Kamil Biliński: Wiśle Płock potrzeba człowieka, który będzie naszym wodzem!

Autor wpisu: 9 lipca 2017 23:35

Kamil Biliński ma za sobą dwa sezony w Śląsku Wrocław, którego jest wychowankiem i do którego wracał po kilkuletniej tułaczce. Teraz zaczyna tułaczki nowy etap – w Wiśle Płock, gdzie ni z tego, ni z owego będzie pracował nie z tym trenerem, za którego do drużyny przyszedł. Choć minęło raptem jakieś dwa tygodnie. – To paradoks, że odchodziłem z Wisły Płock, gdy przychodził do niej trener Kaczmarek. A teraz ja przychodzę, a trener Kaczmarek odchodzi – mówi.

FUTBOLFEJS.PL: Jest pan już w stanie powiedzieć, czy przenosiny z Wrocławia do Płocka to dobry ruch?
KAMIL BILIŃSKI: Uważam, że podjąłem dobrą decyzję i wierzę, że to będzie krok, który pozwoli mi się rozwinąć i pokazać swoją wartość. Przychodzę do miejsca, które znam, które nie jest mi obce. Można powiedzieć, że w Polsce to taki mój drugi dom. Bardzo mocno więc wierzę w to, że to czas i miejsce, gdzie mogę jeszcze pójść do góry.

Ale też przychodził pan do Wisły Płock w trochę innej rzeczywistości. Rzeczywistości trenera Marcina Kaczmarka.
Są rzeczy ważne i ważniejsze. Są rzeczy, na które nie mamy wpływu. I zmiana trenera, czy odejście trenera to była właśnie taka rzecz, na którą nie miałem wpływu. Jestem od trenowania, od pracy, od grania w piłkę, od strzelania goli. I to właśnie dla mnie są te ważniejsze aspekty – dla nich przyszedłem do Płocka. Oczywiście, to jest pewien paradoks, że odchodziłem z Wisły Płock (w 2012 roku – red.), gdy przychodził do niej trener Kaczmarek. A teraz ja przychodzę, a trener Kaczmarek odchodzi. Życie jak widać jest mocno zawiłe, nigdy nie wiemy, jakie napisze scenariusze. Dziś mogę tylko starać się być w najlepszej dyspozycji i czekać na trenera, który natchnie nas nową energią i pomoże zrealizować w najbliższym sezonie to, co sobie założymy.

W żadnej pracy nie jest tak, by nie miało znaczenia, kto jest szefem, czyli umownym „trenerem”.
Ależ oczywiście. Wybrałem Wisłę Płock, podpisałem akurat z tym klubem kontrakt, bo wiedziałem, w jakie miejsce przychodzę, w jakie otoczenie, w jaką grupę – także jeśli chodzi o sztab trenerski. Czyli nie wybierałem sobie obcego miejsca.

Ale ono takim się stanie.
W jakimś stopniu na pewno. Bo przyjdzie ktoś inny, kto wprowadzi swoje zasady, kto będzie chciał budować swoją historię w tym klubie. Ale co mam z tym zrobić? Nie jestem człowiekiem od trzymania trenerów, ich odsuwania czy doboru pracowników sztabu szkoleniowego. Moją rolą jest to, by wyglądać jak najlepiej na boisku. Przy takim czy przy innym trenerze.

Armagedon w Wiśle Płock? Nie przesadzajmy… TUTAJ

Piłkarze często powtarzają, że nie są od „zwalniania trenerów”, a potem różnie wychodzi. W przypadku Wisły opinię publiczną rozgrzała pogłoska, że to właśnie piłkarze, czy też piłkarz, miał znaczący udział w decyzji trenera Kaczmarka o odejściu.
Za krótko jestem w tym zespole i w tej szatni, bym miał mieć wpływ na takie rzeczy, czy się o nich wypowiadać. Dlatego nie chcę tego komentować – moja pozycja nie jest na tyle mocna, bym mógł sobie na to pozwolić. Zderzyłem się z taką historią pierwszy raz, ale nie mogę nic powiedzieć o okolicznościach. Media sobie dopowiadają pewne historie i rysują swoje scenariusze…

… może dlatego, że za mało je wyjaśniacie?
Co jest w szatni, zostaje w szatni. Przecież to znana zasada. Nie tylko u nas. I na marginesie – nie dotyczy to tylko piłki. W każdej specyficznej grupie ludzi są kwestie, które w tej grupie zostają i poza nią nie wychodzą. Stało się, jak się stało. Nie ma już z nami trenera i liczymy, że przyjdzie ktoś, kto nam pomoże.

