Haniebne szczucie na Mączyńskiego nie przyniosło rezultatu

Autor wpisu: 22 października 2017 20:35

Legia wygrała pod Wawelem 1:0 i ma już tylko punkt straty do liderujących rywali. Nieźle jak na ciągle skromne możliwości drużyny z Łazienkowskiej. Powszechna „napinka” na Krzysztofa Mączyńskiego chyba nie posłużyła piłkarzom Wisły. Czasem lepiej jest, gdy zamiast toczyć wojnę, po prostu gra się w piłkę. Tego jednak krakowianie pokazali mało. Na Legię zbyt mało.

Są takie momenty w życiu, które oddzielają chłopców od mężczyzn. „Wycieczka” do Krakowa na Reymonta była dla Krzysztofa Mączyńskiego taką chwilą próby. I trzeba powiedzieć, że przeszedł ją pozytywnie.
– Powiedziałem mu tylko żeby grał swój mecz i jestem pewien, że będzie walczył, będzie agresywny i pewny siebie – mówił przed trener meczem Romeo Jozak. I Chorwat miał rację. „Mąka” nie pękał. Grał dobrze, rozprowadzał akcje, strzelał, utrzymywał się przy piłce.
Mimo że przy każdym dotknięciu piłki trybuny wyły i gwizdały na pomocnika Legii, ten nic sobie nie robił z tej „kociej muzyki”. Puls mu wcale nie podskoczył, a piłka wcale go nie parzyła. Ba! To Mączyński miał kluczowe podanie przy do Kucharczyka, w akcji, którą golem dla Legii skończył niezawodny Jarosław Niezgoda.
Dobry mecz „Mąki” w takich warunkach tylko wzmocnił pomocnika Legii. Jeśli nie pękł w takiej sytuacji, to nie pęknie w żadnej. Bardzo pozytywny sygnał dla selekcjonera Adama Nawałki.
I w sumie dobrze się stało, że zastraszanie piłkarza znów – podobnie jak w przypadku Hämäläinena w Poznaniu – okazało się nieskuteczne. Mecz piłkarski – nawet najważniejszy – jest tylko meczem, niczym więcej. Budzenie w tej sytuacji demonów nienawiści – mimo że ostatnio w Polsce modne – jest działaniem zarówno haniebnym, jak i niebezpiecznym. To się zawsze może źle skończyć, gdy ktoś – niesiony złymi emocjami, a żywiony wrogością i pogardą – posunie się o krok za daleko. Czy wtedy wezmą na siebie odpowiedzialność ci, którzy straszą, podgrzewają, przylepiają etykietki „Judasza” innym? Pewnie nie. Wtedy ich nie będzie.
Budowanie emocji to jedno, sianie nienawiści to drugie. I nic tego nie usprawiedliwia. Mecze Wisły z Legią mają swoją historię, swoją zaciętość i rangę od wielu lat. Mają swój prestiż także bez jakiegoś gównianego szczucia ludzi na siebie.
Nowa Wisła walczy o swoją tożsamość i nawiązanie do pięknej historii. Triumf nad Legią miał być dobitnym dowodem na to, że tę nową Wisłę stać już na nawiązanie do czasów, gdy zespół z Reymonta zdominował polską Ekstraklasę. A na tle kogo lepiej potwierdzić swoje aspiracje, jak nie na tle znienawidzonych pod Wawelem mistrzów Polski.

