18-letni bramkarz uratował Legię. Nadchodzi czas Majeckiego!

Autor wpisu: 31 października 2018 00:03

W meczu Piasta Gliwice z Legią – w 1/16 Pucharu Polski – najciekawsze były decyzje sędziów VAR w dogrywce, którzy trzy razy niekorzystnie rozstrzygali przeciw drużynie z Warszawy. Są tacy, którzy twierdzą, że to jawny skandal, bo prezenty mikołajkowe, to się daje dopiero w grudniu. Niezależnie od wyniku, rzutów karnych i decyzji VAR, można o Legii powiedzieć jedno. Nie jest już – niczym Polska w spotach reklamowych PiS-u – w ruinie, ale na pewno nadal jest w budowie. A na jakim etapie? Bliżej dachu czy jednak ciągle bliżej fundamentów? Obawiam się, ze tego nie wie nikt. Ani trener Sa Pinto, ani inżynier Karwowski z „Czterdziestolatka”, ani nawet pan Maliniak z tej samej budowy.

Legię uratował 18-letni bramkarz, Radosław Majecki, który pokazał, że jest gotowy zarówno sportowo, jak i mentalnie. Ale o nim za chwilę. Bo grę rozruszało wejście na boisko – w końcówce podstawowego czasu gry – Carlitosa. Dziś Legia to on, tak jak jeszcze niedawno o sile drużyny z Łazienkowskiej stanowił Vadis Odjidja Ofoe. Zanim się jednak Carlitos pojawił na boisku to Legia była gorzej niż średnia.
Ricardo Sa Pinto zrobił pięć zmian w wyjściowym składzie w stosunku do „jedenastki”, jaką wystawił w lidze w  Bialymstoku. Niby nie powinno to mieć żadnego znaczenia, nie powinno spowodować spadku jakości piłkarskiej – bo przecież mówi się, że Legia ma piłkarzy aż na dwa wyrównane składy – a jednak poziom meczu, w porównaniu do ostatniego spotkania ligowego, poszedł mocno w dół.
Legia niby dominowała, ale była to przewaga jedynie optyczna – bez konkretów pod bramką rywali. A gospodarze koncentrowali się jedynie na przeszkadzaniu legionistom, bo w ofensywie – szczególnie w pierwszej połowie nie mieli nic do zaoferowania. Ale czy można się temu dziwić, skoro w ataku Piasta grał (a w zasadzie jedynie był) Karsten Ayong. Jak ten facet jest ubogi technicznie, to się w głowie nie mieści! Dobrze, że zlitował się nad nim trener Waldemar Fornalik i zdjął go w przerwie z boiska, żeby cię chłop nie kompromitował. Wszedł za niego Michal Papadopulos i z nim w na szpicy już można było pograć. Ale to dopiero po przerwie.
Bo pierwsze pół godziny meczu – bądź co bądź – dwóch czołowych drużyn Ekstraklasy, było trudne do oglądania. Puste trybuny potęgowały wrażenie smutnego sparingu gdzieś z okolic okresu przygotowawczego. Gdy zespoły są zmęczone, gdy „ciężkie” nogi nie noszą, gdy nie ma czucia piłki, gdy napastnikom trudno się wstrzelić. A przecież koniec października to sezon w pełni. Powinny być techniczne fajerwerki, uderzenia, szybka akcje… A tu nic takiego. Nuda. Faceci – jak to w polskim futbolu klubowym – walczą, biegają, faulują, przepychają – jakby piłka nie była im potrzebna. Jakby futbol wymyślono nie jako rozrywkę, a jako wojnę. W Gliwicach wyglądało to tak, że gdyby gospodarz obiektu wymontował z boiska bramki, to nikt by się nie zorientował. Gra niemal bez przerwy toczyła się w środku pola.
Dopiero w 37. minucie meczu mieliśmy pierwszą sensowną akcję. Andre Martins zakończył uderzeniem z bliska szybką wymianę piłki z Dominikiem Nagy’em w polu karnym Piasta Gliwice.  Dobrze bronił w tej sytuacji bramkarz gospodarzy Frantisek Plach. Słowak popisał się także tuż przed przerwą, gdy po dokładnym podaniu od Martinsa, z bliska uderzał Kucharczyk. I w zasadzie to byłe dwie jedynie akcje w pierwszej połowie warte zapamiętania. Nic więcej. No chyba, że chcemy się pastwić nad wykonaniem rzutu wolnego sprzed linii pola karnego, jakie zaprezentował Sebastian Szymański. W doskonałej, bramkowej sytuacji, walnął nad poprzeczką w taki sposób, że od razu było widać, że sam nie wierzy w szansę powodzenia. To ewidentny brak koncentracji. Zawodnik o tak wielkich aspiracjach nie może sobie na takie słabości pozwolić. Zespół i trener na niego liczą, a on sobie strzela ot tak, żeby tylko strzelić.
