Cena za przywracanie porządku w Legii jest wysoka, ale warto ją zapłacić

Autor wpisu: 31 sierpnia 2019 09:06

Dawno nic mnie tak nie dotknęło jak porażka Legii w Glasgow. Przykre to było jak uderzenie batem po plecach. Gol w 91. minucie sieknął jak brzytwa – uciął wszystko. Niestety, poza emocjami.

To było jak nieprzyjemne zdarzenie z tramwaju. Dojeżdżasz do przystanku, na którym masz wysiadać, przesuwasz się do wyjścia, pojazd zwalnia. Robi się nagle tłok, myślisz że dużo ludzi tu wysiada tak jak ty, ale po chwili łapie cię niepokój. Orientujesz się, że tłok był sztuczny i ktoś ci właśnie świsnął portfel. Czujesz się jak idiota – rozpacz miesza się ze wstydem.
Tak, to głupie, że się wstydzisz, ale nikt nie lubi wyjść na idiotę, który tak łatwo dał się wyrolować. Więc chciałbyś krzyczeć, ale gryziesz wargi i twój krzyk się robi niemy. Jak krzyk kibiców Legii w ich domach w czwartkowy wieczór.
Wiem co piszę, bo ze 30 lat temu jakiś cwaniak na Bazarze Różyckiego na Pradze sprowokował mnie do pokazania pieniędzy i sprytnie wciągnął  do „wygranej” rozgrywki w „trzy karty”.  Nie chciałem w ogóle grać, przechodziłem tylko. Na bazar pojechałem po buty. Przegrałem 5000 ówczesnych złotych, co było tak jak teraz pewnie z pięćset, może trochę mniej.
Przegrałem, choć grać w ogóle nie zamierzałem. Ktoś niby ze mną do spółki wygrał, a ja miałem tylko pokazać, że w ogóle mam te 5000 złotych. Pokazałem. Więcej tych pieniędzy już nie zobaczyłem. W swej głupocie byłem chociaż na tyle mądry, że nie próbowałem się odegrać (a miałem w kieszeni jeszcze 5000 złotych), choć dookoła wszyscy „przyjaciele” namawiali.
Zdruzgotany wyszedłem z bazaru, idąc Targową w kierunku wybiegu dla miśków z warszawskiego ZOO. We łbie kołatała się tylko jedna myśl o tym, jakim jestem idiotą i jak mogłem tak przegrać…
I wtedy dostałem jeszcze jedną lekcję. Jakiś Bóg albo nieBóg – dla niewierzących po prostu przypadek – zarządził tak, że już nigdy w życiu nie tknąłem na poważnie żadnego hazardu. Mroczne emocje z łatwym wygraniem kasy stały się dla mnie obce. Ruletki, karty, zakłady sportowe nie wywołały już nigdy żadnego dreszczyku, zero podniecenia.
Co się zatem stało tamtego dnia na warszawskiej Pradze? Kiedy katowałem się w myślach jak głupi i naiwny jestem, że straciłem tę forsę, szedłem przed siebie w kierunku Trasy W-Z, która nosiła wówczas zaszczytne imię generała Karola Świerczewskiego. Na skrzyżowaniu z Targową, było przejście dla pieszych z sygnalizacją świetlną. Było czerwone, więc czekałem. Z tłumem ludzi. Ale młody chłopak ruszył nagle na pasy, bo chciał zdążyć na odjeżdżający tramwaj. Nie zdążył. Na nic już nigdy nie zdążył. Na moich oczach uderzył go pędzący samochód. Centralnie. Ciało poszybowało kilka metrów (sic!) w górę i opadło z głuchym, nieprzyjemnym łoskotem. Taki odgłos nie pozostawiał wątpliwości. Odwróciłem się na pięcie o 180 stopni. Zacząłem iść w kierunku dworca Warszawa Stadion. Mijały mnie karetki pogotowia jadące na sygnale, ale ja już nie czekałem. Wiedziałem, że na darmo robią hałas. Że dla tamtego nie ma żadnej nadziei.
Jeszcze nie wróciłem do równowagi po jednych emocjach, a już dopadły mnie następne. Nie mogłem się uspokoić, ale od razu zmieniła mi się perspektywa. Zrozumiałem, że ta przegrana kasa to pryszcz, żadna tragedia, bo tę prawdziwą widziałem chwilę później. To była jakaś lekcja, bo los połączył w czasie te dwa zdarzenia. Może po to, żebym coś zrozumiał. Że w życiu robi się błędy, głupoty, doznaje porażek, upada na kolana, ale zawsze trzeba mieć właściwą perspektywę.
Proszę tego co napisałem powyżej nie odnosić jeden do jednego do samego meczu. Chciałem wam opowiedzieć te historię.

