Legia Ajaksu nie przestraszyła. Ale Jodłowiec wraca do świata żywych

Autor wpisu: 11 lutego 2017 23:11

Po meczu Legii z Arką (1:0) o ekipie mistrza Polski wiemy to, co widać było w zimowych sparingach – siła ofensywna jest mniejsza niż była jesienią. Cieszy za to powrót Tomasza Jodłowca, który jest chyba na dobrej drodze, by znów pokazać swoje prawdziwe boiskowe oblicze.

Od początku spotkania gospodarze rzucili się na Legię jak horda wygłodniałych wilków. Gdy piłkarz Legii przyjmował piłkę, miał na plecach dwóch albo trzech rywali. Dotyczyło to zwłaszcza zawodników środka pola – Vadisa Odjidji-Ofoe, Miroslava Radovicia, Walerego Kazaiszwiliego. Dodatkową przeszkodą dla ekipy mistrzów Polski była kiepska murawa. Biorąc pod uwagę warunki i zaangażowanie zawodników Grzegorza Nicińskiego, można było przewidzieć, że goście na wygraną będą musieli mocno zapracować.

Dlaczego akurat murawa przeszkadzała Legii, a nie Arce? Bo Jacek Magiera uczy swój zespół gry, w której piłkarze nie przetrzymują piłki, wymieniają wiele podań. Wiadomo też było, że to legioniści będą prowadzić grę.  I prowadzili, ale okazje do strzelenia gola stwarzali rzadko. Gol padł trochę przypadkowo. Zaryzykujemy tezę, że Tomaš Necid podawał na czuja, licząc że być może ktoś zamknie akcję. Zamknął Tomasz Jodłowiec, który pobiegł w pole karne i strzelił z metra do pustej bramki.
„Jodła”, o którym głośno było pod koniec roku, gdy wyszły na jaw jego problemy z hazardem, już podczas obu obozów w Hiszpanii pokazywał, że wziął się za siebie. Przede wszystkim odzyskał radość z gry, odzyskał świeżość. Przestał poruszać się po boisku monotonnie. I w bieganiu przestała przeszkadzać mu piłka.
Nie był to przyjemny dla oka mecz, nie warto wiele rozpisywać się na jego temat. Legia na pewno dłużej trzymała piłkę, ale kilka razy Arkadiuszowi Malarzowi po strzałach gospodarzy kamień spadał z serca. Bo były niecelne. W końcu bramkę „wyczuł” Adam Marciniak, ale wtedy Malarz kapitalną interwencją wyrzucił piłkę nad poprzeczkę. Gospodarze od czasu do czasu groźnie atakowali, w końcówce nawet mocniej. Groźnie, ale chaotycznie.

W Gdyni na pewno byli wysłannicy Ajaksu i na pewno mocno zmarzli. Raczej nie struchleli ze strachu przed czwartkowym rywalem w 1/16 finału Ligi Europy.
Na ile była to Legia, którą zobaczymy w rywalizacji z Holendrami? Być może był to najsilniejszy skład, jakim Jacek Magiera dysponował w sobotę, ale nie najsilniejszy jaki mógłby być. W kadrze zabrakło kontuzjowanych Thibault Moulina i Jakuba Rzeźniczaka, na ławce usiadł Guilherme, który podczas okresu przygotowawczego leczył kontuzję. Brazylijczyk wszedł kwadrans przed końcem za Kazaiszwilego. Gruzin wypadł nieźle – walczył, starał się, ale też niczym nie zachwycił. Bo w tym spotkaniu trudno o kimkolwiek napisać, że zachwycił.
Z zainteresowaniem czekaliśmy na to, jak Magier ustawi linię obrony. Pod nieobecność Rzeźniczaka obok Pazdana zagrał Maciej Dąbrowski. Zagrał poprawnie, raz nawet groźnie strzelał głową. Wiadomo, że w czwartek obrona będzie wyglądała inaczej, bo z Ajaksem nie może zagrać Artur Jędrzejczyk (grał w LE w tym sezonie z Krasnodarem). Prawdopodobnie zastąpi go Łukasz Broź.
W Legii w porównaniu z jesienią nie zmieniło się to, że rytm gry nadają Vadis z Radoviciem, przy czym to ten pierwszy częściej szuka luk w obronie rywali i tam posyła piłki. Najczęściej szukał Necida. Po Czechu widać, że ma potencjał, ale jeszcze wygląda trochę niezdarnie – z racji tego, ze słabo rozumie się z kolegami, a tym razem także z powodu warunków, w jakich przyszło grać. W czwartek w Warszawie murawa powinna być lepsza. Miejmy nadzieję, że Legia zagra też znacznie lepiej niż grała w tegorocznych spotkaniach.

Inne artykuły o: Arka Gdynia | Ekstraklasa | Legia Warszawa

Wszystkie teksty, zdjęcia, grafiki i inne dane znajdujące się w serwisie Futbolfejs.pl chronione są prawami autorskimi.

Użycie skopiowanych lub pobranych materiałów bez pisemnej zgody Autora jest zabronione.

Serwis przeznaczony dla odbiorców posługujących się językiem polskim, ale mieszkających w krajach, gdzie zakłady bukmacherskie są legalne.

Projekt i realizacja Konrad Siuda & Stukot Pikseli