Lech jest dziś bez trenera, a mógł mieć Piotra Stokowca

Autor wpisu: 5 listopada 2018 11:29

Zwolnienie Ivana Djurdjevicia to większa porażka Lecha Poznań niż samego trenera. Zarząd klubu i jego właściciele roku 2018 nie będą mogli uznać za udany. Przegranie ligi po raz kolejny, świętująca mistrzostwo na stadionie przy Bułgarskiej Legia, wyrzucenie Nenada Bjelicy, gdy już nie miało to żadnego sensu i można było poczekać do końca rozgrywek. Na dodatek kibolstwo rozpieprzające stadion, przerywające mecz z Legią i… bezkarne. A wcześniej stracona jeszcze jedna szansa – na zatrudnienie Piotra Stokowca, który mógł odbudować drużynę z Poznania, tak jak to zrobił ostatnio w Lechii Gdańsk czy wcześniej w Zagłębiu Lubin. W Lechu zabrakło wówczas determinacji, nie podjęto śmiałej decyzji, a efekty tego zaniechania ciągną się do dzisiaj.

Znany ze swojego przywiązania do Lecha i sumiennie monitorujący sytuację w klubie, poznański dziennikarz Radosław Nawrot pisze na Twitterze:
„Człowiek sercem oddany Lechowi Poznań został zwolniony po niespełna pół roku pracy. Gdy – jak sam mówił – nawet nie zaczął wprowadzać zmian.
Zwolnienie Ivana Djurdjevicia to największa klęska w nowożytnej historii Lecha, nie mam co do tego wątpliwości.”.
Mocno i trafnie, choć ja sam za największą klęskę Lecha uznałbym kompletną kapitulację przed kibolami, którzy najpierw zniszczyli stadion, nie pozwolili dokończyć meczu z Legią i dostali od klubu kary, a potem sam klub zrobił wszystko by te kary kiboli nie dotknęły. Brakowało chyba tylko kwiatów i przeprosin, choć przecież niemal tym samym były słowa z oświadczenia kibiców po spotkaniu z właścicielem, z których się można było dowiedzieć, że wiosną zostanie on zaproszony „na dywanik”, by się wytłumaczyć kibicom z działań prowadzonych w klubie. Dramat kompletny, z cyklu ogon kręci psem. Jeśli się na tamtą kompromitację kierownictwa nałoży inne nietrafne decyzje w klubie w ostatnim czasie, to wolałbym, by dziennikarze wskazywali nazwiska osób, które je podejmują. To byłoby uczciwie postawienie sprawy.
Wyrzucenie Djurdjevicia jest wielką przegraną ludzi związanych z Lechem.  Na pewno prezesa Karola Klimczaka, ale także  właściciela Jacka Rutkowskiego i jego syna Piotra Rutkowskiego, wiceprezesa klubu. Źle ocenili sytuację, gdy Ivana przenieśli z rezerw do pierwszej drużyny, bez dania mu szansy na zdobycie większego doświadczenia u boku innego trenera. Djurdjević powinien się przyglądać pracy szkoleniowca z doświadczeniem i wyciągać wnioski nie tylko w kwestii taktyki – choć i takie by się Ivanowi przydały – ale przede wszystkim – jak to się mówi w korporacjach – w obszarze zarządzania zasobami ludzkimi. Czyli jak sobie radzić z grupą ludzi z rozbudowanym ego, w której zawsze musi ktoś być odsunięty od składu, więc niezadowolony. Jak wydobywać z piłkarzy więcej, jak się z nimi komunikować, jak trzymać w ryzach szatnię i co mówić publicznie do mediów, a czego się wystrzegać. Bo tego Ivan nie umiał. Na konferencjach i w wywiadach wypadał źle. Mówił rzeczy jakich się nie mówi publicznie o ludziach, z którymi się na co dzień współpracuje, szczególnie jeśli się zamierza nadal z nimi współpracować np. że wstydzi się za grę zespołu, że nie ma liderów albo, że jego piłkarzom brakuje  odwagi.