Po meczu z Legią można tyle powiedzieć o dzisiejszej Wiśle, że na pewno jest zespołem dużo ciekawszym niż w ostatnich dwóch sezonach, ale ekipą która porządzi ligą, to na pewno nie jest. A do tej legendarnej „paki” z epoki Henryka Kasperczaka, z Żurawskim, Frankowskim, Szymkowiakiem czy Kosowskim to w ogóle ma tak daleko, jak obecna Legia do Legii sprzed roku, która remisowała z Realem Madryt w Lidze Mistrzów. To są pocztówki z przeszłości i nie ma co robić krzywdy dzisiejszej Legii i Wiśle przez takie porównania. Dziś kibic Legii musi się cieszyć, że zespół powoli wychodzi z kryzysu, a kibic Wisły, że jego drużyna nie musi walczyć o utrzymanie.
Wisła straszy Carlitosem i trzeba przyznać, że – jak na Ekstraklasę – jest to piłkarz naprawdę dobry. Nie tylko skuteczny egzekutor, ale także rozgrywający i asystent. Dużo widzi, szybko podejmuje decyzje i gdy tylko dochodził do piłki pod bramką Legii coś się działo. To Carlitos w pierwszej połowie wyraźnie wyeksponował najsłabszą stronę Inakiego Astiza, który im dalej jest wyciągnięty od własnej bramki, tym wygląda gorzej.
Carlitos – mimo pochwał – w konfrontacji z Legią jednak rozczarował. Od piłkarza, o którego ma się już zimą zabijać cały polski rynek transferowy w Polsce trzeba wymagać, by dał swojej drużynie więcej. By właśnie robił różnicę. Wisła bardzo chciała, ale jednak zespołowi z Krakowa brakuje jakości. Na samej ambicji i solidności takich piłkarzy jak Głowacki i Sadlok wiele zbudować się nie da. Tak samo jak na np. Pawle Brożku, który z etykietą „obiecujący talent” zdążył się zestarzeć.
W Legii było tej jakości więcej. Najlepszy w drużynie Jozaka był Guilherme, gracz dziś dla tego zespołu niezbędny. Warto mu płacić więcej, a żegnać przepłacane niedojdy. Brazylijczyk jest kreatywny, potrafi utrzymać się przy piłce w trudnym momencie, a przy nim inni grają lepiej.
Dobry mecz w Krakowie zagrał Hämäläinen. Był jakiś pewniejszy niż zwykle. Brał na siebie grę, zakładał siatki, jakby trochę odżył. Czy na dłużej?
Pochwalić trzeba też Michała Pazdana, który miał jeden poważny błąd, ale bez niego Legii wygrać w Krakowie by się nie udało. Brawa także dla Jodłowca, która wraca do dawnej, reprezentacyjnej formy.

Sędzia Frankowski i jego koledzy trochę się zdrzemnęli, gdy w 20. minucie meczu w polu karnym był ciągnięty za koszulkę Niezgoda. Gwizdek milczał, VAR nie warczał, karnego nie przyznano. Niesłusznie. Słusznie za to, że Frankowski odwołał karnego dla Wisły, bo byłoby to wypaczenie wyniku. Że długo to trwało? No długo. Ale lepiej żeby trwało długo, ale decyzja była sprawiedliwa. Tym razem tak było.
Legia pokazała do przerwy, że grać potrafi – szczególnie z kontry. Ciekawszym pytaniem było, czy w Krakowie, tak jak w meczu z Lechią przy Łazienkowskiej, zespół Jozaka w drugiej połowie totalnie spuści z tonu i będzie się modlił o koniec meczu już od 46. minuty gry. Tym razem tak źle nie było, ale… podobnie.
Legia utrzymała skromne 1:0, ale kilku jej kibiców było bliskich zawału. Liczy się jednak jak się wszystko skończyło. Legia Jozaka znów wygrywa. I ma tylko punkt straty do lidera.
Jak na klub – przedstawiany przez stronnicze media – jako pogrążony w ciężkim chaosie organizacyjnym i kryzysie, całkiem nieźle, prawda?

Inne artykuły o: Ekstraklasa | Legia Warszawa | Wisła Kraków

  • ursynów

    To była szczęśliwa wygrana Legii.Ale Wisła nie zasłużyła na zwycięstwo.Poziom gry daleki od tego jaki widzieliśmy w wykonaniu Legii parę miesięcy temu.Ale pierwsze koty za płoty.Co do kibiców, no to wiocha totalna, ale myślę,że na innych stadionach było by to samo, a na Legii na pewno nie lepiej.Duży szacun dla Mąki, a waga z mąką i szalikiem na szalach,to tragedia.Ani to mądre, ani zabawne, takie prostackie.Może Kraków na tyle tylko stać?

    • Piotr Borkiewicz

      Myślę że waga z mąką i szalikiem to był raczej przejaw kultury na tle tego rynsztoku który był na trybunach. Zachowanie tego plebsu stadionowego raczej wzmocniło Mączyńskiego niż osłabiło.

Wszystkie teksty, zdjęcia, grafiki i inne dane znajdujące się w serwisie Futbolfejs.pl chronione są prawami autorskimi.

Użycie skopiowanych lub pobranych materiałów bez pisemnej zgody Autora jest zabronione.

Serwis przeznaczony dla odbiorców posługujących się językiem polskim, ale mieszkających w krajach, gdzie zakłady bukmacherskie są legalne.

Projekt i realizacja Konrad Siuda & Stukot Pikseli