To teraz zapytam o szatnię, którą pan bardzo dobrze zna albo raczej znał. Za pana czasów w Śląsku przewinęło się mnóstwo piłkarzy. Ta zmienność pewnie drużynie nie pomagała?
Zawsze zmiany powodują, że tworzy się coś innego, nowego. By to zaczęło się zazębiać, potrzebny jest czas. My tego czasu zawsze mieliśmy za mało. Przychodziła cała grupa, wręcz tabun graczy i kiedy to miało „odpalić”? To dopiero końcówka ostatniego sezonu pokazała, że stworzyła się fajna, naprawdę fajna grupa, która zaczęła ze sobą dobrze funkcjonować. Taka grupa, za którą można dać sobie rękę uciąć, bo każdy za każdego poszedłby w ogień. Naprawdę! Tylko co z tego? Sporo czasu kosztowało wytworzenie takiej ekipy, ale dziś… jej już w Śląsku nie ma. To jest chore. Wiemy, w jakich realiach żyjemy, nie jesteśmy klubową potęgą w Europie – i w takich warunkach, jeśli już w jakimś klubie uda się stworzyć fajną drużynę, powinno to być pielęgnowane. A tutaj się to znów zepsuło i na dziś Śląsk jest kompletnie innym zespołem niż był w poprzednim sezonie. Tak czy owak będę za Śląsk trzymał kciuki, bo to jest moje miasto, mój klub, tam się wychowywałem. Trudno, bym im nie kibicował, ale naprawdę przykro mi jest, że rozsypała się grupa ludzi, która się ze sobą wreszcie zżyła, złapała wspólny język – mimo tylu narodowości, jakie mieliśmy – i potrafiła zafunkcjonować jako jeden organizm.

A był jakiś język dominujący w tej szatni?
Język piłki, to oczywiste. A poza tym jednak angielski. Nie mogliśmy od Japończyka czy Hiszpanów wymagać, by od razu mówili po polsku. Sam przecież byłem w różnych krajach i wiem, ze potrzeba czasu, by nauczyć się obcych języków. Niektórzy przejdą przez to szybciej, inni wolniej. W Śląsku mieliśmy kiedyś takie spotkanie, na którym mimo tej międzynarodowej szatni potrafiliśmy wyjaśnić sobie, co nam leży na sercu. Od tego momentu zaczęliśmy iść do góry.

Różnie się układały pańskie losy w Śląsku. Zwłaszcza za trenera Mariusza Rumaka, gdy ewidentnie postawił na Bence Mervo, pana odesłał do drugiej drużyny. A jednak potem… musiał do koncepcji gry z panem wrócić.
Powiem szczerze – nie było mnie w planach Mariusza Rumaka. Nie byłem jego ulubieńcem. Natomiast dzięki swojemu charakterowi i pracy udowodniłem, że jestem kimś ważnym dla tego zespołu. Zostałem, potrafiłem udowodnić przydatność dla grupy, mogę śmiało powiedzieć, że się obroniłem swoimi umiejętnościami.

Te dwa minione sezony w Śląsku – więcej w nich było dobrego niż złego?
Często powtarzałem, że jeśli zespół będzie funkcjonował w taki sposób, jaki jest dla mnie dobry, czyli kreował dużo sytuacji, będę do tych sytuacji dochodził i będę strzelał bramki. To podkreślałem od momentu powrotu do Śląska. Bo wiedziałem, jak wyglądałem w poprzednich zespołach – że byłem ustawiany jako człowiek od strzelania bramek i z tego byłem rozliczany. Oczywiście nie wyklucza to zadań w samym kreowaniu tych sytuacji. W tym ostatnim sezonie zaczęło to dobrze nam wychodzić, zwłaszcza w decydującej części (w ostatnich 10 meczach sezonu Biliński strzelił 8 goli – red.). Zespół stwarzał mi sytuacje, ja się odwdzięczałem wykorzystując, ale i samemu kreowałem – mam 6 asyst, jak na napastnika uważam, że to dobry rezultat. Cieszę się, że w taki sposób przyczyniłem się do utrzymania Śląska w ekstraklasie.

