastroje przed środowym finałem Pucharu Polski z Arką Gdynia: że kryzys mamy za sobą, że wróciliśmy do gry, że nadal się liczymy.
Klub stara się jak może poprawić atmosferę wokół drużyny. Tak by nie tylko kibice, ale również sami piłkarze na pewno wierzyli, że mistrzostwo jeszcze nie jest przegrane, że nic się nie rozstrzygnęło.
Takim impulsem dla drużyny – że tutaj co prawda jeszcze jest klepisko, ale zaraz będzie San Francisco – było przedłużenie umowy z Jarosławem Niezgodą. Napastnik Legii jest łakomym kąskiem na rynku transferowym i wiadomo, że już dzisiaj dostaje atrakcyjne oferty z niezłych klubów. Ale skoro Niezgoda przedłuża umowę (czyli albo zostanie, albo „wyjąć” go stąd będzie trudno i nie za drobne), to znaczy, że Legia chce być mocna, chce coś znaczyć.

Ale pozytywne impulsy od zarządu swoje, a na boisku to trzeba jednak pokazać swoje. Nawet jeśli Korona i jej szkoleniowiec Gino Lettieri uchodzą za fenomen tej przedziwnej ligi jaką jest Ekstraklasa. Włosko–niemiecki trener (urodzony w Szwajcarii) był przyjęty w Polsce chłodno lub wręcz lodowato. Zarzucano mu że jest facetem znikąd, nie prowadził żadnego poważnego zespołu, że nic nie potrafi. A gdy tylko zaczął robić w Kielcach porządki, wprowadzać dyscyplinę i po prostu wymagać – rozkapryszone lokalne gwiazdeczki pobiegły na skargę do mediów. Kilku pseudodziennikarzy zrobiło z Lettierim taką jazdę, że facet wyszedł na wioskowego głupka. Po czym szybko się okazało, że Włoch daje radę, a jego Korona gra na tyle przyzwoicie, że kąsanie za nogawki ustało, a ujadanie ucichło. Lettieri ze swoją drużyną łatwo awansował do górnej ósemki Ekstraklasy, choć mnie się wydaje, że to nie jakieś cuda zbudował w Kielcach, a po prostu nieco bardziej rozwinięty pomysł na Koronę jaki już przed nim mieli Leszek Ojrzyński czy Maciej Bartoszek. Czyli po prostu walka. Bo tyle wystarczy do tego, by być znaczącą siłą Ekstraklasy. Niczego więcej nie potrzeba. Żadnego tam wyrafinowanego futbolu. Agresja, walka, bieganie.
Dla Legii oddychającej rękawami taki rywal to duży problem. Nie umiała się dobrać do zespołu gości, choć widać było, że ma przewagę w jakości piłkarskiej.
Dariusz Mioduski przyglądał się poczynaniom swoich piłkarzy całą pierwszą połowę z dużym niepokojem. Jakby nie widział na boisku żadnego zawodnika, który może dać impuls Legii. I to rzeczywiście jest problem Legii – tylu piłkarzy, a żadnego lidera.
Mioduskiego ma prawo boleć głowa. Z jednej strony próbuje ratować obecny sezon, a z drugiej szukać trenera. A doradzają mu już chyba wszyscy, którzy ukończyli szkołę podstawową. Każdy ma swoją opinię, twarde stanowisko, mocne zdanie i jest do tych racji przekonany.
Doszło do tego, że Mioduskiemu zaczął doradzać nawet… Artur Wichniarek, który po pierwsze doradza w mediach z pozycji – uwaga cytat – „nie chciałbym żeby Legia zdobyła mistrzostwo”, a po drugie to myśleliśmy, że „Wichniar” jeśli w ogóle jest już jakimś doradcą, to raczej… podatkowym.
Ale dosyć żartów, bo losy mistrzostwa się ważą. Legia jak zwykle początek miała niemrawy. Niby atakowała, niby coś chciała, ale jakoś tak… wstydliwie. Bez przekonania i bez wiary we własne umiejętności. No bo i skąd ta wiara miałaby się wziąć, skoro każdy mecz w wykonaniu zespołu z Łazienkowskiej wiosną jest jak zdobywanie górskiej premii przez zmęczonego kolarza – kibice zastanawiają się cały czas: starczy tlenu, czy nie starczy.

