Franciszek Smuda: Blisko 500 meczów mnie nie wykończyło, to i ten finisz nie wykończy

Autor wpisu: 28 kwietnia 2017 08:40

Górnik Łęczna i Franciszek Smuda to jedni z największych wygranych końcówki sezonu zasadniczego. Co prawda Górnik wciąż jest ostatni, ale odrobił kilkupunktową stratę do wyprzedzających go drużyn. Teraz sześć ostatnich zespołów dzielą zaledwie dwa „oczka”. – Utrzymamy się w ekstraklasie, jestem tego pewien – mocno deklaruje Smuda przed decydującą rundą walki.

Górnik, Ruch, Piast – po punktów 15, Cracovia, Arka – tylko punkt więcej, Śląsk – dwa punkty więcej. A przecież przewaga Zagłębia i Wisły Płock to też nie jakaś przepaść (5 punktów). Kto z tego grona wytypuje drużyny 15. i 16. po 37. kolejce – temu konia z rzędem. Nikt tu spadać nie chce (pomijając finansowe kłopoty Ruchu i ewentualne problemy z licencją), walka będzie do końca i na noże.

Ruch się utrzyma, ale… w pierwszej lidze. Kto do spadku?

– Ktoś kiedyś mi wyliczył, że już 500 meczów prowadziłem na klubowej ławce. Skoro do dziś mnie to nie wykończyło, to i finisz tego sezonu jakoś przeżyję. Jestem tego pewien, tak samo, jak i tego, że z Górnikiem utrzymamy się w ekstraklasie – mówi nam Franciszek Smuda.

Ten się nie nadaje, tamten się nie nadaje – wywalić najłatwiej, sztuką pomóc
I dodaje: – Wciąż ta praca daje mi mnóstwo satysfakcji i przyjemności. Cieszy mnie, gdy widzę, jak piłkarze potrafią się podciągać, jak idą w górę. Gdy przychodziłem do Łęcznej, pamiętam – po porażce z Legią, słyszałem głosy, że tu trzeba zrobić wielkie wietrzenie. Ten się nie nadaje, tamten się nie nadaje, a jeszcze inny do niczego. A to nie tak. Trener jest od tego, by pomagać. Nawet jakby miał wejść do szatni, jak to się mówi naszym żargonem, „piłkarskich kalek”, to po pierwsze – ma spróbować im pomóc. Wywalić jest najprościej, skrytykować jeszcze łatwiej, a sztuką jest pomóc. I dopiero jak ktoś tej pomocy nie przyjmuje albo nie potrafi z niej skorzystać, można się zastanowić nad krytyką.

Smuda w szatni na pewno „piłkarskich kalek” nie miał, ale miał rozbity zespół, który – po całkiem przyzwoitym początku sezonu – w drugiej części jesieni posypał się kompletnie. Smuda zresztą wejścia do szatni Górnika nie miał specjalnie szczęśliwego. Z Legią 0:5 na Łazienkowskiej, z Jagiellonią 0:5 po zimowej przerwie. A że krytyków i samego Smudy nie brakuje, on sam szybko został uznany za trenera „który już się nie nadaje”.

Dadzą radę nawet siedmiu meczom z… dogrywkami
Były selekcjoner reprezentacji Polski miał jednak swój pomysł na Górnika Łęczna i konsekwentnie się go trzymał mimo nieudanego początku.
Dziś Górnik znów zbiera punkty, ale co nie mniej ważne jest chwalony za styl gry, przygotowanie fizyczne i odwagę w ofensywie. – Dopracowaliśmy się swojego stylu i tego się trzymamy. To już nie jest ten Górnik, któremu rywale dyktowali, jak ma grać, który się pod nich ustawiał. Wychodzimy na boisko i robimy swoje – tłumaczy Smuda. – Oczywiście, zdarzają nam się błędy, także takie, które mnie także denerwują. Ale tak musi być, jak wychodzisz na boisko po to, by strzelać gole. Jak chcesz strzelać gole, to musisz być przygotowany, że i je będziesz tracił. A jak nie chcesz tracić, to się muruj.
Górnik ma za sobą serię cokolwiek szalonych meczów. Jak choćby ten z Wisłą Płock, w którym roztrwonił prowadzenie 2:0, by przegrać 2:3, czy później ze Śląskiem Wrocław – gdy sam ze stanu 0:2 odrobił na 2:2. Ostatni mecz sezonu zasadniczego wygrał 3:1 z Wisłą Kraków rozgrywając jedno z najlepszych spotkań za kadencji Smudy. – Analizując ten mecz trudno mi się dopatrzyć oczywistych naszych błędów. Dostrzegam natomiast bardzo dużo pozytywów i w tym upatruję naszej ogromnej szansy na utrzymanie. Mamy radość z grania i wytrzymujemy 90 minut szybkiego tempa. Powiem więcej – gdyby przyszło nam teraz zagrać 7 meczów z dogrywkami, też dalibyśmy radę – odważnie deklaruje trener Górnika i podkreśla, że bardzo liczy w ostatnich meczach sezonu na Bartosza Śpiączkę, któremu ewidentnie wiosna służy. Ma łatwość dochodzenia do sytuacji strzeleckich, zdobywał ważne gole właśnie z Wisłą Kraków, Arką czy Pogonią.

