No to czeka nas mecz o mistrzostwo Polski. Na Legii prośbę…

Autor wpisu: 24 kwietnia 2019 23:37

Filip Marchwiński – 17-letni dzieciak, który strzelił gola dla Lecha w meczu z Legią – może być człowiekiem, który zdecyduje o losach tytułu mistrzowskiego w sezonie 2018/19. Chłopak nie uzbierał jeszcze nawet stu minut w Ekstraklasie, a strzelił już dwa gole. Pierwszy, przeciwko Zagłębiu Sosnowiec był bez znaczenia. Ten strzelony Legii może – jeśli zespół z Warszawy przegra mistrzostwo – być wielką trampoliną dla chłopaka. Już zauważyli go wszyscy, przede wszystkim w stolicy. Co ciekawe, do walki z dwoma liderami Ekstraklasy włączył się Piast Gliwice, który traci tylko cztery punkty do Lechii i do Legii!

Marchwiński jest bohaterem tej kolejki. Choć sposób, w jaki odebrał piłkę (wślizg dwoma wyprostowanymi nogami) Antoliciowi, był bardzo kontrowersyjny. Można powiedzieć, że Legia została skrzywdzona, choć sędzia Przybył pewnie się jakoś wybroni.
Sam Marchwiński przyznał w pomeczowej rozmowie, że zagrał bardzo ostro, ale rozbroił wszystkich w studio opowieścią o tym, że w to, iż to właśnie on w środę zagra pierwsze skrzypce przeciwko Legii,  mógł wierzyć tylko… on sam. I wierzył.
Jak powiedział, wizualizował sobie ten swój występ, przed.. obiadem i po obiedzie. Nie wiem co dają w Lechu na obiady, ale ktoś z Legii powinien tę kwestię wyszpiegować.Bo Legia chyba jadła coś wyjątkowo niestrawnego. Coś, co jej zaszkodziło. Co gorsza, najadła się przed spotkaniem w Pozaniu także strachu. A niepotrzebnie. Bo Lech nie miał nic szczególnego do zaoferowania i wie to cała piłkarska Polska.
To nie Lech w środę wygrał, to Legia przegrała. Zawiedli chyba wszyscy, ale najbardziej Cafu. W Poznaniu Portugalczyk był  beznadziejny, zagubiony, zdenerwowany. Zamiast prowadzić grę Legii wdał się w głupie zachowania, skończył mecz z żółtą kartką i nie zagra przeciwko Lechii w Gdańsku. Ale może to dla Legii nawet dobrze, bo facet się kompletnie pogubił. Co stało się z zawodnikiem, który potrafił dla Legii zdobyć trzy gole w jednym meczu?

Jeszcze niedawno mecze Lecha z Legią rozstrzygały o losach mistrzowskiego tytułu (w ostatnich latach kto wygrywał ten „klasyk” wygrywał ligę) i może za jakiś czas znowu będą. Ale na razie to brzmi jak bajka z odległej przeszłości. Lech się zagubił jako drużyna, a i cały klub przeżywa spore turbulencje.
Ale nawet jak „Kolejorz” jest rozbity i chory, to przyjazd na Bułgarską Legii, elektryzuje i mobilizuje wszystkich. Z kim jak z kim, ale meczu z ekipą z Warszawy nie można oddać bez walki, szczególnie, gdy w przypadku odebrania punktów można jej mocno zaszkodzić i namieszać w wyścigu o mistrzostwo.
Zresztą mecz z Legią wygląda na ostatni poważny akcent tego – nieudanego – sezonu w Poznaniu. Jak jest się na ósmej pozycji w tabeli, to o co można powalczyć poza dobrym samopoczuciem? Trzeba ten sezon po prostu dograć, o czym zresztą wprost mówił – fakt chluby to mu nie przynosi – tymczasowy trener Lecha – Dariusz Żuraw.
Ale jeszcze na Legię miała być stuprocentowa mobilizacja, forma przeprosin dla kibiców za nieudany sezon. I była. Choć fakt, że tylko 12 tysięcy widzów obejrzało to spotkanie w Poznaniu – co jest najgorszą frekwencją na trybunach Lecha w XXI wieku – ma swoją wymowę. A przecież zdarzało się, że ponad 40-tysięczny stadion przy Bułgarskiej bywał zbyt mały by pomieścić wszystkich, którzy chcieli obejrzeć „derby Polski”. No ale w tym sezonie Lech gra bryndzę, więc ludzie nie chodzą na jego mecze. Ci, którzy jednak w środę zostali w domach, mogą żałować. Lech wielkiej piłki nie zagrał, ale pokazał charakter.
Legia – od momentu objęcia drużyny przez Aleksandara Vukovicia – złapała już wiatr w żagle, objęła pozycję lidera i nie zamierzała wracać z Poznania bez trzech punktów. A jednak przegrała. Vuković ma o czym myśleć i jestem pewien, że dzięki tej wpadce będzie lepszym trenerem. Poprawi grę swojej drużyny.

