Legia wróciła z ciemnej otchłani

Autor wpisu: 19 listopada 2017 21:00

Klasyk Ekstraklasy był rwany, szarpany, pełen dobrych chęci i ubogi w futbolowe fajerwerki. Widać było, że liczy się wyłącznie końcowy wynik. Piąte zwycięstwo Legii (1:0) w lidze z rzędu dało jej pozycję lidera. Pewien etap się zakończył. Trudno ciągle mówić o kryzysie w Legii, skoro przewodzi w lidze. Nawet jeśli zespół Romeo Jozaka stylem nie zachwyca. Tym samym należy uznać, że – tak swego czasu krytykowana – decyzja o zmianie trenera, okazała się jednak słuszna. Legia wróciła do gry o mistrzostwo z niebytu, z ciemnej otchłani.

Czego się można było spodziewać po hicie Ekstraklasy? Walki na pewno, ale chodziło o to, żeby było jeszcze trochę dobrego futbolu. Niestety było go tylko trochę. Klasyk naszej ligi był dla niej naprawdę charakterystyczny. Ekstraklasa jest sklasyfikowana na bardzo wysokim, szóstym miejscu wśród lig europejskich pod względem walki fizycznej i zaangażowania. Ale jeśli chodzi o jakość piłkarską (kreowanie sytuacji) jest kilka pięter niżej. Podobnie było w meczu dwóch – w tej chwili – najlepszych zespołów w tabeli. Walki i zaangażowania nikt obu drużynom nie odmówi, ale czystej sztuki futbolu było stanowczo za mało.
Chyba, że mówimy o kunszcie bramkarskim – pod tym względem mecz miał jednego bohatera – Tomasza Loskę. Golkiper młodzieżowej reprezentacji Polski to wielka klasa. Bez niego Górnik straciłby gole już w pierwszej połowie meczu. Loska bronił jednak wszystko, a po przerwie dołożył chyba drugie tyle przy uderzeniach z bliska, z daleka, silnych albo technicznych. Udowodnił, że rośnie bramkarz na miarę pierwszej reprezentacji. Przy golu Hämäläinena niewiele mógł zrobić, bo Fin dobijał piłkę po własnym uderzeniu z bliskiej odległości.

Legioniści od początku meczu ruszyli na Górnika i widać było, że są skoncentrowani, zmotywowani i znają stawkę meczu. Czasem już po pierwszych kilku podaniach widać, że Legia będzie jechać na zaciągniętym hamulcu, ale to nie tym razem. Trener Romeo Jozak trochę martwił się przed meczem o dyspozycję swoich piłkarzy. – Poprzednia przerwa na mecze reprezentacji bardzo nam się przydała, ale akurat teraz te dwa tygodnie bez ligi były niepotrzebne, bo byliśmy w dobrej dyspozycji.
Chorwat martwił się niepotrzebnie. Legioniści dobrze wyglądali fizycznie, śmiało atakowali i mieli przewagę w polu. Z dobrej strony pokazywał się Kasper Hämäläinen, świetnie dogrywał piłki kolegom Guilherme. A na skrzydle szarpał jak zwykle Michał Kucharczyk. który w tygodniu został ojcem małego Oskara i bardzo chciał zrobić „kołyskę” na przywitanie na świecie potomka. A do tego potrzebował gola. „Kuchy” już w pierwszej połowie miał dwie dobre okazje, (raz strzelał z dystansu, a raz wyszedł sam na sam z bramkarzem Górnika), ale w obu sytuacjach wielkim kunsztem popisał się najzdolniejszy golkiper młodego pokolenia Tomasz Loska. Kucharczyk gdy został w 75. minucie zmieniony przez Cristiana Pasquato, był wyraźnie niepocieszony. Wyglądał jakby nie godził się z decyzją trenera Jozaka.

Legia próbowała gry w ataku pozycyjnym i piłek za plecy obrońców Górnika, z którymi ścigał się Jarosław Niezgoda. Natomiast gra Górnika jest – użyjmy takiego określenia – bezpośrednia. Żeby nie powiedzieć, że – bez obrażania kogokolwiek – prosta. Zabrzanie nie bawią się w koronkowe granie. Odbiór i od razu piła do przodu. A tam już jest albo Łukasz Wolsztyński albo ten niesamowity Igor Angulo.
Najskuteczniejszy obecnie piłkarz Ekstraklasy cały mecz gra na linii spalonego. I wie jak to robić. Bo co z tego, że rywale pięć razy go złapią w pułapkę ofsajdową, gdy za szóstym razem się pomylą i Hiszpan ma sytuacje sam na sam z bramkarzem przeciwnika.
Tak też było przy golu Wolsztyńskiego, którego ostatecznie odwołano dzięki decyzji sędziego VAR (brawo dla siedzącego w wozie zespołu Pawła Gila, bo arbiter główny Jarosław Przybył początkowo uznał gola). Tak właśnie VAR ma działać: to sędzia przed monitorem ma „zmusić” kolegę z boiska by zerknął na ekran. Szkoda, że – na razie przynajmniej – nie regulują tego przepisy. Trzeba je zatem mądrze omijać.

