Halo, Jaga! W Poznaniu to był lider, czy tylko jacyś podstawieni przebierańcy?

Autor wpisu: 11 marca 2018 18:08

Lech przespacerował się po Jagiellonii (5:1!) mniej więcej tak, jak jeszcze kilkanaście dni temu Jagiellonia przespacerowała się po Legii. Gdyby mecze ligowe Kolejorz mógł rozgrywać tylko u siebie, już dawno byłby mistrzem. No, ale trzeba grać jeszcze na wyjazdach, a tam Lech rzadko kiedy przypomina tego ze spotkań w Poznaniu. Tak czy inaczej – druga połowa dzisiejszego meczu to było zdecydowanie najlepsze 45 minut piłkarzy Bjelicy w tym sezonie. No i sygnał, który lechici puścili w świat – żeby jeszcze nie skreślać ich z walki o mistrzostwo.

Zaczniemy jednak od Jagi, bo patrząc na to, jak piłkarze Ireneusza Mamrota miotają się w drugiej połowie na boisku przy Bułgarskiej, człowiek zastanawiał się, czy to ten sam zespół, który ma za sobą ten fenomenalny start w tym roku (pięć kolejnych zwycięstw), czy może jakaś trupa przebierańców, którzy piłkarzy Jagiellonii tylko udają. No w niczym ten zespół – poza strojami – nie przypominał drużyny, która tak niedawno bez żadnych hamulców harcowała po Łazienkowskiej i której niektórzy zaczęli już wieszać złote medale na szyi. Za wcześnie.

Jagiellonia to bardzo dobry zespół i ten blamaż z Poznania absolutnie tego nie zmienia. Ale taki zimny prysznic bardzo się temu zespołowi przyda. No i tym, którzy zdążyli już go koronować. Mamrot to trener, któremu nie przewróciło się w głowie po wygranej w Warszawie, i któremu z pewnością nie przewróci się również teraz. O to możemy być spokojni. Ale czy to, co zdarzyło się dziś, świadczy o tym, że jego zespół dopadł jakiś kryzys? Czy z Jagi pomału schodzi powietrze? Za wcześnie, by po jednym meczu wyciągać takie wnioski. Niemniej coś niepokojącego z pewnością zaczęło się dziać. Tym bardziej że przecież od 18. minuty Jaga miała w tym meczu wszystkie karty po swojej stronie. Kapitalna kontra wyprowadzona przez Frankowskiego, gol Novikovasa i Lech był na musiku. Wydawało się, że znów nie będzie mocnych na piłkarzy Mamrota. Oj, nic bardziej mylnego.

Wszystko odwróciło się w sytuacji, gdy Lech trafił na 1:1. To znaczy wydawało mu się, że trafił, bo po wideoweryfikacji sędzia Tomasz Musiał dopatrzył się czegoś, co utwierdziło go w przekonaniu, że gol nie powinien zostać uznany. Realizator transmisji jakby tylko na to czekał i natychmiast zrobił zbliżenie na twarz Nenada Bjelicy. A na niej gorzki uśmiech i mina faceta, który jest krok od tego, by rzucić to wszystko w diabły i pójść sobie w cholerę. Można było w ciemno obstawiać, co powie Chorwat po meczu, gdyby Lechowi znów przydarzyła się porażka. Tak się jednak składa, że to była ostatnia szczęśliwa sytuacja dla Jagi. Niemal w tym samym momencie okazało się, że z boiska musi zejść Mariusz Pawełek, kopnięty w rękę w starciu z jednym z lechitów. Od tego zaczęło się całe nieszczęście gości. I choć zastępujący go Marian Kelemen w zasadzie żadnego większego błędu nie popełnił, no to piątkę jednak przyjął. A ta nieuznana przez Musiała pierwsza bramka dla Lecha chyba tylko gospodarzy rozsierdziła, bo potem na boisku robili już, co chcieli.

