Legia odżyła, a trener Lecha zauważył, że nie ma w drużynie liderów

Autor wpisu: 16 września 2018 20:54

Tak konsekwentnie grającej w defensywie Legii jeszcze w tym sezonie nie widzieliśmy. Zespół trenera Ricardo Sa Pinto pokazał w końcu trochę futbolu. Może jeszcze bez wielkich fajerwerków, ale drużyna utrzymywała się przy piłce, grała ofensywnie i wygląda teraz naprawdę stabilnie. A przecież tego ostatnio brakowało. A Lech? Nie był wymagającym rywalem. Dawno w Poznaniu nie mieli tak bezbarwnej drużyny. Na Łazienkowskiej Lech nawet nie zipnął. – Nie mamy w drużynie liderów, zabrakło nam odwagi – przyznał rozczarowany trener Lecha Ivan Djurdjević.

To był symboliczny obrazek: Dominik Nagy tonący w objęciach kibiców, którzy z całych sił przytulili do siebie Węgra, tuż po strzeleniu gola. Po chwili dołączyli do nich kolejni piłkarze Legii i wspólnie celebrowano gola. Trochę w myśl napisu, który widniał przed meczem na „Żylecie”, a głosił mniej więcej tyle, że podziały prowadzą do upadku, a jedność daje siłę. Ta zjednoczona w uścisku grupa to dobra wiadomość dla kibiców Legii. Bo przecież ostatnio między kibicami a zawodnikami różnie bywało.
Nagy jeszcze zanim strzelił gola pokazywał na boisku, że jest w dobrej dyspozycji. Odzyskał trochę wigoru, walczy twardo, a i szybkość ma na odpowiednim poziomie. Zaczyna przypominać siebie samego z okresu tuż po przyjściu do Legii. Gdy jeszcze mu nie zaszumiało w głowie, gdy grał obok Vadisa Odjidji Ofoe i pasował do ówczesnego lidera Legii. Nagy w niedzielę był też bliski wywalczenia karnego. Udało się nabrać sędziego Stefańskiego, ale VAR-u już na szczęście nie. Co nie zmienia oceny Węgra: dawno nie był w takiej formie.
Przy golu Nagy’a, kapitalną asystę zaliczył Sebastian Szymański. Były takie momenty, gdy obaj młodzi piłkarze Legii potrafili poklepać piłką zmieniając pozycje. Szymańskiemu ciągle się wypomina, że nie jest górą mięśni. Ale grając jako ofensywny pomocnik, na środku boiska, a nie przy linii, te jego braki fizyczne udaje się dobrze ukryć. To nie jest i nie będzie skrzydłowy, ale umie grać. A gra w piłkę zawsze się obroni.