Łukasz Broź ostatnio zyskał nowe życie piłkarskie. Wrócił do składu korzystając z kontuzji palca Artura Jędrzejczyka, a w poprzedniej kolejce, w Szczecinie, strzelił gola z karego. Gdy okazało się, że w meczu reprezentacji Polski z Meksykiem „Jędza” doznał kontuzji kolana i wiadomo, że do przerwy zimowej już nie zagra, Broź zyskał jeszcze komfort psychiczny. Wie już, że za pierwszy lepszy błąd nie musi zapłacić utratą miejsca w składzie. I gra odważniej, ofensywniej z luzem niezbędnym do stworzenia zagrożenia w ofensywie. Dla Legii to dobrze, bo odzyskała zawodnika, który ma jakość piłkarską, ale ostatnimi czasy musiał rywalizować a to Jędrzejczykiem a to z Bartoszem Bereszyńskim. Wymagający to byli konkurenci.
Pod nieobecność Michała Pazdana (nie zdążył wyleczyć urazu stawu skokowego) kibice Legii mieli sporo obaw co do tego jak sobie poradzi para Inaki Astiz – Maciej Dąbrowski, ale nie można im nic zarzucić. Duży plus dla nich.
Natomiast za to spotkanie trudno chwalić Jarosława Niezgodę. Niewątpliwie ma chłopak gaz, ale brakuje mu obycia piłkarskiego i doświadczenia. Zbyt dużo gra na intuicji, zbyt mało na wyrachowaniu i mądrości jakiej się wymaga od napastnika w Legii. Trenerzy mają z nim jeszcze sporo pracy w zakresie taktyki gry ofensywnej. Ale warto w tego zawodnika inwestować.
Za Niezgodę na boisko wszedł Sadiku, który ostatnio pokazywał się z dobrej strony w reprezentacji Albanii. Czuć w tym napastniku potencjał, choć znów gola nie strzelił.
W jednej z akcji pokazał się też drugi stały zmiennik – Pasquato, o którym w Legii mówi się wprost, że nie sprostał fizyczności Ekstraklasy. Ale w drugiej połowie zrobił akcję, w której żonglował piłką w polu karnym jak nikt w tej lidze. Na takie zagrania przychodzi się na mecze. Choć z drugiej strony zrobił też poważnego klopsa – zagrał ręką przed własnym polem karnym i rzutu wolnego uderzał groźnie Rafał Kurzawa. Wygląda więc na to, że na następny mecz Włoch może sobie spokojnie zabrać kocyk. Przyda mu się na ławce rezerwowych.
Bohaterem meczu został Kasper Hämäläinen. Jozak stawia na Fina, a on znakomicie odwdzięcza się trenerowi za zaufanie, jakiego na Łazienkowskiej chyba jeszcze nigdy nie dostał.
Hämäläinen po meczu zabrał do domu piłkę na pamiątkę. Taki np. Lewandowski robi to po hat-tricku, ale Fin z Legii zna swoje możliwości. I ma świadomość, że to gol strzelony Górnikowi może być trafieniem na miarę mistrzostwa Polski. Wtedy piłka, którą zabrał do domu zyska walor muzealny.
Legia nie powinna się zakrztusić swoim zwycięstwem z Górnikiem, bo było ono naprawdę wyszarpane (inna sprawa, że zespól z Zabrza na Łazienkowskiej nie przypominał siebie).
Odrobić straty z początku sezonu było Legii bardzo ciężko. Ale teraz przed nią najtrudniejsze: utrzymać pozycję lidera do przerwy zimowej. Po meczu z Górnikiem zespół Jozaka zyskał trochę komfortu i odbudował wiarę, że naprawdę potrafi. A to już dla tej – rozbitej w tym sezonie tysiącem nieszczęść – Legii już bardzo dużo.
Jest fundament. Jest na czym budować.

Michał Pazdan w Studio Fortuna: „My jesteśmy Legia”!

Inne artykuły o: Ekstraklasa | Górnik Zabrze | Legia Warszawa

Wszystkie teksty, zdjęcia, grafiki i inne dane znajdujące się w serwisie Futbolfejs.pl chronione są prawami autorskimi.

Użycie skopiowanych lub pobranych materiałów bez pisemnej zgody Autora jest zabronione.

Serwis przeznaczony dla odbiorców posługujących się językiem polskim, ale mieszkających w krajach, gdzie zakłady bukmacherskie są legalne.

Projekt i realizacja Konrad Siuda & Stukot Pikseli