Christian Gytkjaer był dla obrońców Jagi praktycznie nie do zatrzymania. Dawno nie widzieliśmy, by ktoś miał tak ogromne problemy z Duńczykiem jakie mieli Guti, Guilherme i Runje. Czasem nawet w trójkę naraz próbujący przeszkadzać napastnikowi Lecha. Każde dośrodkowanie w pole karne Kelemena, każda wrzutka z rożnego czy wolnego śmierdziała golem. Jaga w tym elemencie zagrała katastrofalnie słabo. Lech, widząc to, w zasadzie w żaden inny sposób nie atakował. Wystarczyła piłka do boku do Situma, Raduta, Majewskiego czy Gajosa, dośrodkowanie i w polu karnym Jagi ogłaszano jeden wielki alarm przeciwpożarowy. Skończyło się piątką, a prawda jest taka, że mogło dla gości jeszcze gorzej.

Druga połowa, w której Jagiellonia kompletnie już nie istniała, to było najlepsze 45 minut piłkarzy Bjelicy w tym sezonie. Zresztą już po przerwie w meczu z Legią Lech pokazał, że wraca do wysokiej formy i prawdopodobnie do końca sezonu będzie w grze o tytuł. Po tym, co pokazał dziś, zdziwilibyśmy się, gdyby tak nie było.

Aha, i jeszcze jedno – jeśli mecz z Lechem miałby być wyznacznikiem tego, czy warto sprawdzić w naszej reprezentacji Tarasa Romanczuka, to kapitan Jagi swoim występem podarował kilka mocnych argumentów wszystkim tym, którzy są przeciwko takiemu rozwiązaniu. Kompletnie sobie nie poradził z agresywnie i kombinacyjnie grającą drugą linią Lecha, w środkowej strefie w zasadzie nie istniał. Trudno sobie przypomnieć choć jedno jego udane zagranie, jedną groźną akcję Lecha przerwaną przez niego w samą porę. I co prawda tak samo jak jedna jaskółka wiosny nie czyni, tak samo jeden nieudany mecz nie musi przecież przekreślać szans Romanczuka na powołanie i świadczyć o tym, że na to powołanie chłopak nie zasługuje, niemniej trudno było nie odnieść wrażenia, że Lech bardzo szybko sprowadził Tarasa i wychwalających go zwolenników na ziemię.
A Przemysław Frankowski, który prawdopodobnie ma dostać szansę w reprezentacji pod nieobecność Kuby Błaszczykowskiego? Wyjście z kontrą, po której Jaga objęła prowadzenie, to była klasa światowa. Później gasł już w oczach, jak cała Jaga, ale widać, że ten chłopak ma w sobie to coś. Taką iskrę, która może zdecydować o tym, że niedługo będzie to skrzydłowy formatu reprezentacyjnego.

  • zgubek

    Wczoraj widziałem takiego Lecha jak z Legią w poprzedniej rundzie.Szybki, waleczny, agresywny,nie było dla niego straconych piłek.A Jagiellonia do momentu kontuzji Pawełka nie ustępowała Lechowi, ale później wyszły wszystkie mankamenty tej drużyny.Słaba gra w obronie przy naciskającym przeciwniku,brak pomysłu na grę poza atakiem z kontry,bezradność w przypadku pressingu przeciwnika.No i krótka ławka rezerwowych. Jeden mecz nie przekreśla Jagiellonii , tak jak nie czyni z Lecha faworyta tych rozgrywek.Ale drużyna z Poznania może nabrać wiatru w żagle, a jej przeciwnik spuści z tonu? Zobaczymy, finisz ligi zapowiada się ciekawie i wszystko jest jeszcze możliwe.A Taras, wczoraj wszedł na taras i zobaczył, że do reprezentacji Polski ma tak daleko jak Ukraina i Polska w znalezieniu prawdy historycznej.

Wszystkie teksty, zdjęcia, grafiki i inne dane znajdujące się w serwisie Futbolfejs.pl chronione są prawami autorskimi.

Użycie skopiowanych lub pobranych materiałów bez pisemnej zgody Autora jest zabronione.

Serwis przeznaczony dla odbiorców posługujących się językiem polskim, ale mieszkających w krajach, gdzie zakłady bukmacherskie są legalne.

Projekt i realizacja Konrad Siuda & Stukot Pikseli