Legio, no bądź w końcu poważna…

Autor wpisu: 21 października 2018 20:29

Wisła Kraków grała na Łazienkowskiej beznadziejnie całą pierwszą połowę. Legii wychodziło wszystko, gościom nic. Przy 2:0 do przerwy, w Legii chyba wszyscy – łącznie z trenerem – pomyśleli sobie, że mecz jest rozstrzygnięty. Oszukali się niesamowicie. Wiśle w drugiej połowie wystarczyło 5 minut by zahipnotyzować gospodarzy, zamienić ich w spiżowy pomnik, i wpakować aż trzy gole. A wszyscy legioniści stali jak zaklęci. Łącznie z Ricardo Sa Pinto, który zanim się zareagował na rysującą się nagle przewagę Wisły, to już przegrywał spotkanie 2:3. A jego zespół po trzech ciosach leżał na dechach jak rozbity bokser, który czuje tylko szum w uszach i nie wie co się wokół niego dzieje. Remis Legia uratowała w samej końcówce, ale to remis nawet nie słodko-kwaśny, tylko kwaśny.

Rzutem na taśmę, atakiem rozpaczy Carlitosa, zremisować wygrany mecz, który się od początku doskonale układa, to duża sztuka. Ale Legia w ostatnich miesiącach pokazywała, że nie takie rzeczy potrafi. W niedzielę na boisko przy Łazienkowskiej, wrócił z szatni w 46. minucie jakiś inny zespół, niż ten, który do niej wszedł. Taki brak koncentracji gospodarzy w drugiej połowie – i to w zasadzie od jej początku – nie wystawia dobrego świadectwa portugalskiemu trenerowi. Coś tam mentalnie w tej przerwie legionistom siadło, a Sa Pinto tego w porę nie dostrzegł.
Ale bądźmy uczciwi: co prawda Legia frajersko wypuściła ten mecz z rąk, jednak nic złego jej by się nie stało, gdyby nie niesamowity zryw gości. Czapki z głów…
Wisła radzi sobie w tym sezonie w Ekstraklasie nadspodziewanie dobrze. Nadspodziewanie jak na burze i zawieruchy, które targają ostatnio klubem z Reymonta. O „Białej Gwieździe” częściej się ostatnio mówi w kontekście „Miśka” czy kiboli– „Sharksów” niż dokonań piłkarzy. Jakby oni byli jedynie dodatkiem do wyczynów bandyterki, do porachunków, siłowni, Dukatów czy maczet.
Wisła skazywana na walkę o utrzymanie, w tym sezonie potrafiła „walnąć” Lecha Poznań na Bułgarskiej i to w stosunku 5:2. Zespół mało przecież doświadczonego trenera Macieja Stolarczyka ma sporo charakteru do walki, ale też z grą w piłkę zazwyczaj kłopotów nie ma. Zazwyczaj, bo nie tym razem. Na Łazienkowskiej wszystko od pierwszej minuty układało się pod Legię. Już pierwsza akcja skończyła się golem dla gospodarzy. Trochę szczęśliwie piłka przeszła w środku pola do Cafu, ten zagrał na prawo do Kucharczyka, a „Kuchy” zacentrował w pole karne. Wielkiej filozofii w tym nie było. Całą wielkość w tej akcji dało dopiero zachowanie Dominika Nagy’a. Węgier zszedł śmiało z lewego skrzydła, poszedł na tzw. bliższy słupek – jak rasowy napastnik – głową zdobył gola w drugiej minucie. Deprymujący początek dla Wisły.
Tym bardziej, że po chwili mocno uaktywnił się Carlitos, który najpierw trafił w poprzeczkę, a niedługo później zdobył gola. Z szacunku do byłego klubu trafienia nie celebrował.
Niby w przerwie pocieszano wiślaków, że w Warszawie mogą zrobić to samo co w Poznaniu i odrobić straty także przy Łazienkowskiej, ale jakoś trudno było w to uwierzyć. Nie było na taką hecę argumentów.  Tym bardziej, że w ogóle pierwszy strzał na bramkę Legii goście oddali dopiero w 50. minucie meczu. Wcześniej nie dawali żadnych podstaw do myślenia, że w Warszawie stać ich na taką „remontadę”. A jednak…
Legia nie była w stanie utrzymać przewagi m.in. dlatego, że miała zachwiany balans w środku. Andre Martins nie zaistniał w tym meczu i jestem przekonany, że do utrzymania dwubramkowej przewagi bardziej przydałby się w centrum boiska Domagoj Antolić, ale Sa Pinto postawił na rodaka Martinsa. Błąd.
Arkadiusz Malarz wrócił do pierwszego składu, wykorzystując kontuzję Radosława Cierzniaka (przewidywana przerwa w grze przez miesiąc), ale bronił bez szczęścia. Niby zawsze przy trzech golach był blisko piłki, jednak nie wystarczająco blisko. Przyczepić się nie można, chwalić raczej nie ma za co.
Czy Legia może grać lepiej? Może i musi. Ma potencjał na lepszą grę także na ławce a i  lista kontuzjowanych oraz nieobecnych w Legii też  jest imponująca. Oprócz Cierzniaka leczą się także: Michał Pazdan, Mateusz Hołownia, Jarosław Niezgoda, Kasper Hämäläinen, Miro Radović  William Remy. No i nie kontuzjowany, ale nadal nieobecny – od nieszczęśliwej przygody z grą na stoperze przeciwko rodakom z Dudelange  –  w składzie Chris Philipps.
Niespodziewanie słaby był w Legii Adam Hlousek. Choć czy niespodziewanie? Czech od jakiegoś czasu jeździ z formą – jak windą – to w górę, to w dół. Nigdy nie wiadomo, czy akurat będzie w dobrej dyspozycji, czy akurat złapie go niemoc. Już na początek dał się łatwo dwa razy ograć przy linii, pod własnym polem karnym. Choć bocznego obrońcę charakteryzuje zasada, że przy linii nie przegrywa pojedynków. I tak dawniej było też z Hlouskiem. Dawniej, bo teraz znów z formą zanurkował. Już po kwadransie dostał żółłą kartkę, bo się za mocno „zameldował” na plecach jednemu z rywali. Trener Ricardo Sa Pinto mocno i spektakularnie protestował przeciw tej decyzji, ale Legii więcej korzyści przyniosłoby gdyby po meczu Portugalczyk zapytał Hlouska, po co wali po plecach chłopa, który stoli na linii bocznej, 50 metrów do bramki i to jeszcze tyłem. Czy on może stworzyć jakieś zagrożenie?
Wydaje mi się, że Czech sam czuje, że nie jest w optymalnej dyspozycji i dlatego gra nerwowo. A to niepotrzebne, bo jego największemu rywalowi do gry na lewej obronie, Arturowi Jędrzejczykowi, Sa Pinto znalazł miejsce na stoperze i tam, na pewien czas, „Jędza” na pewno pozostanie.
Po drugiej stronie defensywy konkurencja jest większa. Paweł Stolarski spędził większość przerwy na mecze reprezentacji nie z Legią, ale na zgrupowaniu młodzieżówki. Nie wiadomo w jakiej wrócił do Warszawy dyspozycji, ale widać słabszej niż Marko Vesović, którego przy Łazienkowskiej też nie było, bo dostał powołanie do kadry Czarnogóry, I to on zagrał przeciwko minuty przeciwko Wiśle Kraków. Ale szału to z jego gry nie było. Jak i z całej gry Legii zresztą. Stolarski jeszcze z nim powalczy.
Mecz był szalony, mógł się podobać kibicom w kapciach, bo padło dużo bramek, ale to co się stało w niedzielny wieczór przy Łazienkowskiej to nie było poważne ze strony mistrzów Polski. Tak się w piłkę nie gra.
Legio, no bądź w końcu poważna…

