Maciej Dąbrowski: Nie ma to jak uciszyć cały stadion w ostatniej minucie

Autor wpisu: 9 kwietnia 2017 21:29

Maciej Dąbrowski, po słabym początku w Legii, nabrał pewności siebie i zaczyna grać bardzo regularnie. W niedzielę jego gol odwrócił losy spotkania Lecha z Legią.

Trudno było chyba sobie wyobrazić taki scenariusz przed meczem…
MACIEJ DĄBROWSKI: Trudno… Ale brałbym go w ciemno. Fajnie wygrać przy takiej publiczności, kibice się spisali, nie ma to jak uciszyć cały stadion w ostatniej minucie. Uwierzyliśmy po tej naszej pierwszej bramce, że jeszcze nie wszystko stracone i zdołamy wygrać. Cieszę się, że Kasper drugi raz wszedł w ostatnich minutach i drugi raz strzelił zwycięską bramkę.

Ale nie było chwili zawahania po straconym golu?
Widać było, że od razu się rzuciliśmy, że chcieliśmy odrabiać straty. Mieliśmy uważać na te stałe fragmenty, ale cóż, taka jest piłka. Zresztą gdyby tak miał się kończyć każdy nasz mecz, to życzyłbym sobie tego. Dziś nie jest ważne, że gola tracimy znowu po stałym fragmencie, dziś ważne że zdobyliśmy trzy punkty.

Dziś to trzy punkty, ale za chwilę nastąpi podział. Na ile zatem ważne jest to zwycięstwo?
Te punkty na Lechu bardzo wiele znaczą. Jeśli tak miałoby się skończyć, to mecze z trzecią i czwartą drużyną mamy u siebie, czyli byłyby to Lech i Lechia. I to mogą być te najważniejsze dla nas spotkania.

Zacząłeś regularnie grać, strzelasz gole. Nie można nie zapytać – co się stało?
Mam zaufanie trenera. A gdy ktoś w ciebie wierzy, to daje duże wsparcie psychiczne. Wiem, że ja pomogę Legii i Legia też jeszcze mi pomoże.

pytał i notował Piotr Wierzbicki

Inne artykuły o: Ekstraklasa | Lech Poznań | Legia Warszawa

Wszystkie teksty, zdjęcia, grafiki i inne dane znajdujące się w serwisie Futbolfejs.pl chronione są prawami autorskimi.

Użycie skopiowanych lub pobranych materiałów bez pisemnej zgody Autora jest zabronione.

Serwis przeznaczony dla odbiorców posługujących się językiem polskim, ale mieszkających w krajach, gdzie zakłady bukmacherskie są legalne.

Projekt i realizacja Konrad Siuda & Stukot Pikseli