Dziwne, że w Lechu potrafiono wydać ciężkie – jak na Lecha to nawet bardzo ciężkie – pieniądze na Portugalczyków Tibę i Amarala, a nie potrafiono zadbać najpierw o to, by Djurdjević zyskał doświadczenie, a później – gdy już został trenerem Lecha – by dostał odpowiednio dużo czasu na wprowadzenie swoich zmian w zespole. Przecież te pierwsze pół sezonu, do zimowej przerwy, to był minimalny czas na to, by przyjrzeć się drużynie, by jej dotknąć. By zobaczyć na kogo można liczyć, a z kogo należy zrezygnować. I w tym czasie nie ruszać trenera niezależnie od wyników, bo kiedyś tę rewolucję w drużynie trzeba było zrobić. I trzeba było być gotowym na poniesienie jej kosztów. Konsekwencji ze strony działaczy klubu w tym za grosz. Zapłacił za to sam Djurdjević – lechita z krwi i kości. Szkoda chłopa. Utonął, ale nie miał prawa się utrzymać na powierzchni. Nikt mu też – gdy znalazł się w potrzebie – nie rzucił koła ratunkowego. Gdy się topił, wszyscy byli odwróceni. Naturalną koleją rzeczy było, żeby Lech – jeśli planował, że Djurdjević ma być trenerem na lata – przesunął go na stałe do sztabu pierwszej drużyny. Mógłby się wiele nauczyć zarówno od Jana Urbana jak i Nenada Bjelicy. Szkoda, że tak się nie stało.
Ale bardziej prawdopodobne wydaje się to, że Ivan dostał pracę pierwszego trenera Lecha dużo wcześniej, niż to planowano.
Już zimą działacze w Poznaniu zastanawiali się nad opcją ewentualnego następcy dla Bjelicy i jeszcze wówczas Djurdjević wcale nie był opcją numer jeden. Skontaktowano się wtedy z Piotrem Stokowcem, który był od końca listopada wolny, bo rozwiązał swoją umowę z Zagłębiem Lubin.
Ale Bjelica, któremu kończył się kontrakt z Lechem w czerwcu 2018, miał wpisaną opcję w umowie, że przedłuży się ona automatycznie o kolejny rok, jeśli Chorwat zdobędzie mistrzostwo Polski. W Poznaniu chciano, żeby Stokowiec, który był zainteresowany pracą w Lechu, poczekał do końca sezonu na rozwój wypadków w kwestii Bjelicy. Tymczasem po Stokowca zgłosiła się Lechia Gdańsk i była bardzo zdeterminowana. Na początku marca, gdy Stokowiec podejmował pracę na wybrzeżu, to w Poznaniu byli jeszcze przekonani, że dojadą do końca sezonu z Bjelicą. Nie dojechali. Zwolnili go 10 maja, po czym od razu podali, że Lecha poprowadzi Djurdjević, człowiek oddany klubowi jak mało kto. Sprytny ruch PR-owy zamknął usta rozwścieczonych kibiców, ale w gruncie rzeczy trudno nie odnieść wrażenia, że Djurdjević został rzucony na pożarcie, na uspokojenie nastrojów. Liczono, że może sobie poradzi na stanowisku trenera pierwszego zespołu, ale były to jedynie pobożne życzenia.
Pikanterii całej sprawie dodaje fakt, że Nenad Bjelica – raptem 5 dni po zwolnieniu z Lecha – podpisał kontrakt z Dinamem Zagrzeb i jeszcze w maju świętował wygranie dubletu: mistrzostwa i Pucharu Chorwacji.
W tej sytuacji najbardziej przegrany został Lech. Bez Bjelicy, bez tytułu, bez Pucharu Polski i… bez Stokowca. Za to z Djurdjeviciem wsadzonym na zbyt wysokiego konia. A dziś już nawet bez tegoż Djurdjevicia. Za to z kolejnym ciężkim kryzysem sportowym i – co tu kryć – także wizerunkowym. Bo nerwowe ruchy z ostatnich miesięcy do Lecha nie pasują. Jakby od maja zaczęły w klubie rządzić emocje. A to nie jest dobry doradca biznesowy.