Dobrze w Gliwicach grał Andre Martins, ale tylko 47 minut, bo opuścił boisko z niepokojącym urazem. Wtedy Legia mocno spuściła z tonu. Wszedł za Martinsa Cafu, ale potrzebował mnóstwo czasu zanim się dogrzał i zaczął normalnie grać w piłkę. Chyba był nieprzygotowany mentalnie na występ w Gliwicach, bo popełniał katastrofalne błędy. Gdyby w Piaście mieli jeszcze jednego takiego piłkarza jak Gerard Badia, to by Legię rozbili w puch. Szczególnie gdy juz na boisku pojawił się Joel Valencia, który też w piłkę grać potrafi.
Legia była długimi fragmentami gry kompletnie bezradna. Waldemar Prusik, który komentował ten mecz dla Polsatu, pytał na głos: – Jak to jest możliwe, żeby piłkarze sprowadzeni za tak ciężkie pieniądze prezentowali się aż tak słabo? Takich piłkarzy jak dziś Antolić, to można kilku znaleźć na boiskach nawet 1.ligi – narzekał komentator.
Chyba nie trzeba szukać aż w 1. lidze, bo po tym samym boisku w Gliwicach biegał lepszy od Chorwata Tomasz Jodłowiec. Z tym, że na koniec Antolić dał świetną asystę do Carlitosa w dogrywce i zamknął usta krytykom. Potem jeszcze pewnie wykorzystał karnego, więc chyba za mecz w Gliwicach jest rozgrzeszony. Może nawet u Waldemara Prusika.
W Gliwicach zawiodło wielu legionistów, niektórzy wyglądali jakby się przytruli czadem. Na przykład Jose Kante. Cały czas pozoruje, że jest równorzędnym rywalem dla Carlitosa, ale to jest próba nabrania starego misia na sztuczny miód. Jose Kante to walczak, ale w ataku jest potrzebny Legii napastnik, który nie jest lodołamaczem, a snajperem.
Nierówny Antolić, słaby Kante, słaby Cafu – a więc jasne, że Legia w Gliwicach miała duże problemy. Jeśli ktoś nie zawiódł, to debiutujący w Legii młody bramkarz – Radosław Majecki. W tym pucharowym meczu udowodnił to, co już wcześniej wiedzieliśmy: że trzymanie go w Legii na pozycji golkipera numer 3 w drużynie, a preferowanie rywalizacji dwóch bramkarskich „dziadków” jest zwykłym marnotrawstwem. Ale kto bogatemu zabroni..
W Gliwicach do drużyny wrócił Michał Pazdan. Stoper Legii wraca trochę tak, jak się wraca np. po ciężkiej kontuzji do treningu: ostrożnie, skoncentrowany, nic na siłę, starając się grać jak najprościej, bez brawury. I kiedy „Pazdek” trzymał się tych zasad, to się nawet sprawdzało. Odbiory czy przecinanie akcji było ok, gorzej gdy trzeba było piłkę od tyłu spokojnie i celnie rozegrać. Wtedy zdarzały się Michałowi błędy i niecelności. Zanim Pazdan wróci do formy reprezentacyjnej to chwilę to jednak potrwa.
Inny obrońca Legii – Paweł Stolarski to podobno przyszłość polskiej piłki. Jeśli tak, to nie jest ona różowa. Przynajmniej na razie. Chłopak potrafi grać bardzo nierówno nawet w tym samym meczu. Warto coś z tym zrobić.
Ten kiepski sportowo mecz uratowała bardzo emocjonująca dogrywka, z VAR-em rozstrzygającym trzy razy, z rzutami karnymi, z emocjonującymi paradami bramkarza Legii.
Na Majeckiego na pewno warto stawiać. Symboliczny był uścisk po meczu Ricardo Sa Pinto i trenera bramkarzy Krzysztofa Dowhania. Człowiek robi dobrą robotę, trzeba mu dać ją robić, trzeba go obdarzać szacunkiem i zaufaniem. Wychował kolejnego wielkiego bramkarza, choć to słowa nieco na wyrost, bo mowa o ciągle jeszcze 18-latku. Okazało się, że ten symboliczny gest podziękowania dla trenera golkiperów był spowodowany także czymś innym.
– Na koniec chciałbym zadedykować nasze zwycięstwo Krzysztofowi Dowhaniowi, który jutro przejdzie poważną operację i nie będzie mógł być z nami przez najbliższe sześć miesięcy. Wszyscy życzymy mu szybkiego powrotu do zdrowia – powiedział na pomeczowej konferencji Sa Pinto.
Mimo że nie był to dobry mecz mistrzów Polski, to paradoksalnie może być dla Legii bardzo ważny. Takie zwycięstwa, wyszarpane rywalom z gardła, potrafiły budować drużynę. Tak wykuwa się charakter, tak podnosi się morale. To jest ta trampolina, od której Legia, w końcu powinna się w tym sezonie odbić.