A porażka w Glasgow jest na pewno bolesna, ale jest – jak to powiedział po meczu Aco Vuković  – tym razem godna. Choć marna to pociecha.
Pociechą dla kibica Legii jest to, że udało się odbudować drużynę. Z popiołów i zgliszczy po przegranym mistrzostwie. Awans do LE był o włos, a przecież po meczu w Gibraltarze były wątpliwości, czy Legia w ogóle awansuje do drugiej rundy kwalifikacji…

Histerii w sprawie Kulenovicia nie rozumiem i nie kupuję jako wyjaśnienia przyczyny porażki. To nie młody Chorwat przegrał to spotkanie. Gdy schodził z boiska nadal było 0:0. Paradoksalnie przy bramkowej akcji Szkotów piłkę zbyt łatwo stracił błyskotliwy Jarosław Niezgoda. To co? Jego wina?
A może raczej chodziło o bierną postawę Vesovicia i Nagy’a przy dośrodkowaniu? Zresztą Węgier dał beznadziejną, bezbarwną zmianę.
Chyba nie o to chodzi, żeby znaleźć jednego winnego i go symbolicznie w necie powiesić.
Legia zagrała słabiej, bo zawiedli liderzy. Więcej musi dać w takim meczu Gwilia, więcej Luquinhas, Vesović i przede wszystkim Cafu. On zawiódł kompletnie. Był zagubiony, niedokładny, tracił piłki, źle podawał. Jak nie on. Być może nie dał rady fizycznie, bo niedawno wrócił po kontuzji.
Wydawało mi się, że dlatego w drugiej połowie Vuković powinien wpuścić za Cafu na boisko Domagoja Antolicia, ale dogrywka była tuż tuż i trener Legii musiał czekać. Już słyszę tę histerię, gdyby Vuko wpuścił defensywnego pomocnika, a Carlitos zostałby w „bazie” i trzeba by było grać dogrywkę…
W tym sensie cała „sprawa Carlitosa” zaszkodziła i Legii i Vukoviciowi. Serb był pod presją. Wytrzymał ją, nie ugiął się, choć awansu nie osiągnął. Osiągnął za to cel ważny w dłuższej perspektywie: zbudował w klubie pozycję trenera. Takiego, który ma władzę i szkoli piłkarzy, a nie piłkarze szkolą jego.
Cena za przywracanie porządku w Legii na końcu okazała się wysoka. Ale może, gdy popatrzy się na sprawę całościowo, to okaże się, że warto było tę cenę zapłacić.
Historia Legii nie kończy się na przegranych kwalifikacjach do Ligi Europy.

Inne artykuły o: Legia Warszawa

  • ursynów

    Czytając artykuł redaktora można dojść do wniosku,że stała się rzecz straszna,, Przykre to było jak uderzenie batem po plecach Gol w 91 minucie sieknął jak brzytwa”. Może i sieknął, ale Legia nie została skrzywdzona, przegrała na własne życzenie.Zresztą, gdyby nie Majecki, straciła by tego gola wcześniej. Zgoda, zawiodła drużyna, ci co powinni kreować grę, schowali się za podwójną gardą i przeszli obok tego meczu. Nie kupuję tego,że ktoś rozpętał histerię wokół Kulenovica. Żadna histeria, tylko twarde fakty. Gość jest słaby,jego nieskuteczność jako napastnika jest porażająca. W tym meczu nawet nie udawał,że chce mu się biegać za piłką, tak jak było w niektórych poprzednich meczach. Mając Carlitosa-Vukovic, jak pisze redaktor, mimo presji, nie ugina się i gra ,,Kuternovicem”.Po godzinie widząc jak bezproduktywny jest ten gość wpuszcza Niezgodę. Vuko wytrzymał, ale nie wiadomo czy ktoś inny nie popuści .Nie chcę się powtarzać, ale Vukovic nie zbawi tej Legii, mojej Legii i dziesiątków tysięcy jej kibiców.Chcąc tak jak redaktor Tuzimek popatrzyć na sprawę Legii całościowo- to widzę problem zupełnie z innej perspektywy.Legia jak na polskie kluby ma największy potencjał, oczekiwania w stosunku do niej też są olbrzymie. Tylko jest jedno ale. By ten potencjał wykorzystać, potrzeba wspólnej woli – trenerów i zawodników. A tego na boisku nie widać.Nie twierdzę,że zmiana trenera wniesie pozytywne zmiany. Ale zmiany są konieczne- bo ten sezon, może okazać się jeszcze większą porażką niż miniony.Historia Legii nie kończy się na przegranych kwalifikacjach do LE. ,,Porażka to tylko siniak, a nie tatuaż”.(J. Sinclar). I trudno się z tym nie zgodzić- mam nadzieję,że siniaki z Legii zejdą szybko. Tylko trzeba znaleźć na to dobre kompresy.

  • Wiesiek Kamiński

    a Sa Pinto gra dalej…

    • smutas

      Wielki trener z tego Sa Pinto. Drżyjcie narody!

Wszystkie teksty, zdjęcia, grafiki i inne dane znajdujące się w serwisie Futbolfejs.pl chronione są prawami autorskimi.

Użycie skopiowanych lub pobranych materiałów bez pisemnej zgody Autora jest zabronione.

Serwis przeznaczony dla odbiorców posługujących się językiem polskim, ale mieszkających w krajach, gdzie zakłady bukmacherskie są legalne.

Projekt i realizacja Konrad Siuda & Stukot Pikseli