Indywidualnie te dwa sezony pana „poprawiły”?
Widzę po sobie, że rok po roku idę w górę i się rozwijam, na co wpływa wiele czynników. Nie każdy to śledzi, nie każdy ma możliwość porównywania mnie z różnych klubów, ale ja akurat to czuję na co dzień – że z każdym sezonem, z każdą też zmianą klubu staję się piłkarzem coraz bardziej wszechstronnym, co mnie bardzo cieszy. Doszedłem do momentu, gdy potrafię i wykończyć sytuację, strzelić i ją stworzyć, dograć, jak trzeba przytrzymać piłkę, wygrać pojedynek w powietrzu. Także z tych dwóch lat w Śląsku wyciągnąłem wiele nauki – i z lepszych, i z gorszych momentów. Bardzo mnie cieszy, że cały czas widzę u siebie ten postęp.

Powiedział pan, że przyjście do Wisły Płock to dobry krok, bo znane panu miejsce. Ale rozumiem, że kryje się jednak za tym niemożność dogadania ze Śląskiem.
Zgadza się. Nie dogadaliśmy się w kwestii dalszej umowy i nasze drogi się rozeszły. Ale to nie jest tak, że wprosiłem się do Wisły. Miałem oferty z zagranicy i trzy konkretne z ekstraklasy. Mało tego, muszę powiedzieć, że już w zasadzie byłem w drodze do… Izraela. Kontrakt z Beitarem Jerozolima miałem na stole, do podpisu. Sportowo, finansowo – nie muszę chyba mówić, że to było bardzo korzystne.

Tylko brać!
Powiedziałem: są rzeczy ważne i ważniejsze w życiu. Na końcu stwierdziłem, że na dziś nie jest to dla mnie – z różnych powodów – najlepsza opcja. Wybrałem ofertę klubu, który się także mocno mną zainteresował, wyciągnął do mnie rękę i nalegał, czyli Wisły. I cieszę się z tego.

Z tego, co pan wspomniał o niedogadaniu się ze Śląskiem, wynika, że tam pana nie zatrzymywali. Trener Urban też nie?
Nie wiem, nie znam takich szczegółów. Wiem, że na trenera Urbana nie mogę powiedzieć złego słowa. To trener, którego bardzo szanuję i uważam za świetnego fachowca. Może w mojej sprawie mógł zdziałać coś więcej, ale po prostu tego nie wiem i nie mam zamiaru na niego tego zrzucać. Wydaje mi się, że to była sprawa innych osób. I mówić szczerze – żałuję tego. Jestem wrocławianinem, wychowankiem Śląska i dałbym się za ten klub pokroić. A zostałem potraktowany, jak zostałem, czyli mnie w tym klubie już nie ma. Przykre.

Jest już pan z Wisłą chwilę, przeszedł pan przygotowania. Jaka jest ta Wisła?
Jest trochę innym zespołem niż Śląsk – ten, który znałem. Ale widzę w niej ogromny potencjał. Personalnie to bardzo ciekawa drużyna, która naprawdę może powalczyć o fajny wynik w tej naszej specyficznej ekstraklasie. Jak mówiłem o tym przy wątku Śląska – bardzo w tej lidze liczy się kolektyw. Wisła ma wszelkie dane po temu, by – gdy ten kolektyw zbuduje – liczyć się w stawce. Siły indywidualnej tej naszej kadrze nie brakuje, a jeszcze słyszę, że mogą być dwa, trzy wzmocnienia. Możemy bardzo namieszać w lidze. Potrzebujemy teraz tylko człowieka, który będzie naszym… wodzem!

Rozmawiał w Kępie Marcin Kalita

Wszystkie teksty, zdjęcia, grafiki i inne dane znajdujące się w serwisie Futbolfejs.pl chronione są prawami autorskimi.

Użycie skopiowanych lub pobranych materiałów bez pisemnej zgody Autora jest zabronione.

Serwis przeznaczony dla odbiorców posługujących się językiem polskim, ale mieszkających w krajach, gdzie zakłady bukmacherskie są legalne.

Projekt i realizacja Konrad Siuda & Stukot Pikseli