MARCIN KACZMAREK: Tarzan był dla mnie ważniejszy od Bońka

Autor wpisu: 18 lutego 2016 12:44

Rozmawiamy z Marcinem Kaczmarkiem, trenerem Wisły Płock, lidera 1. ligi. O roli ojca Bogusława w jego piłkarskim wykształceniu. O tym jak to jest siedzieć w szatni zespołu prowadzonego przez tatę i słuchać jak koledzy po nim „jadą”. Pytamy też dlaczego zimą nie przyjął oferty z Lechii Gdańsk i jak to możliwe, że Tarzan był dla niego ważniejszy niż gole Zbigniewa Bońka…


FUTBOLFEJS.PL: Jak to było u pana z tą piłką. Przyszła do pana naturalnie, samoistnie czy to, że tata – Bogusław Kaczmarek – był piłkarzem, potem trenerem, miało jakiś wpływ?
MARCIN KACZMAREK (trener Wisły Płock): Musiało mieć wpływ, bo jeśli w rodzinie jest człowiek, który żyje z piłki, to jest to naturalne, że ojciec we mnie piłkę zaszczepił od kołyski. Poza tym w tamtych czasach, gdy ja byłem dzieciakiem – to była końcówka lat 70-tych, początek 80-tych – piłka była jednocześnie rozrywką, zabawką i pasją. Nie było specjalnie innych możliwości.

Pana pierwsze wspomnienie piłkarskie?
Najbardziej utkwił mi w pamięci zapach szatni, tych maści, ten klimat, rytuały piłkarzy – masaże, pani która wydaje sprzęt. Ojciec grał wtedy w Arce i zabierał mnie czasem na treningi. Pamiętam tunel, który prowadził na boisko przy Ejsmonta, gdzie była słynna „górka”. Miałem wtedy 3 albo 4 lata.

Pierwszy mecz obejrzany świadomie?
Nie jestem w stanie wskazać tego pierwszego. Pierwszy mundial, który pamiętam, to 1982 rok. Tata był wtedy w Finlandii (Rovaniemi Palloseura – red.), a my z mamą u niego na wakacjach. Była też tam grupa dzieciaków, między innymi Maciek Terlecki, syn Grzegorza Ostalczyka. W Polsce nie było dostępu do szeroko rozumianej kultury. Pamiętam, że w fińskiej telewizji w tym samym czasie, co mecz Polska – Belgia leciał wtedy Tarzan. Zdecydowaliśmy wtedy z kolegami, że jednak obejrzymy Tarzana, a dorośli poszli gdzieś do fryzjera oglądać mecz, w którym Zbigniew Boniek strzelił trzy gole.

DNA Kaczmarków? Zobaczcie, czym różnią się ojciec i syn. Materiał WIDEO

Nie męczyło pana, jako dzieciaka, że często w domu nie było taty? 
Dopóki grał w klubach Trójmiasta, nie było to odczuwalne. Dopiero gdy wyjechał za chlebem – najpierw do Finlandii, potem do USA – pojawiła się tęsknota. Wyjazd do Stanów mógł zaważyć na naszym życiu, bo tata miał propozycję, by zostać w Ameryce. Ojciec jest wykształconym i mądrym człowiekiem i wiem, że w tych Stanach spokojnie by sobie poradził. W Polsce był stan wojenny i ojciec miał dylemat: wracać do kraju, czy próbować nas ściągnąć do USA. Zdecydował, że wraca i był to bilet w jedną stronę, opcji wyjazdu już nie było. A potem przez kilka lat pracowaliśmy razem w Lechii. Ojcu zawdzięczam to, że zaszczepił we mnie piłkę i nauczył mnie w nią grać. A potem w wieku 20 lat ja wyjechałem do Pogoni Szczecin i miałem już swoje dorosłe życie.

Jaki to był rodzaj wychowania ze strony taty? Twarda ręka czy wręcz przeciwnie?
Chów dość surowy. Teraz jestem mu za to wdzięczny, choć wtedy nie było to takie oczywiste. Generalnie uważam, że bardzo trudno jest mieć w drużynie swoje dziecko i trudno funkcjonować w zespole mając za trenera ojca. To była prawdziwa szkoła życia. Rozpieszczały mnie za to mama i babcia, bo byłem jedynakiem. Zachowana była więc równowaga.

