Fajerwerków nie ma, ale też jest zajebiście!

Autor wpisu: 29 października 2017 20:34

Jarosław Niezgoda piąty raz tym sezonie strzela gola dla Legii na 1:0. Dziś już chyba nikt powie, że Łazienkowska 3 to dla tego chłopaka zbyt wysokie progi i lepiej go oddać gdzieś na wypożyczenie, żeby się ogrywał. Teraz można się tylko zastanawiać co by było, gdyby Niezgoda jednak był zgłoszony latem do rozgrywek o europejskie puchary. Legia wygrała z Arką 2:0, jest wiceliderem, traci tylko punkt do Górnika Zabrze, ale ważniejsze jest, że właśnie wyprzedziła Lecha Poznań. Najlepszy na placu był Guilherme.

Oczywiście Legia nie jest tą drużyną, która niemal równo rok temu potrafiła zremisować u siebie z Realem Madryt 3:3 w Lidze Mistrzów. I już takim na razie zespołem nie będzie, nie ten potencjał ludzki. Romeo Jozak dostał zadanie godne dobrego lekarza: przeprowadzić osłabionego pacjenta przez trudny moment i utrzymać go przy życiu (walce o mistrzostwo Polski) i Chorwatowi to się – póki co – udaje. Legia w drugich połowach meczów „siada” fizycznie, biega wolnej, gra mniej dokładnie. I trzyma się skromnego prowadzenia, jak spadający kocur dachu, licząc na kontry. Jak ta z golem Kucharczyka. Szału i fajerwerków nie ma, ale punkty są. To na teraz najważniejsze. Na wyrafinowany futbol kibice muszą poczekać pewnie do wiosny, po zimowych przygotowaniach. Teraz za wiele zrobić się nie da. Parafrazując powiedzenie z filmu „Chłopaki nie płaczą” można powiedzieć: fajerwerków nie ma, ale też jest zajebiście.
A jeśli ktoś w obecnej Legii robi z futbolu sztukę to jest to Guilherme. Ciągnie całą grę ofensywną swojej drużyny, groźnie strzela z dystansu, wykłada piłkę napastnikom i – jak na Brazylijczyka przystało – potrafi zachwycić uderzeniem z przewrotki. Powrót Guilherme do zdrowia jest dla Legii jak łyk wody na pustyni, jak ekstra transfer dokonany w połowie sezonu, zupełnie poza oknem transferowym. „Gui” złapał czwartą żółtą kartkę w sezonie i w kolejnym meczu nie zagra. Szczęściem Legii jest to, że jej następnym rywalem jest najsłabsza w lidze Pogoń Szczecin.

Arka wyszła na Legię bez strachu. Goście od razu postawili na wysoki pressing, co utrudniło rozegranie drużynie Romeo Jozaka. Ale dobrą grę zespół z Gdyni pokazał tylko przez pół godziny. Za mało nawet na remis. Kibice w Warszawie Arkę Gdynia z góry traktują jako zespół, z którym Legia ma obowiązek wygrywać. I tego myślenia nie jest w stanie zmienić nic: ani lipcowa przegrana Legii na Łazienkowskiej w Superpucharze, ani fakt, że goście znad morza do stolicy przyjechali z imponującą serią sześciu meczów bez porażki. Poza tym o drużynach Leszka Ojrzyńskiego jedno wiadomo: walczą.
A o Arce wiadomo też także, że silną bronią tej drużyny są stałe fragmenty gry, szczególnie wrzuty z auto. – Warcholak i Zbozień będą rzucać pociski – mówił przez meczem trener Ojrzyński. I wrzucali, ale bez rezultatu. Ta broń została rozszyfrowana. Arka grała w sposób prosty: dwa-trzy podania i jak najszybciej zagrać piłkę pod bramkę Legii. Okazało się taktyką dosyć niewygodną dla gospodarzy, którym na początku zdarzało się wyjątkowo dużo strat. Celował w tym Kasper Hämäläinen. Jozak na niego stawia, dodaje Finowi pewności wstawiając go do wyjściowej jedenastki. Tyle tylko, że „Hama” typowym skrzydłowym nie jest, pewnie lepiej by się czuł na rozegraniu, ustawiony tuż za napastnikiem. No, ale tam gra Guilherme, więc Fin idzie na skrzydło trochę z konieczności. Trudno nie mieć wrażenia, że grzałby ławę, gdyby Dominik Nagy był skoncentrowany na futbolu, a nie pałętał się po rezerwach.
Trener Jozak mówił, że mecz z Arką to najtrudniejsze spotkanie od kiedy prowadzi Legię, ale przyjęto to za nawijanie makaronu na uszy.
– Musimy wystrzegać się myślenia, że skoro wygraliśmy dwa ostatnie mecze, to i tym razem łatwo pójdzie – ostrzegał trener i miał rację. Bo zespół z Gdyni okazał się wymagającym rywalem. Do gola Kucharczyka, który zamknął mecz, mogło być różnie.
Co ciekawe Arka grała nieskomplikowanie, ale to Legia strzeliła gola w prosty sposób. Mączyński wrzucił piłkę w pole karne, gdynianie pogubili się przy łapaniu na spalonego i Niezgoda z bliska strzelił bramkę.
W meczu z Arką Tomasz Jodłowiec potwierdził, że wraca do formy. To piłkarz dla Legii bezcenny. Drużyna potrzebuje jego siły i wzrostu w walce fizycznej w środku pola i starciach o piłkę w powietrzu. I potrzebuje też jego odbiorów (było sporo) i wejść ofensywnych, z jakich wcześniej był znany (tych ciągle zbyt mało).
Ciekawe też, że Łukasz Broź „leczy” ze składu Artura Jędrzejczyka, który jest już przecież zdrowy i w środę w meczu Pucharu Polski pojawił się już na boisku. A jednak Jozak mówi: – Chciałem, żeby to Łukasz zaczął mecz w wyjściowym składzie.
Może także dlatego, że Broź chętniej zabiera się do ofensywnych, oskrzydlających akcji Legii. Takich jakich w tym sezonie Jędrzejczyk miał bardzo mało.
„Jędza” pewnie niedługo z ławy się podniesie, ale Chorwat – skoro drużynie idzie – nie chce mieszać w składzie. Być może Jędrzejczyk dostanie szansę na środku obrony (choć tu w kolejce czeka także Maciej Dąbrowski), bo Inaki Astiz dał kilka razy takie „zapalenie”, że głowa boli.
Brawa dla Michała Kucharczyka nie tylko za gola i uderzenie które na poprzeczkę sparował Steinbors, ale także za tyranie na boisku od jednego do drugiego pola karnego.