Legia zaczęła w Poznaniu ostrożnie. Chyba zbyt ostrożnie, żeby nie powiedzieć bojaźliwie. Miała niby przewagę od początku meczu, więcej z gry w środku pola, ale nie finalizowała swoich akcji. Bliski gola był Dominik Nagy (świetne podanie od Kucharczyka), coś tam próbował Carlitos, ale ciepło kibicom Lecha nie zrobiło się ani razu aż do 45. minuty gry. Dopiero w doliczonym czasie do pierwszej połowy Legia postawiła mocniejszy akcent. W dwie minuty Jasmina Buricia postraszyli poważnie Carlitos, Kucharczyk i Cafu. To była dobra zapowiedź emocji, jakie mieliśmy w drugiej połowie. Bo pierwsza mocno rozczarowała. Także w wykonaniu Legii.
Być może wynikało to z faktu, że mistrzowie Polski wyszli na boisko w Poznaniu w składzie zmienionym o prawie połowę w stosunku do meczu z Cracovią. Ewidentnie miało to wpływ na złapanie rytmu,
W Legii wypadło ze składu trzech podstawowych zawodników. Za kartki w Poznaniu nie zagrali Andre Martins (zastąpił go Cafu), Artur Jędrzejczyk (w jego miejsce Inaki Astiz),  a Kasper Hämäläinen naciągnął jeden z mięśni i w sztabie postanowiono nie ryzykować niebezpieczeństwa poważniejszej kontuzji. Fina zastąpił na pozycji ofensywnego pomocnika – przesunięty ze skrzydła – Iuri Medeiros, a na bok ofensywy trafi Michał Kucharczyk, który wrócił do składu. Ale zmian było jeszcze więcej, bo w podstawowej „jedenastce” nie zmieścił się Sebastian Szymański i Luis Rocha. Za młodzieżowego reprezentanta Polski do składu wskoczył Dominik Nagy (dobrze wyglądał w ostatnich dniach na treningach, czego nie potwierdził w Poznaniu), a Portugalczyka na lewej obronie „wyleczył” z gry Adam Hlousek. Dla Czecha  był to jeden z ostatnich meczów w barwach Legii. Już podpisał umowę z Viktorią Pilzno, gdzie będzie grał od nowego sezonu.
Trochę to dziwne, że Legia nie walczyła o pozostanie Czecha w klubie. Hlousek – zawsze gdy był w formie – był silnym punktem drużyny. Najmłodszy nie jest, ale 30 lat, to też jeszcze nie emeryt. Widać rozbieżności finansowe między Czechem a Legią były zbyt duże, bo tylko kwestią kasy można wytłumaczyć bierność Legii. Niczym innym. Bo sportowo w ogóle to się „nie klei”, że klub z Łazienkowskiej odpuszcza Hlouska, bo ma.. Luisa Rochę. No ma… Ale co z tego? Toż to „rzemiecha”  futbolu i zawodnik co najwyżej przeciętny. Co prawda Hlousek artystą piłki nie jest, ale jednak jest zawodnikiem z innej półki. No cóż, chciałoby się wierzyć – w kontekście gry w europejskich pucharach – że skauting Legii szuka kogoś, kto będzie konkurencją dla Luisa Rochy.
Ale to temat na później. Wróćmy do meczu w Poznaniu.