Inne artykuły o: Ekstraklasa | Lech Poznań

  • ursynów

    Czytam teksty Pana Redaktora od początku i wiem, że trener Stokowiec to pana ulubiony trener(chyba drugi to Urban).Zgadzam się,że mając takiego trenera można coś zbudować, odbudować, no można z nim coś osiągnąć. Mój sąsiad śp. Rudolf Kapera, trener, nauczyciel akademicki, mówił mi, zresztą to potwierdzał w wywiadach,że spośród setek trenerów, których wychował na Warszawskiej AWF,Piotra Stokowca uważał za najlepszego swojego ucznia. A Kapera na szkoleniu znał się jak mało kto w Polsce.Ale wracają do Lecha, to pomijając to ,że nigdy nie byłem zwolennikiem tej drużyny, to ostatnie miesiące, ba nawet lata pokazują,że KOLEJORZ się wykoleił. Tu nie pomógłby nie tylko Stokowiec,ale nawet Guardiola. To jest klub , który może skończyć jak przed laty Widzew. Nie życzę mu tego, ale nie będę też płakać.Tak to jest kiedy chce się osiągnąć kiedy się mierzy siły na zamiary, a nie zamiary podług sił.Wyrzucanie trenerów, nie pozwalanie im na pracę w dłuższym okresie, to takie typowe dla polskiego podwórka piłkarskiego. W jakim klubie w ekstraklasie trenerem się jest co najmniej przez 2 lata. Może tylko w Górniku Zabrze, ale tam też długo nie wróżę Broszowi zachowania posady.Bez tytułu, bez Pucharu,bez trenera- to taki Bezlech, taki nowy poznański klub, taka nowa w piłce tradycja.