Do tzw. derbów Polski tym razem podchodziliśmy z pewnym dystansem, bo już tyle razy mecze Legii z Lechem przynosiły rozczarowanie, że człowiek zwyczajnie nie chce się dać nabrać. Tym bardziej, że ostatnio obie drużyny nie dawały podstaw do optymistycznego myślenia, że tym razem to nie będzie sama walka, ale jeszcze trochę piłkarskiej jakości. I trzeba przyznać, że trochę jej było.
Legia ma takie momenty, że widać w drużynie potencjał. Jak choćby na początku drugiej połowy, gdy gospodarze zepchnęli Lecha do głębokiej defensywy. Mało tego: swobodnie rozgrywali piłkę, pokazując spokój, dojrzałość, pewność siebie. Tego Legia potrzebowała.
Na Łazienkowskiej powtarza się jak zaklęcia hasła: stabilizacja, odzyskanie zaufania, powrót do formy itd. Mecz z Lechem miał być pierwszym krokiem na drodze do odzyskania równowagi zarówno w drużynie, jak i w klubie. I to się udało. Głowy zawodników mogą się wreszcie odblokować.
Trener Sa Pinto zrobił eksperyment na żywym organizmie. Zarządził drugi okres przygotowawczy i ciężkie treningi. Ale sam przecież nie miał pojęcia jak to się odbije na wynikach Legii we wrześniu.
Portugalczyk zastrzegał: – Nie wiem czy już teraz zobaczymy moją Legię, raczej nie zmieniliśmy się jako drużyna przez te dwa tygodnie przerwy na kadrę – starał się asekurować portugalski trener Legii, wyraźnie bojąc się jakiejś fizycznej wtopy. Ale nic takiego się nie stało.
W Legii kawał dobrej roboty zrobili środkowi pomocnika Cafu i Domagoj Antolić. Drugą linię Lecha zdmuchnęli z boiska. Lech przegrał osiem z dziewięciu ostatnich meczów z Legią! Zespół z Poznania przyjechał do Warszawy bez swoich dwóch najlepszych piłkarzy w tym sezonie: Rafała Gumnego i Macieja Makuszewskiego, których wyeliminowały kontuzje.
Różnicę w jakości mieli z drużynie z Poznania robić Portugalczycy Tiba i Amaral, ale – jak to określił Kazek Węgrzyn: „szału to ja tutaj nie widzę”. Amaral miał najlepszą okazję do strzelenia gola dla gości. Tuż przed przerwą wyszedł sam na sam z Cierzniakiem, ale naciskany przez Wieteskę spudłował. Na Amarala i Tibę Lech wydał aż 2,5 miliona euro. Kosmicznie dużo jak na zawodników, którzy na Łazienkowskiej nic nie pokazali.
Mniej niż się spodziewano dawał w ofensywie Lecha także Darko Jevtić, który wystąpił od początku meczu, ale nie wygląda jeszcze na gotowego do gry na sto procent. Chyba Djurdjević chciał postraszyć samym nazwiskiem Jevticia, ale Szwajcar nie miał w Warszawie innych atutów niż nazwisko. Zmarnował Lechowi godzinę gry. To błąd młodego trenera Lecha. Bardzo późno zobaczył, że jego zespół gra praktycznie w „dziesiątkę”. Jeśli ktokolwiek w poznańskiej drużynie próbował coś zrobić w ofensywie to był to Kamil Jóźwiak. Mało jak na zespół, który marzy o odzyskaniu mistrzostwa.

Legia musiała grać bez Michała Pazdana, który dostał w meczu z Cracovią czerwoną kartkę. Trener Sa Pinto miał do wyboru Inakiego Astiza lub Mateusza Wieteskę. Postawił na tego drugiego, ale chłopak nadal gra nie równo. Brakuje mu dynamiki, no i stoper nie może tak przegrywać pojedynków.
Jak wypadł debiut Pawła Stolarskiego na Łazienkowskiej? Pierwsze zagranie od razu niecelne. A przecież dla każdego piłkarza ważne jest jak wchodzi w mecz. Czasem warto na początek zagrać bezpiecznie, ale celnie. Później prawy obrońca grał lepiej, choć nierówno. Potrafił wygrać pojedynek z Jóźwiakiem, ale też kompletnie schrzanić wrzutkę z prawej strony – kopiąc za bramkę – a to przecież dla niego podstawowa robota. Widać jednak, że Stolarski ma trochę szybkości i dzięki temu gra odważnie wyżej od swojej bramki. Wygląda na to, że będzie się rozkręcał z każdym meczem.
A co było w Legii złego?
No Legia ma takie momenty, że wygląda na zdekoncentrowaną. Jak choćby w akcji na początku meczu, gdy po zwykłym wyrzucie z autu, przysnęli Kucharczyk ze Stolarskim, zapomnieli o Kamilu Jóźwiaku, a ten popędził pod linię i dał świetną piłkę Gytkjaerowi, ale napastnik Lecha fatalnie spudłował z kilku metrów. To powinien być gol dla Lecha.
Słaby mecz zagrał Carlitos. W zasadzie nie dał się zapamiętać z niczego innego, niż wywołania awantury na początku spotkania, za co dostał żółtą kartkę. Sa Pinto powinien wcześniej dać szansę Jose Kante. Przynajmniej o kwadrans wcześniej. Bo to jest facet, który zawsze powalczy, a im dłużej obaj napastnicy Legii będą postawieni w stan konkurencji tym dla drużyny lepiej. Carlitos miał problemy nawet z dochodzeniem do sytuacji bramkowych. Wygląda na sfrustrowanego, choć trzeba mu przyznać, że walczy.
W końcówce wszedł na plac także Miro Radović, zmieniając Szymańskiego. Po raz pierwszy u portugalskiego trenera. Widać było po nim, że czuje się jakby kolejny raz w Legii debiutował. Zbyt dużo Legii nie dał. Czeka go dalsza praca nad formą, a on jest na pewno jednym z tych, którzy ciężkie treningi znoszą najgorzej. Sam jednak przyznał, że wrócił… odchudzony. Czyli będzie lepiej.