Przez Pitrego kilku nocy… nie przespał
Największym kłopotem Górnika i Smudy są poważne urazy kluczowych piłkarzy. Jak wiadomo, zespół w ostatnich meczach musiał sobie radzić bez Gersona i Macieja Szmatiuka. Z konieczności na stopera „przerobiony” został Przemysław Pitry, które całe swoje piłkarskie życie spędził bardzo daleko od swojej bramki, czyli w formacjach ofensywnych.
– Znam go parę ładnych lat i wiedziałem, że w grze ofensywnej wiele już nie zwojuje, a na stoperze może dostać nowego impulsu. Fakt, kilku nocy nie przespałem przed podjęciem tej decyzji, ale trzeba było podjąć ryzyko i się opłaciło. Pracujemy dużo na treningach, staram się mu pomóc. Ja to może i byłem takim „piłkarskim kaleką”, jak mówiliśmy, ale coś tam na tym stoperze w życiu pograłem, to łatwiej mi mu tłumaczyć pewne kwestie. Bywa, że jego ofensywna natura daje się we znaki. Wydaje mu się, że jest w stanie przechytrzyć napastnika rywali tak, jak on sam przechytrzał obrońców. A to tak nie działa. No i perspektywa przestrzeni boiska jest inna. Ale dajemy radę – wyjaśnia Smuda.
Gerson nie wróci jeszcze na mecz ze Śląskiem, bo sam nie czuje się na 100 procent sprawny, a Smudzie zależy przede wszystkim na tym, by był w pełni gotowy na ostatnie mecze rundy finałowej, niż gdyby miał wrócić za szybko i, odpukać w niemalowane, jeszcze bardziej się „posypać”.
Niestety, do listy właśnie tych „posypanych” doszedł 22-letni Aleksander Komor, na którego Smuda mocno stawiał, jako na młodego chłopaka z regionu, który miał szansę szansę stać się jednym z ciekawszych piłkarzy wypromowanych przez Górnika Łęczna. Mimo ewidentnych błędów, jakie mu się przytrafiały.
„Miał”, bo jak teraz potoczy się jego kariera – trudno powiedzieć. Zerwane więzadła i kontuzja stawu kolanowego – to póki co brzmi jak futbolowy wyrok. Szczęściem w nieszczęściu jest, że trafiło na młody organizm, któremu łatwiej zregenerować się nawet po ciężkiej kontuzji.

– Dla wszystkich chłopaków w zespole końcówka sezonu jest bardzo ważna. Nie tylko dlatego, by uratować ekstraklasę, ale oni wiedzą, że pracują także na swój wizerunek i na to, jaka będzie ich przyszłość. Niezależnie, czy będzie to przyszłość w Łęcznej, czy w jakiejkolwiek innej drużynie – charakteryzuje Franciszek Smuda to, co czeka jego piłkarzy w najbliższym miesiącu.

Wisła może wygrać na Łazienkowskiej!
Górnik Smudy ma zdecydowanie lepsze doświadczenia z Wisłą Kraków niż z Legią. Z Wisłą wszak wygrał 3:1, ale „Franz” nie przesądza na podstawie tych wyników o meczu Legia – Wisła, jaki już w niedzielę na Łazienkowskiej.
– Wisła ma bardzo dobry zespół. I nie chodzi mi tylko o pierwszą jedenastkę, ale o całą kadrę. Tam jest duża jakość. Dla mnie to drużyna, która będzie się biła o miejsce w pucharach! Zdecydowanie. Jest w stanie przebić się do pierwszej trójki sezonu. Legia grała już wiosną na Łazienkowskiej z Wisłą i wygrała tylko 1:0. Teraz na dwoje babka wróżyła. To są po prostu dwa silne zespoły górnej ósemki i każdy z nich może wygrać ten mecz. Jasne, nie wiem, jak wygląda teraz sytuacja w szatni Wisły, ale patrzę na obie drużyny z boku i uważam, że to będzie wyrównana rywalizacja – tłumaczy.

Inne artykuły o: Ekstraklasa | Górnik Łęczna

Wszystkie teksty, zdjęcia, grafiki i inne dane znajdujące się w serwisie Futbolfejs.pl chronione są prawami autorskimi.

Użycie skopiowanych lub pobranych materiałów bez pisemnej zgody Autora jest zabronione.

Serwis przeznaczony dla odbiorców posługujących się językiem polskim, ale mieszkających w krajach, gdzie zakłady bukmacherskie są legalne.

Projekt i realizacja Konrad Siuda & Stukot Pikseli