  • Piotr Borkiewicz

    Ja mam wrażenie że Lech miota się między oczekiwaniem wyników i gospodarskim zarządzaniem. W Lechu chcą stworzyć pewien standard zarządzania, przy którym bez wielkich nakładów można osiągać dobre wyniki. Idea bardzo słuszna, tylko że jak zaczynają kupować zawodników „rozwojowych” za stosunkowo nieduże pieniądze, to nie mają wyników. A wtedy kibice dostają szału, bo oczekują wygranych co rok. Osławiony skauting Lecha, który ma tak dokładnie monitorować zawodników, żeby wypatrzeć nieodkryte „diamenciki” jakoś się nie sprawdza. Zawodnicy którzy mieli się w Lechu rozwinąć jakoś się nie rozwijają a nawet zwijają. Mam wrażenie że każdy z trenerów Lecha otrzymuje komunikat że ma wyselekcjonowanych dobrych zawodników a on tylko musi zbudować z nich zespół. Ale to się nie sprawdza już z kilkoma trenerami z rzędu.
    Chyba jednak jakość tego skautingu jest przeszacowana i trzeba zmienić sposób budowania zespołu.
    Do tego dochodzi niezwykle płytki rynek trenerski w Polsce. Plytki nie dlatego że nasi trenerzy nie mają wiedzy merytorycznej ale są zahukani przez media i kibiców. Polscy trenerzy boją się odważnej gry, boją się wywrzeć presję na piłkarzy, bo oni lecą pierwsi jak coś nie pójdzie. A piłkarze mogą spowodować żeby „coś nie poszło”. Jest to wynikiem pewnej wynikomanii w polskiej piłce. Prawie zupełnie nie ocenia się jakości gry zespołów, rozwoju zawodników. Jedynym kryterium oceny są wyniki tu i teraz.
    W zeszłym sezonie media „zwalniały” Fornalika z Piasta który walczył o utrzymanie. A w tym sezonie znowu jest „dobrym trenerem”. Praktycznie nie bierze się pod uwagę że trenerzy co rok muszą budować nowe zespoły po odejściu czołowych zawodników. Jest tylko jeden wyjątek, jeśli zawodnicy sa na tyle słabi że nikt ich nie chce kupować.
    W klubach brakuje dyr. sportowych którzy potrafią merytorycznie ocenić pracę trenera i zawodników. Nie ma w Polsce rynku zweryfikowanych dyr. sportowych ani prezesów klubów. Przecież nie każdy były piłkarz nadaje się na dyr. sportowego i nie każdy dobry menadżer z biznesu nadaje się na prezesa. W biznesie ludzie mają CV i wiadomo co zrobił i w jakiej dziedzinie, łatwiej jest ocenić czy spelnia wymogi. W piłce wyciąga się co chwile króliki z cylindra, czyli ludzi którzy wcześniej się nigdzie nie zweryfikowali w tej roli i oni mają uzdrawiać kluby. Według mnie to działanie po omacku ze skutkiem wiadomym.
    Zastanawiam się na czym polega fenomen futbolu czeskiego. Liga biedniejsza od naszej, bez stadionów i z niewielkim zainteresowaniem publiczności. Do tego bez wielkich gwiazd na boisku i grająca prawie wyłącznie swoimi zawodnikami. A jednak ich kluby wywalczyły wysoką pozycję w rankingu i grają bez eliminacji w LM i LE. Doszedłem do wniosku że to efekt cierpliwości, rzetelności i racjonalnego myślenia. Ich zespoły składają się z zawodników przeciętnych (bo lepsi zawsze wyjeżdżają) ale mających solidne wyszkolenie a więc nie są wielką pokusą dla bogatszych klubów. Można powiedzieć że są „silni zespołem” a nie indywidualnościami. Mogą sie tacy stać bo trenerzy pracują dłużej i mają czas poukładać sobie te zespoły tak, żeby „palce zacisnęły się w pięść”. Podobnie buduje Bate.
    I co się stało kiedy Slavia i Sparta „zaryzykowały” i sprowadziły „kocurów” zamorskich? Dostały w lidze w palnik od Viktorii Pilzno i w pucharach też im nie idzie. Czyli jak w Polsce.
    Wkurza mnie kiedy w dyskusjach porównuje się polską piłkę do zachodniej, czemu zawsze towarzyszy konkluzja, „no ale my nie mamy tyle pieniędzy”, co jest końcowym usprawiedliwieniem wszystkiego. A tymczasem za „progiem” mamy przykład że bez pieniędzy też można zbudować coś dobrego.
    Ale może dla nas jest to nie osiągalne, bo żeby działać jak Czesi musimy być Czechami. Tak samo jak żeby mieć demokrację Angielską i BBC trzeba być Anglikami.
    Ja największej szansy upatruję w klubach mniejszych, które są w prywatnych rękach, na których nie ogniskuje się uwaga mediów i kibolstwa i mogą spokojnie budować swoje podstawy. Jak one zaczną udowadniać że mając budżet na poziomie średniej ligowej można dobrze grać w piłkę, to może wreszcie dotrze do głów innych, że nie tylko kasa jest potrzebna ale przede wszystkim myślenie, profesjonalizm i konsekwentne realizowanie planu.
    Kibicuję takim klubom jak Korona czy Miedź Legnica, bo dostrzegam w nich szansę na taki rozwój wypadków. Jagiellonia już dzisiaj udziela srogiej lekcji Lechowi i Lechii a być może i Legii, jak z umiarkowanym budżetem budować stabilny klub.
    Ale przede wszystkim musi się poprawić poziom zarządzania i autorytet trenerów. Jeśli trener jest regularnie poniżany i się nim pomiata, to nigdy nie wyegzekwuje wiele od zawodników.

Wszystkie teksty, zdjęcia, grafiki i inne dane znajdujące się w serwisie Futbolfejs.pl chronione są prawami autorskimi.

Użycie skopiowanych lub pobranych materiałów bez pisemnej zgody Autora jest zabronione.

Serwis przeznaczony dla odbiorców posługujących się językiem polskim, ale mieszkających w krajach, gdzie zakłady bukmacherskie są legalne.

Projekt i realizacja Konrad Siuda & Stukot Pikseli