Odzyskanie Niezgody i trudne pozbywanie się zgniłego jabłka

Autor wpisu: 25 sierpnia 2019 20:22

Mecze wygrane w takich okolicznościach –  gdy zwycięstwo trzeba wyrwać rywalowi z gardła – budują wiarę zespołu we własną siłę i bardzo wzmacniają pozycję trenera. Aco Vuković podjął ryzyko, że wygra z ŁKS-em „rezerwami” i… wygrał.  Kluczowe były bardzo mądre zmiany, gdy Serb wpuścił na boisko najpierw Gwilię, a później Luquinhasa. Obaj pokazali jakość godną liderów, choć na sukces zapracowali Dominik Nagy i Jarosław Niezgoda. A najładniejszą akcją meczu wcale nie był żaden z goli, a niesamowite zagranie Domagoja Antolicia… plecami, w kluczowej akcji spotkania. Bez tej sztuczki nie byłoby gola na 3:2.

Pomysł Legii na mecz w Łodzi był taki, żeby bronić się trochę bliżej własnej bramki i jak się tylko nadarzy okazja, to szybkim atakiem rywala skontrować. Bo przecież Nagy, Praszelik, Agra i Niezgoda to zawodnicy bardzo szybcy. I to był być może dobry plan, ale do 4. minuty, gdy Legia straciła bramkę i musiała zamiast kontrataków, grać atak pozycyjny.
ŁKS rozpoczął mecz z werwą, fantazją, bardzo odważnie i za tę odwagę szybko dostał nagrodę w postaci gola Łukasza Sekulskiego, po ciekawym rozegraniu rzutu rożnego. W stratę gola paluszki miało umoczonych kilku legionistów. Po pierwsze Salvador Agra nie zablokował dośrodkowania, po drugie Paweł Stolarski nie wyskoczył do walki z rywalem, a z kolei Inaki Astiz wyskoczył, ale zaliczył klasyczny „niedolot” i nie sięgnął piłki.
Kibice Legii mogli mieć uzasadnione obawy, że wychodząc w Ekstraklasie w rezerwowym składzie można sobie co najwyżej nabić guza, a nie zdobywać punkty. Drużyna wyglądała w początkowej fazie na zagubioną, niepewną siebie.
Ale z upływem kolejnych minut z ŁKS odwaga jakoś uszła – niczym powietrze z przekłutego balonika. Zawodnicy z Łodzi wyglądali na kompletnie sparaliżowanych. Nie potrafili tego, z czego w tym sezonie w lidze słyną, czyli nie byli w stanie dłużej utrzymać się przy piłce. Bo w nią grała w najlepsze Legia. Dominik Nagy świetnymi dryblingami mijał rywali, ładnie do prostopadłych piłek wychodził Jarosław Niezgoda, nieźle szarpał Agra, na którego już chyba mało kto liczył. Komentatorzy Rafał Dębiński i Grzegorz Mielcarski zdążyli – słusznie zresztą – powiedzieć, że to jego najlepszy mecz w Legii, ale on sam to wrażenie popsuł spowodowaniem głupiego rzutu karnego.
Ale – bądźmy uczciwi – ciągnął ofensywną grę gości, dogrywał i strzelał. Nawet po jednej z akcji trafił w słupek bramki Łukasza Kołby, którego kapitalnej postawie ŁKS zawdzięcza, że nie stracił w pierwszej połowie gola. Golkiper gospodarzy m.in.  obronił intuicyjnie uderzenie głową Mateusza Wieteski.

Legia powoli – ale systematycznie – zyskiwała przewagę. Nie zdążyła zdobyć gola przed przerwą, ale wyrównała na początku drugiej połowy. Akcję lewą stroną kapitalnie domknął – jeden z najlepszych legionistów w niedzielnym meczu – Dominik Nagy. Węgier już pierwszej połowie uderzał swoją słabszą, prawą nogą. Ale wtedy bardzo niecelnie. Gol wyrównujący, też z prawej nogi, był efektem tyleż precyzyjnego uderzenia pomocnika Legii, co rykoszetu. Ale liczy się efekt.
I właśnie wtedy, gdy Legia miała już rywala na widelcu, pomroczność jasna dopadła Salvadora Agrę. Hiszpan wjechał w polu karnym w rywala z takim impetem, że nie było wątpliwości iż musi być rzut karny.
Coś jest z tym Agrą, że nawet jak gra niezły mecz, to na końcu okazuje się, że zawala wszystko. Jest przeambitny, ale ta ambicja zbyt często sprowadza go na manowce. Wślizg skończony karnym był tak niepotrzebny i tak głupi, że człowiek ma prawo pomyśleć, że jak pan Bóg dawał ludziom rozum, to Agra akurat stał w kolejce po szybkość…
Dobrze, że na koniec, gdy Vuković zdjął Portugalczyka z boiska, to przytulił go mocno do siebie, dając sygnał typu: „no widziałem stary, że się bardzo starasz. Dostaniesz jeszcze kolejne szanse”.