Bywało czasem na treningach tak, jak z Agnieszką Radwańską i ojcem, czyli kłótnie i pyskówki?
Były różne momenty. Jako że trenowałem z chłopakami starszymi o dwa lata i bywało, że chciałem się popisać przed kolegami, więc nie byłem łatwy. Tata musiał mieć do mnie dużo cierpliwości, ale zdarzało się, że nie miał innego wyjścia niż mocno mnie skarcić. Dziękuję mu za to, bo gdy dziś oglądam trening mojego 12-letniego syna w Gedanii, to buzują we mnie emocje. A co dopiero być bezpośrednim przełożonym syna? Nie polecam, bo trudno być obiektywnym, gdy to przekłada się jeszcze na atmosferę w domu, to jest tego zdecydowanie za dużo. Ja miałem to szczęście, że mój ojciec był wybitnym fachowcem jeśli chodzi o szkolenie młodzieży. W ogóle w Lechii byli wspaniali wychowawcy młodzieży: Michał Globisz, Józef Gładysz, ojciec. To byli świetni trenerzy, którzy uczyli nas grać w piłkę. Dziś w tym względzie zauważam przerost formy nad treścią, przeskakuje się w alfabecie od literki „a” do „k”, zamiast do „b”.

A trochę jaśniej?
Żebyśmy się dobrze zrozumieli: jest wiele dobrych szkół piłkarskich. W tamtych czasach w Lechii uczono nas podstaw, prostych rzeczy, które musieliśmy doprowadzić do perfekcji dzięki powtarzalności. Dziś widuję na boiskach 100 pachołków i 10 różnych ćwiczeń nie zawsze adekwatnych do danego rocznika. Nie można dziecka uczyć przerzutu piłki na 50 metrów, jeśli jeszcze nie potrafi dobrze podać na 5.

W pana czasach nie było pewnie też takich i tylu boisk do gry dla dzieciaków.
Gdy uczyłem się w technikum gastronomicznym we Wrzeszczu, kiedy szliśmy na wagary, to ojciec wiedział, gdzie nas szukać. Przyjeżdżał i zgarniał nas wtedy na trening, bo do szkoły było już za późno, a on nie chciał, żebyśmy się gdzieś włóczyli. Oczywiście karcił nas za te wagary, ale dawał nam też temat zastępczy w postaci treningu. Pakował nas czterech do „malucha” i wiózł na boisko.

Jak się pan czuł, już jako piłkarz Lechii prowadzonej przez tatę, gdy siedział pan w szatni a koledzy „jechali” po ojcu?
To też ważny element tej szkoły życia. Miałem taki moment w seniorach Lechii, gdy wchodziliśmy do zespołu wielką ławą z rocznika, które wcześniej prowadził ojciec, czyli 1972 rocznik plus ja z 1974. Był w tej grupie m.in Sławek Wojciechowski, Rafał Kaczmarczyk. Ja jako ostatni dostałem szansę debiutu. Ojciec wychodził z założenia, że naprawdę muszę sobie na to zasłużyć, żeby nie było podejrzeń o nepotyzm. Mimo że przychodzili do niego inni zawodnicy i mówili: „trenerze, Marcin jest już gotowy”. Zadebiutowałem w wieku 16 lat, co dziś rzadko się zdarza na poziomie zaplecza ekstraklasy. A moi starsi o dwa lata koledzy grali już regularnie w pierwszym składzie. Był to ważny moment, bo musiałem opowiedzieć się po jednej ze stron: tu był ojciec, tu byli piłkarze. I chyba zyskałem szacunek tym, że co było w szatni, to zostawało w szatni. Musiałem na to zaufanie zapracować, chociaż osłuchałem się wielu gorzkich słów na temat ojca i trzeba było to w sobie dusić. Nie było to łatwe. W drugą stronę działało to tak, że gdy nam nie szło, a tata wpuszczał mnie na boisko, to wiadomo jaka była reakcja kibiców. Zdarzały się momenty płakania w poduszkę, ale potem olbrzymia satysfakcja, że w sezonie po odejściu ojca byłem najlepszym strzelcem zespołu. Że ludzie, którzy wcześniej coś nam wytykali, przychodzili i gratulowali. Te doświadczenia pomogły mi w tym, że gdy przez kontuzję musiałem dość wcześnie skończyć grać w piłkę, wciąż w niej pozostałem, już jako trener.