Inne artykuły o: Legia Warszawa | Piast Gliwice

  • zgubek

    Strasznie to był kiepski mecz.Obie drużyny z czołówki pokazały antyfutbol .Naszpikowana gwiazdami jak na nasze warunki Legia gra w dziwną grę , widać,że Sa Pinto coś kombinuje, coś chce ułożyć, ale ciągle puzzle w jego układance nie są dopasowane. Gwiazdeczki typu Szymański są dzisiaj meteorytami spadającymi tak jak forma wielu zawodników tej drużyny.To nie jest Legia, która może zdobyć mistrza. Są fragmenty niezłej gry, ale przeważa chaos,brak jakiejś myśli w jej grze. To się ciężko ogląda, a czasami nie da.A co do Majeckiego, zobaczymy, jeśli dadzą mu szanse pewnie będzie z niego kawał bramkarza, jeśli nie to zmarnują chłopaka.Czas Malarza już minął, Cierzniak to taki sobie golkiper.Czas Majeckiego? Czas to pieniądz, szkoda go zmarnować.Osobny rozdział tego meczu to sędzia – nijaki Musiał.Musiał nie musiał, a sędziował po krakowsku, jego ,,cijanie” widoczne było gołym okiem. Cijanie to czynność polegająca na uświadamianiu światu- za pomocą słów, gestów, zachowań i czynów, że jest się z Krakowa. I to był widać, słychać i czuć we wczorajszym sędziowaniu Musiała. Sędzia Musiał swojemu ojcu to może tylko buty wiązać, taka jest między nimi różnica w umiejętnościach.Jak słaba jest ekstraklasa pokazał drugi mecz,który się wczoraj obył w Częstochowie. Tam Raków nakrył czapką Kolejarza. Trafny jest tytuł wpisu redaktora Kality- I kto tu gra w ekstraklasie? No redaktorze niestety jeszcze Lech, ale może to się zmieni na wiosnę? Poraża frekwencja na stadionie 3508 osób, no szał.

Wszystkie teksty, zdjęcia, grafiki i inne dane znajdujące się w serwisie Futbolfejs.pl chronione są prawami autorskimi.

Użycie skopiowanych lub pobranych materiałów bez pisemnej zgody Autora jest zabronione.

Serwis przeznaczony dla odbiorców posługujących się językiem polskim, ale mieszkających w krajach, gdzie zakłady bukmacherskie są legalne.

Projekt i realizacja Konrad Siuda & Stukot Pikseli