Inne artykuły o: Ekstraklasa | Legia Warszawa | Wisła Kraków

  • smutas

    Legia gra słabo i nie rozumiem zachwytów ekspertów z Canal +, nad poziomem meczu, jaka ta Wisła jest ekstra, itp.Legia nie potrafi w ostatnim okresie grać na Łazienkowskiej. Myślę,że w piątek wygra w Białymstoku.Ta liga jest słaba, ostatnia drużyna może wygrać z pierwszą,to jest trochę nie normalne.Ale czy polska piłka jest normalna? Wracając do meczu i oceny jej zawodników, to widać,że Nagy po ostrym starciu w I połowie z zawodnikiem Wisły nie był tym samym graczem w II połowie, po prostu go nie było.Kuchy jest dziwnie nie swój, błąka się po boisku i nie może się na nim odnaleźć.Nie błyszczał Szymański, zatrybił Carlitos. Był wszędzie, kiwał, dużo strzelał no i tylko dzięki niemu Legia wywalczyła jeden punkt. Hlousek to nigdy nie był gracz, który wnosił do Legii spokój. Ma rację redaktor,że Malarz po spędzeniu na ławce kilku meczów, to nie ten sam Arek co dawniej.Ale nie jest tragicznie, a może być nawet pięknie. W tej lidze nie ma drużyny o takim potencjale.A ,, furiato” Sa Pinto, powoli ,choć trwa to stanowczo za długo, wyprowadza Legię na prostą.Jest jeden pozytyw dzisiejszego dnia nijaki Jaki już nie będzie kibicem Legii, a Legia w końcu będzie poważna.

  • KacperK

    Szanowny panie redaktorze, co Panu zrobił Sa Pinto, że go Pan tak nielubi. W każdym Pana artykule o Legi atak na jej trenera. Tego już się nie da czytać! Może warto dać mu trochę czasu na pracę, od jego przyjścia do Legi mineły zaledwie dwa miesiące….

    • xymoxon

      Podpowiem: bo Sa Pinto posłał Malarza na ławkę, a poza tym polscy dziennikarze wyraźnie nie tolerują zagranicznych trenerów. Niczego im nie wybaczą. Taki Magiera, którego brat zresztą jest dziennikarzem, był i jest wynoszony pod niebiosa. Bronili go i bronią jak niepodległości.

    • zgubek

      Jak się nie da czytać -to nie czytać,taka jest moja rada.A tak na poważnie,to owszem Są Pinto nie jest chyba ulubieńcem redaktora.Ale czy krytyka to od razu atak? Nie chcę bronić Red.Tuzimka, jak będzie chciał obroni się sam.Strzelanie z grubej rury,bez argumentów to lekka przesada.A to co napisał xymoxon to już teoria s(pis)kowa jest.

Wszystkie teksty, zdjęcia, grafiki i inne dane znajdujące się w serwisie Futbolfejs.pl chronione są prawami autorskimi.

Użycie skopiowanych lub pobranych materiałów bez pisemnej zgody Autora jest zabronione.

Serwis przeznaczony dla odbiorców posługujących się językiem polskim, ale mieszkających w krajach, gdzie zakłady bukmacherskie są legalne.

Projekt i realizacja Konrad Siuda & Stukot Pikseli