Bardzo dobrym sygnałem dla Legii były też dwa gole Jarosława Niezgody, który na trafienie w lidze czekał… prawie półtora roku! W Łodzi mocno podreperował sobie statystykę. A co ważniejsze znów wykazał się tym swoim instynktem „killera”.  Przy pierwszym golu niby tylko dołożył głowę, ale był właśnie tam, gdzie miał być. Za to przy drugim golu – mimo początkowego zawahania, gdy zamiast walić na bramkę, oddał piłkę do Gwilii – sieknął tak czysto, że nie było co zbierać.
Strasznie to ważne, żeby teraz, po całym zamieszaniu z Carlitosem, Aco Vuković miał jakiekolwiek pole manewru w linii ataku.
Carlitos, który miał w meczu z ŁKS zagrać (być może nawet od 1. minuty) w ogóle do Łodzi nie pojechał.
Jest końcówka okna transferowego i Hiszpan dopina swój transfer. Chce odejść z Legii. Pewnie, że mógłby zagrać przeciwko ŁKS, bo nie ma takich rozmów, których nie można o kilka godzin przełożyć (szczególnie, że kluczową robotę robi przecież jego agent, a nie zawodnik), ale Carlitos po meczu z Rangersami w Warszawie rozsierdził się jak stara baba i grać już u Vukovicia nie zamierza.
No cóż, krzyż na drogę. Dobry to grajek, ale jak mówi stara maksyma, żaden piłkarz nie może być większy niż klub.
Vuković wygraniem tego konfliktu bardzo wzmocnił swoją pozycję. Dostał wsparcie właściciela klubu i widać, że ma wolną rękę w pracy z drużyną. Przypomnę, że podobny ruch wykonał Piotr Stokowiec na początku swojej pracy w Lechii. Wtedy musiał wyrzucić z drużyny Marco Paixao, który miał w Gdańsku podobny status do Carlitosa w Legii. Usunięcie Portugalczyka wyszło Lechii na dobre, choć na początku wszyscy łapali się za głowy, mówiąc, że to głupia decyzja. Ale Paixao był jak zgniłe jabłko, od niego pogniły by inne jabłka w koszu. Trzeba było go wyrzucić, żeby drużyna mogła funkcjonować na zdrowych zasadach. I sięgać po sukcesy np. Puchar Polski.
Podobnie jest z Carlitosem. Jego złość na to, że nie gra, rozsadziłaby Legię od środka. Jeśli kiedyś można było zrobić ten ruch to teraz, kiedy drużyna wróciła do równowagi, kiedy nareszcie gra w piłkę i gdy pozycja Vukovicia jako trenera jest silna. Bo przecież z optymizmem jedzie do Glasgow, właśnie zdobył „rezerwami” trzy punkty w Ekstraklasie, odzyskał Niezgodę, zyskał Karbownika, młodego piłkarza, który w meczu ligowym pokazał, że nie pęka.
Rewolucja wymaga ofiar. Jeśli Legia ma mieć zdrowy fundament, nie może go budować na zgniłych jabłkach.

Inne artykuły o: Ekstraklasa | Legia Warszawa

  • smutas

    Kiedy zobaczyłem skład legii na ten mecz- pomyślałem,że Vukovic do reszty zwariował. Kiedy Legia dość szybko straciła gola – wysłałem sms do wnuka, z pytaniem co ten Vuko robi ? A ten 12 letni chłopak, wytłumaczył staremu zgredowi, że po meczu z Rangersami podstawowi gracze Legii muszą wypocząć przed rewanżem. Szczena mi opadła. Mnie szef nie dawał dodatkowego urlopu po wykonanej pracy(tu rozegranego meczu). Ale może to tak teraz powinno być. Ale mniejsza o to, rezerwy pokonały ŁKS i były o klasę lepsze od drużyny z Łodzi. Praszelik, Karbownik nie odbiegali poziomem od bardziej doświadczonych zawodników. Niezgoda pokazał,że jak dostanie szansę to ją wykorzystać potrafi.To gość do składu na rewanż ze Szkotami.Legia gra zupełnie inny futbol niż kilka tygodni temu.Ma rezerwy i może grać tak,że inne drużyny będą mogły ją tylko,,cmoknąć”.Ale nasza ligowa piłka jest nieprzewidywalna,tak samo jak nie wiadomo co tkwi w głowie Vukovica i jakie pomysły będzie miał w przyszłości. W dniu dzisiejszym, nawet ja ,urodzony pesymista, mam nadzieję,że będzie już tylko lepiej. A lepszego prezentu na przypadające 25.08 urodziny Aleksandara, jego podopieczni nie mogli mu sprawić. Carlitos czuje już nosem petrodolary, takie jego zbójeckie prawo.Jest takie przysłowie,,niezgoda rujnuje, a zgoda buduje”. Ktoś kto to wymyślił nie brał pod uwagę tego,że Niezgoda w Legii jest tego przeciwieństwem.

  • xymoxon

    Nie, panie Tuzimek. Nie ma żadnej analogii między sytuacją Carlitosa a Paixao w Lechii. Na tym polega rzetelne dziennikarstwo, żeby umieć odróżnić, że Stokowiec od początku zwalczał Paixao, a Vukovic zaczął swoje jazdy z Carlitosem w zeszłym miesiącu, a prowadzi Legię już 4 miesiące. Nagle przestał mu pasować Carlitos i to w sytuacji, w której Niezgoda absolutnie nie jest gotów, by być etatowym strzelcem Legii takim, jaki był Carlitos w zeszłym sezonie. Kulenovic też nie jest, żeby była jasność. A właściciel Legii może dziś zapewniać (przy okazji między wierszami mówiąc, że nie ma kasy na nowego bramkostrzelnego napastnika) a jutro może zwolnić Vukovica, choćby za brak punktów w lidze, bo Legia jak co sezon musi gonić czołówkę. Tak to zresztą jest u pana właściciela, że łaska pańska na pstrym koniu jeździ.

Wszystkie teksty, zdjęcia, grafiki i inne dane znajdujące się w serwisie Futbolfejs.pl chronione są prawami autorskimi.

Użycie skopiowanych lub pobranych materiałów bez pisemnej zgody Autora jest zabronione.

Serwis przeznaczony dla odbiorców posługujących się językiem polskim, ale mieszkających w krajach, gdzie zakłady bukmacherskie są legalne.

Projekt i realizacja Konrad Siuda & Stukot Pikseli