Więcej akcji gospodarzy było szarpanych, rwanych, nerwowych niż sensownych i składnych. A to w poprzeczkę trafił Inaki Astiz, a to mocno z wolnego strzelał Cristian Pasquato, a to jakiejś dzikiej szarży próbował Jarosław Niezgoda.
A gdy się wydawało, że kapitalna akcja „z klepki” Niezgoda – Szymański – Niezgoda przyniosła w 41. minucie meczu, Legii prowadzenie, bo piłka wpadła do siatki, to okazało się, że był spalony, co wychwycili sędziowie z wozu VAR. Gol nieuznany.
Ale już kilka minut po przerwie obaj bohaterowie tamtej akcji zostali wynagrodzeni za niepowodzenie podwójnie.
Najpierw Szymański sieknął z lewej tak, że piłka wpadła do bramki Korony tuż przy słupku. Niewiele później Legia kapitalnie rozklepała rywali.
Najpierw Szymański zagrał „zewniakiem” tak jak robią to najlepsi na świecie, doskonale wprowadził w pole karne Marko Vesovica. Czarnogórzec wycofał piłkę do nadbiegającego Hämäläinena, ale ten uderzył nieczysto. Piłka zaplątała się między zawodnikami Korony a Niezgodą, a wtedy napastnik Legii pokazał, że jest także łowcą goli z pola karnego. Wcisnął gola jakimś rozpaczliwym wślizgiem i chwała mu za instynkt „killera”.
Legia – mimo prowadzenia 2:0 – parła do przodu. Poczuła krew i postanowiła odkuć się za cały sezon. Żeby pokazać, że grać umie. Że to nie było rozsądne pokazała kontra Korony, gdy nagle na bramkarza Legii wyszło trzech rywali, ale Arkadiusz Malarz nie na darmo pracuje na miano najlepszego piłkarza Legii wiosną. Wybronił niemal pewnego gola, wybronił mecz, a po sezonie okaże się czy czasem nie wybronił czegoś więcej.
Legia dała swoim kibicom sporą porcję optymizmu, w najwłaściwszym momencie. Tuż przed środowym finałem Pucharu Polski i przed czwartą – jakże istotną – kolejką rundy finałowej, gdy warszawianie jadą na mecz z Jagiellonią do Białegostoku. |
W formie jest Niezgoda, grę Legii ciągnie Szymański, obudził się Cafu (zrobił akcję jak nie z Ekstraklasy), do drużyny wrócił Miro Radović, który strzelił gola z karnego.
Kibic Legii – jeśli trzeźwo patrzy na futbol – musi mieć też swoje niepokoje. Bo Legia dała sobie strzelić gola grającej w „dziesiątkę” Koronie, bo mistrzom Polski strasznie trudno buduje się akcje zanim nie napoczną rywala golem. Legia w tym sezonie nie dominuje przeciwników, ale potrafi mimo to wygrywać. Może więc – chociaż chwilowo – nie ma co wybrzydzać i poczekać na dwa najbliższe, kluczowe mecze.

Inne artykuły o: Ekstraklasa | Korona Kielce | Legia Warszawa

  • ursynów

    Gdyby do końca ligi zostało 10 kolejek stawiałbym na bank na drużynę z Łazienkowskiej.Ale do końca rozgrywek tylko 4 kolejki, z tego Legia dwa mecze gra na wyjazdach.Może to i dobrze, bo u siebie gra przeciętnie, tak jak dzisiaj. Za dużo w składzie graczy, którzy zamiast grać, zachowują się jak wirtuozi bez instrumentów.Dotyczy to głownie bocznych obrońców. Pasquato dzisiaj ustawiony na boku,to nie ten zawodnik sprzed tygodnia,to chyba nie jego pozycja.Zadyszki dostali Remy i Philipps. No ale był młokos Szymański, w którego nie wierzyłem, dzisiaj wraz z moim ulubieńcem Jarkiem( nie mylić z innym gościem o tym imieniu),dali Legii zasłużone 3 pkt.We wtorek gramy o Puchar Polski, klęska Arki niech nie usypia Legię, bo w zeszłym roku pewny swego Lech dostał od Arki wtłuki. Brak Jozaka – lepsza paka.

Wszystkie teksty, zdjęcia, grafiki i inne dane znajdujące się w serwisie Futbolfejs.pl chronione są prawami autorskimi.

Użycie skopiowanych lub pobranych materiałów bez pisemnej zgody Autora jest zabronione.

Serwis przeznaczony dla odbiorców posługujących się językiem polskim, ale mieszkających w krajach, gdzie zakłady bukmacherskie są legalne.

Projekt i realizacja Konrad Siuda & Stukot Pikseli