Legia, czyli jest życie na osiedlu

Autor wpisu: 27 września 2016 23:32

Czasy takie, że jak Legia gra w Lidze Mistrzów, to wynik 0:3 bierze się za normę, a od 0:1 to już zaczyna się sukces. W Lizbonie ze Sportingiem skończyło się 0:2. Czyli sukcesu nie ma, ale mega obciachu też nie. Jest taki zwykły oklep. I nawet kilka dobrych informacji dla kibiców mistrzów Polski.

Najlepsza jest taka, że Legia wróciła do żywych. Ten pacjent nadal jest chory, ale jednak – a wcale nie było to takie pewne – żyje. I warto go nadal leczyć. „Doktor” Jacek Magiera jest właściwą osobą na właściwym miejscu, ale ma przed sobą mnóstwo pracy. I potrzebne tu będą jego wysokie kwalifikacje zawodowe, bo przypadek jest ciężki. Tu sama lewatywa nie wystarczy.
Sporting to zespół z innej półki. Szczerze mówiąc, znów – tak jak w meczu z Borussią Dortmund – wszystkie atuty piłkarskie były po stronie rywali. Szybkość, umiejętności techniczne, siła strzałów, czytanie gry – wicemistrzowie Portugalii byli pod każdym względem lepsi. I trzeba się do tego przyzwyczaić. Tak w Lidze Mistrzów, w meczach Legii, już będzie.
Legia we wtorek pokazała odwagę i swoje stare choróbsko: katastrofę przy stałych fragmentach gry. Odpowiedzialność za pilnowanie rywala to nadal jest dla zespołu z Łazienkowskiej wyższa matematyka. Na razie nie do opanowania. Trzeba to kuć na blachę na treningach, a tępych uczniów walić po łbie dziennikiem. Tego się naprawdę można nauczyć.
Czy jest się z czego cieszyć po porażce 0:2? No tak, bo na bezrybiu i rak uchodzi za rybę. Warto pamiętać jaką na dziś drużyną jest Legia. Otóż jest drużyną, która rozpaczliwie potrzebuje potwierdzenia, że w ogóle potrafi dobrze grać w piłkę. I w Lizbonie takie momenty – odświeżające zawodnikom pamięć – były.
A przecież – po laniu spuszczonym przez Borussię – spodziewać się można było wszystkiego najgorszego. Bo każdemu kibicowi Legii na widok, że parę stoperów tworzą Czerwiński z Rzeźniczakiem robi się cieplej. Środek obrony znów nie ustrzegł się błędów (druga bramka), ale dramatu jednak nie było.
„Rzeźnik” starał się grać spokojnie, nie wybijał „na pałę”, próbował grać celnie, po murawie, do kolegów z przodu. Jedno z takich długich podań do Langila, już na początku meczu, mogło dać Legii gola. Widać, że praca nad głową Rzeźniczaka przynosi postępy. Że zbyt wolno? Że zbyt małe? W przypadku Legii musimy się nauczyć cieszyć z małych rzeczy.
W Lizbonie widać też było pomysł nowego trenera. I że Legia w ogóle ma trenera. Jacek Magiera miał – co najważniejsze – drużynę za sobą. Wszyscy ciągną wózek w jednym i tym samym kierunku. Po drugie miał plan. Po trzecie trafił do głów zawodników, przekonał ich, że ten plan można na stadionie Jose Alvalade wprowadzić w życie.
Legia miała być konsekwentna w obronie, twarda i agresywna. Nie udało się, ale kto widział w tym sezonie Legię – także w Ekstraklasie – zauważy, że w Lizbonie było lepiej. To już – szczególnie na początku – przypominało futbol. Jeszcze wielu rzeczy się poprawić nie udało, ale dajmy szansę trenerowi popracować. A jest co zmieniać…
Taki Langil ciągle jeszcze dostaje miejsce w składzie, jako premię za wrodzoną szybkość. Ale futbol to nie tylko bieganie. Nawet szybkie.
Na szczęście, wraz z Magierą, do Legii wróciła normalność i przewidywalność decyzji trenera. Langil nie broni i „drzemie” przy stałych fragmentach? To w przerwie do bazy. Dostał szansę Michaił Aleksandow, który nie pograł sobie u Czerczesowa, nie pograł u Hasiego, ale jeśli Bułgar chce pograć u Magiery, to musi dać ku temu jakieś argumenty. W Lizbonie ich zabrakło.
I jeszcze kilka personaliów.
Vadis Odjidja-Ofoe pokazywał chwilami, że może za ten transfer nie trzeba jeszcze wieszać dyrektora Żewłakowa na pierwszej napotkanej, suchej gałęzi. Oczywiście mówimy o grze Belga wyłącznie w akcjach ofensywnych, bo w defensywnych nadal nie istnieje.
Pozytywne było, że „Rado” raz czy drugi fajnie rozbujał defensywę rywali. Wracał na własną połowę do rozgrywania i tak właśnie ma grać. Ma brać odpowiedzialność na własne barki. Że schrzanił „setkę” na zdobycie gola? No schrzanił i spieprzył. Ale futbol to jest gra w której trzeba mieć pewność siebie. A to jest dziś największy deficyt w Legii. Bez tego nie da się wygrywać. A pewność siebie – i to jest zła informacja dla kibiców z Łazienkowskiej – nie wraca z dnia na dzień.
Jednak Legia potrzebowała sygnału, że w ogóle z jej grą może być lepiej. I ten sygnał – choć słabiutki – był.
Hlousek momentami już przypominał siebie z rundy wiosennej (dobre, śmiałe, ofensywne rajdy po lewym skrzydle), a „ożył” również Tomasz Jodłowiec. Ten piłkarz w dobrej dyspozycji jest dla Legii bezcenny.
I jeszcze to jest ważne, że Legia wytrzymała mecz w Lizbonie fizycznie. Czyli – jak mówi młodzież – jest życie na osiedlu.
Wszystkie dobre informacje dla Legii mogą mieć znaczenie tylko w wymierzę ligowym. Mogą dać „tlen” tej drużynie, ale wyłącznie w Ekstraklasie.
Liga Mistrzów – trzeba się z tym pogodzić – to jest coś co się ogląda, jak miłe obrazki w przedwojennym fotoplastykonie. Miłe to – ale tamten świat tak naprawdę nie istnieje.
Przynajmniej dla drużyny z Polski.

Inne artykuły o: Legia Warszawa | Liga Mistrzów

Wszystkie teksty, zdjęcia, grafiki i inne dane znajdujące się w serwisie Futbolfejs.pl chronione są prawami autorskimi.

Użycie skopiowanych lub pobranych materiałów bez pisemnej zgody Autora jest zabronione.

Serwis przeznaczony dla odbiorców posługujących się językiem polskim, ale mieszkających w krajach, gdzie zakłady bukmacherskie są legalne.

Projekt i realizacja Konrad Siuda & Stukot Pikseli