Inne artykuły o: Ekstraklasa | Lech Poznań | Legia Warszawa

  • ursynów

    Komentarz Węgrzyna,,szału to ja tutaj nie widzę” oddawał, poziom tego meczu i był też jednym z nielicznych trafnych w wykonaniu tego”eksperta,komentatora”.Szału nie było, tragedii też nie.Być może Legia powoli powstaje z kolan, ale do pełnego wyprostu,brakuje jeszcze minimum 60%.Widać,że poruszają się żwawiej niż kilkanaście dni temu.Jest też jakiś pomysł na grę, która staje się agresywniejsza. Duet Cafu, Nagy może niedługo grać jak niedawno Ofoe-Nagy.Błysnął Szymański,oby to nie był jednorazowy wyskok i ta „gwiazdeczka”Legii może rozbłyśnie w najbliższych meczach.To tyle pozytywów. Szwankuje gra w obronie, a zwłaszcza brak należytej koncentracji, nonszalancja .Może jak wróci Pazdan,to dojdzie to do normy.Osobny rozdział to Carlitos, widać,że w Legii nie może się odnaleźć.Ale należy przypomnieć sobie Nikolica, też trochę się docierał na Łazienkowskiej. Są 3 punkty, jest przełamanie, myślę,że chłopaków bardzo to zwycięstwo podbudowało.Mądrala Twarowski w Canal +piał z zachwytu po wczorajszym meczu Wisły z Lechią.Fakt był jak na nasze warunki dobry mecz, ale żeby mu ,,Oscara” przyznawać to lekka przesada.Myślę,że pan redaktor powinien trochę lodu na głowę sobie przyłożyć.Tu na Łazienkowskiej szału nie było, tam na Reymonta do szału daleko.Jeśli ktoś chce zobaczyć szał, niech z Reymonta uda się w Krakowie do Muzeum Narodowego w Aleję 3 Maja i zobaczy Szał uniesień Podkowińskiego. Jest na co popatrzeć. A Lech? Lech zdechł i nie wiadomo,czy się podniesie. Djurdjević jest równie mocny w gębie jak mój faworyt Probierz. Obaj są jak przysłowiowe krowy, dużo ryczą , a mało punktów doją.

  • zgubek

    Cieszy powolny powrót Legii do normalności. Pewnie jak wróci Pazdan, a po kontuzjach Niezgoda,Vesovic i Remy- to Legii będzie mogła pokazać na co ją stać. Martwi Carlitos, ale pewnie się dotrze. A co się dzieje z Mączyńskim, Philipsem i Hamalainenem Kasperem. Czyżby na tego ostatniego będziemy musieli czekać do Trzech Króli.

Wszystkie teksty, zdjęcia, grafiki i inne dane znajdujące się w serwisie Futbolfejs.pl chronione są prawami autorskimi.

Użycie skopiowanych lub pobranych materiałów bez pisemnej zgody Autora jest zabronione.

Serwis przeznaczony dla odbiorców posługujących się językiem polskim, ale mieszkających w krajach, gdzie zakłady bukmacherskie są legalne.

Projekt i realizacja Konrad Siuda & Stukot Pikseli