Gdy dziś zdarzy się panu obejrzeć razem z ojcem jakiś mecz, to wasze spojrzenie na futbol jest podobne?
Tata ma jeszcze takie mentorskie momenty, a ja jestem na to bardzo uczulony i szybko to ucinam, bo wchodzimy w dyskusję, która do niczego nie prowadzi, zbytnio się zapalamy. Mamy jednak wspólne wartości, na przykład, że piłkarz, musi być dobrze wyszkolony technicznie. Obaj taką samą wagę przykładamy do podania, do tego, by zawodnik potrafił wygrywać pojedynki, bo to wszystko pomaga stworzyć przewagę. To jest fundament, na którym się wychowałem. Do dziś mam satysfakcję z tego, że mogę wyjść na boisko z moimi piłkarzami pograć w siatkonogę i rzadko przegrywam. Futbol się zmienia – taktyka, przygotowanie fizyczne, sprzęt – ale technika zawsze będzie potrzebna.

Od taty różni się pan nie tylko wyglądem, ale też temperamentem. Dobrze zauważyłem?
Tak. Ja wychodzę z założenia, że aby przeanalizować mecz, to trzeba go oglądać, a nie biegać i skakać przy linii. Ojciec miał różne fazy, na początku przez dłuższy czas był energetyczny i żywiołowy, ale pod koniec reagował inaczej. Ja charakter mam pomieszany – trochę z ojca, trochę z mamy i pewnie też dziadków.

Jak tata reaguje na to, co dzieje się z panem w sensie trenerskim?
Jestem przekonany, że bez względu na to jakie są relacje między ojcem a synem, a one bywają trudne, to zawsze się przeżywa to, co się dzieje z drugą stroną. Jeśli ktoś mówi, że nie, to kłamie. To jest krew z krwi. Jestem przekonany, że ojciec teraz bardzo przeżywa moją pracę. Czasem się śmieję, że bardziej ode mnie. Dlatego między innymi nie ogląda moich meczów. Mecze w internecie śledzi za to mama, bo tata jest na bakier z tymi nowymi technologiami. On w tym czasie wychodzi do ogrodu palić ognisko. I mówi, że jak mu się dobrze pali, to wie, że wygrywamy.

Pan bardzo przeżywał niepowodzenia taty? 
Oczywiście. Bardzo zabolało mnie to, jak tata został potraktowany w Lechii w ostatnim czasie, gdzie na koniec swojej przygody trenerskiej wrócił na stare śmieci, zrobił super robotę i po roku mu podziękowano. Widziałem, że go to bardzo bolało. I mnie też, bo Lechia to nasz klub. Wydawało mi się, że powinien bardziej skorzystać z wiedzy i doświadczenia ojca.

Pan niedawno dostał propozycję z Lechii, ale nie dogadaliście się. Dlaczego?
Miałem ofertę, ale jestem związany umową z Wisłą Płock. Propozycja była ciekawa z każdej perspektywy – raz, że to ekstraklasa, gdzie nigdy nie pracowałem jako trener, dwa – Lechia to mój klub…

…do którego może pan czuć żal za to, jak postąpiono z ojcem.
To nie miało znaczenia, bo ja Lechii jestem wdzięczny, że dostałem od niej propozycję pracy w roli trenera w wieku 29 lat. I byłem wtedy chyba najmłodszym szkoleniowcem w Polsce. Zrobiłem kilka awansów i też zwolniono mnie po dobrze wykonanej robocie. Też miałem powody, by mieć żal, ale tego aspektu nie brałem pod uwagę. Myślałem o tym, co jest w Wiśle, gdzie zostawiłem kawał zdrowia i wykonaliśmy mnóstwo pracy. Jesteśmy liderem po pierwszej rundzie i wychodzę z założenia, że kontrakty podpisuje się po to, by się z nich wywiązywać. Zapytałem szefów uczciwie czy mnie puszczą, bo jest taka propozycja, ale nikt nie wziął tego pod uwagę. Prezydent miasta i prezes klubu odpowiedzieli jasno, że nie wyobrażają sobie takiej sytuacji, więc uciąłem sprawę w zarodku, żeby nie robić z tego telenoweli. Skupiam się na pracy w Wiśle i wierzę, że na koniec sezonu będziemy się cieszyć z upragnionego awansu do ekstraklasy.