Po przerwie Legia ruszyła na Lecha z dużo większym rozmachem niż w pierwszej połowie. Atakowała odważniej, większą liczbą zawodników, z widoczną determinacją. Legioniści znali już wynik Lechii, która w Szczecinie wygrała szalony mecz z Pogonią 4:3 i wiedzieli, że nie ma na co czekać. Żeby zdobyć przewagę psychologiczną nad Lechią, przed sobotnim wyjazdem do Gdańska, trzeba było utrzymać trzypunktową przewagę, czyli mecz w Poznaniu wygrać.
Na boisku od 46. minuty pojawił się Sebastian Szymański, który zastąpił kompletnie bezbarwnego tym razem Medeirosa, a w 66. na plac gry wszedł Sandro Kulenović. On z kolei zmienił Kucharczyka, który – jak zwykle w jego przypadku – bardzo się starał, był aktywny, sporo strzelał, ale boisko opuścił bez konkretów na koncie.
Druga połowa – żeby być uczciwym – była lepsza także dla Lecha, który wcześniej w tym meczu wyglądał często na zespół bezradny, któremu po prostu brakuje argumentów czysto piłkarskich. Brakuje potencjału. Ale miał Marchwińskiego, który zrobił jedną, ułańską szarżę.
Lech wygrał w środę, choć na pewno nie był lepszy. Właściwie to Legia to spotkanie przegrała. Gospodarze nie byli w stanie pokazać nic wyrafinowanego. Gol był efektem indywidualnego zrywu chłopaka, który tylko chciał coś z piłką zrobić. Zrobił bo pozwolili mu na to legioniści. W futbolu największą zbrodnią jest niewykorzystywanie sytuacji. Tę zbrodnie Legia właśnie popełniła.
Vuković przegrał swój pierwszy mecz i jeszcze został wyrzucony przez arbitra na trybuny. Pochopnie i niesprawiedliwie. Bo jak sam „Vuko” powiedział, arbiter techniczny źle zrozumiał wybuch gniewu trenera Legii. „Aco” miał pretensję do Cafu za to że dostał w głupi sposób żółtą kartkę, a sędziowie myśleli, że to krytyka decyzji Jarosława Przybyła. Być może Komisja Ligi przyjrzy się sprawie, bo największym osłabieniem Legii w Gdańsku nie będzie brak na boisku Cafu czy Vesovicia (zastąpi go pewnie Paweł Stolarski), ale brak przy linii Vukovicia, który – na teraz – musi mecz z Lechią oglądać z trybun. Mecz, który będzie spotkaniem o mistrzostwo Polski!
Na dziś w Ekstraklasie prowadzi Lechia, różnicą… dwóch bramek, co jest – na dystansie całego sezonu, różnicą milimetrów. Tej lidze wiele brakuje, ale ma jedno: emocje!
Najbliższa sobota przejdzie do historii tej ligi. To jedno jest pewne.

Inne artykuły o: Ekstraklasa | Legia Warszawa

  • smutas

    Zamiast 6 punktów przewagi( bo Lechia wygrała z Pogonią nie dlatego ,że była lepsza, ale sędzia wypaczył tam wynik meczu), Legia zrównała się z Lechią punktami. Ten słaby Lech zamiast być wciągnięty nosem , wygrał z bezradną , nieskuteczną Legią. Czy to chwilowa zadyszka, czy powrót do przeszłości.Jeszcze kilka dni i wszystko będzie jasne. Zobaczymy, czy sprawdzą się pana słowa,że ,, Z Legią nikt tej ligi nie wygra, o ile ona sama ze sobą jej nie przegra” . Co okaże się prawdą? Oby nie ta druga część pana wypowiedzi.

  • xymoxon

    Jaka bierność Legii??? Legia nie oferuje nowych kontraktów 30-latkom, bo odmładza zespół. Pismak pisze o Legii, a nie ma zielonego pojęcia o jej polityce.

    • smutas

      No to oświeć mądry człowieku tego pismaka i pokaż gdzie te odmładzanie drużyny. Przez parę miesięcy brakowało mi tych znakomitych uwag xymoxona, czy jak ci tam. Ja jako nieoświecony też chętnie coś ciekawego się dowiem o tej polityce.

Wszystkie teksty, zdjęcia, grafiki i inne dane znajdujące się w serwisie Futbolfejs.pl chronione są prawami autorskimi.

Użycie skopiowanych lub pobranych materiałów bez pisemnej zgody Autora jest zabronione.

Serwis przeznaczony dla odbiorców posługujących się językiem polskim, ale mieszkających w krajach, gdzie zakłady bukmacherskie są legalne.

Projekt i realizacja Konrad Siuda & Stukot Pikseli