Pana zdaniem ekstraklasa mogłaby liczyć 18 zespołów?
Tak. Nawet powinna. Jestem przeciwnikiem obecnego systemu, bo jest nienaturalny. Dzielenie punktów jest niesprawiedliwe. Prezes Ekstraklasy S.A. Dariusz Marzec powołuje się na przykład NBA, ale tam takie dziwne systemy funkcjonują od zarania dziejów. U nas są to zupełnie nowe i nietrafione pomysły. Przynajmniej ze sportowego punktu widzenia, bo być może biznesowo jakoś to się broni. Rozumiem, że intencje są dobre, ale ja nie muszę się z nimi zgadzać. Jestem tradycjonalistą, podoba mi się ten najpowszechniejszy system, jaki funkcjonuje w większości krajów europejskich i uważam, że docelowo powinniśmy dążyć do 18 zespołów w ekstraklasie.

Ale są głosy, że w ekstraklasie powinno grać 12 silnych klubów – sportowo i organizacyjne.
Ja uważam, że 40 milionowy kraj, który gospodarczo jest gdzie koło 30 miejsca na świecie, który ma tyle ładnych stadionów, stać na 18 drużyn.

Wisła Płock jest gotowa organizacyjnie na ekstraklasę?
W tej chwili budżetowo nie. Jesteśmy klubem miejskim i miasto jest głównym, strategicznym sponsorem. Zakładam, że ten budżet, wsparty środkami z praw telewizyjnych, dawałby jakieś nikłe przeżycie na poziomie ekstraklasy, ale byłby niewystarczający, by budować coś stabilnego. Awans być może sprowokowałby do zainwestowania w piłkę Orlen. To jest taki naturalny partner, każdemu się nasuwa. Na tyle, że przez te cztery lata nie jestem w stanie policzyć ile razy tłumaczyłem ludziom, że Orlen nie daje na Wisłę złotówki. Mam nadzieję, że coś się ruszy w tej sprawie. Taki sponsor byłby potrzebny. Przydałoby się zbudować nowy stadion. Tu też coś kiełkuje.

A jest dla kogo budować stadion w Płocku? Frekwencja nie jest najlepsza.
Nie jest. Były mecze, na które przychodziło po 5 tysięcy kibiców, ale średnia wynosi ok. 1,5 tys. Na to wpływ ma między innymi właśnie ten wiekowy stadion, a także to, z czym borykamy się w całym kraju – mnóstwem meczów w telewizji, na platformach cyfrowych. Dział marketingu pracuje nad tym, by frekwencję poprawić, my jako drużyna dużo więcej zrobić nie możemy, bo cały czas jesteśmy w czubie. Wierzę, że awans byłby impulsem i dla budowy stadionu, i dla zwiększenia frekwencji.

Pan, oprócz tego, że zajmuje się trenowaniem, to też dba o sprawy organizacyjne w Wiśle. Na pana życzenie pojechaliście na obóz zagraniczny do Turcji kosztem uszczuplenia kadry.
W każdym klubie, w którym pracuję, staram się przekonywać, że podstawową sprawą w profesjonalizmie jest zabezpieczenie spraw najważniejszych, czyli komfortu pracy. Hołduję tu maksymie mojego ojca, że lepiej przeżyć w trzynastu niż umrzeć w piętnastu czy siedemnastu. Zawodnik musi być odżywiony, odpowiednio suplementowany, musi mieć zabezpieczenia w postaci fizjoterapii. Nie może być tak, że robimy coś – za przeproszeniem – od dupy strony. Nie toleruję półśrodków. Jeśli nie stać nas na dwa dobre obozy zagraniczne, to zróbmy jeden, ale na wysokim poziomie. Jeśli stać nas na dwa do dupy, to też zróbmy jeden porządny. Udało mi się przekonać włodarzy klubu, że musimy iść w tym kierunku, bo innej drogi nie ma.

Jak wyglądają sprawy kadrowe w Wiśle?
Na teraz kadra jest zamknięta, chociaż dopóki trwa okienko, to nigdy nie wiadomo. Ale na 99,99 procenta wszystko jest dopięte. Nie robiliśmy wielu transferów, bo liczebnie transformację przeszliśmy latem. Teraz są to roszady kosmetyczne – doszło trzech zawodników na trzy pozycję. Wierzę, że będą to trafione strzały, ale to się okaże po rundzie.

Patrzy pan na rywali i co myśli?
Generalnie nie ma wielkich pieniędzy na zapleczu, ruchy są bardzo wyważone. Wszystkim bardziej zależy na stabilizacji, nie wydają ponad stan. Na pewno wzmocniła się Arka ściągając do siebie własnych wychowanków – Formellę i Szwocha. To były dobre ruchy. Zagłębie Sosnowiec też jasno deklaruje chęć awansu. Jest Zawisza z niewielką stratę i też się wzmacnia, udało im się zatrzymać Drygasa. To świadczy o tym, że łatwo się nie poddadzą.

Arkadiusz Reca to kawał grajka?
Chłopak z dużym potencjałem, ale im ciszej o nim, tym lepiej, bo mnóstwo rzeczy jest jeszcze do poprawy, do udoskonalenia. Jest o nim głośno od kilku miesięcy, fajnie wkomponował się w zespół, ale na szczęście jest świadomy swoich niedoskonałości. Świadczy o tym choćby decyzja, by zostać w Płocku, chociaż było nim spore zainteresowanie.

Pracuje pan od kilku lat w niższych ligach, ale kilku piłkarzy przeszło do ekstraklasy przez pana ręce. To też daje satysfakcję?
Pewnie. Zawsze jest satysfakcja, jeśli wykonuje się swoją pracę na tyle dobrze, że lepsze kluby są zainteresowane piłkarzami i płacą za nich godziwe pieniądze. Pół roku temu sprzedaliśmy zawodników za blisko milion złotych. To się rzadko zdarza w 1. lidze. Myślę tu o Filipie Burkhardzie, Fabianie Hiszpańskim i Jacku Góralskim. Satysfakcja jest też wtedy, gdy udaje się te luki zapełnić i zespół nie traci na jakości. To było bardzo trudne. Uważam za duże osiągnięcie to, że udało się przejść przez ten okres suchą stopą i jesteśmy na pierwszym miejscu. Ale to już historia. Satysfakcję mam także, kiedy ci piłkarze, którzy gdzieś odejdą wyżej, potrafią to docenić. Bolesne jest tylko to, że ekonomia nie pozwala nam ich zatrzymać, bo z takimi zawodnikami jak Góralski czy Janus o awans byłoby łatwiej.

Zapowiada się, że walka o ekstraklasę trwać będzie do ostatniej kolejki.
Na pewno. My mamy taki terminarz, że z tymi najpoważniejszymi kandydatami – Arką i Zagłębiem – graliśmy już po dwa mecze, bo dwie wiosenne kolejki rozegraliśmy jesienią. Będzie to więc korespondencyjny wyścig. Staramy się wychodzić z założenia, że spiszemy tabelę od nowa. Nie patrzymy na miejsce i przewagę nad rywalami, tylko startujemy od zera i każdy kolejny mecz jest następnym krokiem.

ROZMAWIAŁ: Piotr Wierzbicki

Tutaj materiał wideo nasz test – kod DNA: ojciec Bogusław Kaczmarek kontra syn Marcin Kaczmarek:

sklep vitasport.pl
forBET

Wszystkie teksty, zdjęcia, grafiki i inne dane znajdujące się w serwisie Futbolfejs.pl chronione są prawami autorskimi.

Użycie skopiowanych lub pobranych materiałów bez pisemnej zgody Autora jest zabronione.

Serwis przeznaczony dla odbiorców posługujących się językiem polskim, ale mieszkających w krajach, gdzie zakłady bukmacherskie są legalne.

Projekt i realizacja Konrad Siuda & Stukot Pikseli