W drugiej połowie na boisku pojawili się Armando Sadiku i Cristian Pasquato. Włoch się starał (i to na razie tyle) a Albańczyk dał świetną asystę do Kucharczyka. Sadiku zasługuje na kolejne szansy i cierpliwość. Włoch może dostać swoją szansę w Szczecinie, pod nieobecność Guilherme. I musi ją wykorzystać, bo inaczej znów się będzie musiał zaprzyjaźnić z ławką rezerwowych.
Legię miał postraszyć Rafał Siemaszko. Najgroźniejszy napastnik Arki, choć, często niedoceniany a nawet lekceważony. To taki anty-gwiazdor, czy – jak ocenił go komentujący mecz Rafał Dębiński – „chłopak z sąsiedztwa”. Patrząc na Siemaszkę trudno się domyślić, że po boisku chodzi „killer” pola karnego, taki co potrafi strzelać gole nawet w bardzo trudnych sytuacjach, a go zawsze szuka. W Warszawie mecz mu nie wyszedł, choć w 11. minucie jego strzał minimalnie minął słupek bramki Arkadiusza Malarza.
Legia nie zastrzegła sobie, że Mateusz Szwoch, tylko wypożyczony z warszawskiego klubu do Arki, nie może grać przeciw swojemu klubowi. Nie zastrzegła, choć w historii za taką brawurę musiała płacić stratą punktów. Tym razem tak nie było. Szwoch nie pokazał, że w Warszawie powinni za nim tęsknić. Na Łazienkowskiej bardziej mogą żałować, że oddali do Górnika Mateusza Wieteskę czy do Wisły Płock wypożyczyli Konrada Michalaka.
Szwoch, swoją szansę pokazania się w Warszawie nadal konsekwentnie marnuje. Chyba na stałe zakotwiczy w Gdyni.

Inne artykuły o: Arka Gdynia | Ekstraklasa | Legia Warszawa

  • ursynów

    Zgoda co do Niezgody.Jest skuteczny,może być lepszy.Wielu dziennikarzy i ekspertów nie widziało go w Legii(muszą teraz uderzyć się w klatę i powiedzieć sorry,trochę się pomyliliśmy). Ale nie myli się tylko MacGyver.A tak to ciut lepiej, ale szaleństwa nie ma.Kilku graczy w drużynie z Łazienkowskiej jeszcze dochodzi do formy, a niektórzy niestety cały czas są w blokach startowych.Sadiku, Pasquato-to jakaś dziwna niemoc w nich tkwi.Mączyński obok chwil przebłysku,długie momenty przestoju .Straszna dziura w środku obrony. O ile Pazdan coraz lepszy jest, to Astiz gra jak zdarta płyta.Może faktycznie Jędrzejczyk na środek obrony?. Piszecie,że Nagy i Hildeberto nawet w rezerwach grają padlinę.To zadziwiające przypadki.Bez wódki nie jestem w stanie tego zrozumieć.Czekam na Szczecin, jeśli Legia wygra, będzie liderem, bo nie wierzę,że Górnik da radę Lechowi.Kolejarz musi zacząć wygrywać, a Górnik z Sandecją nic specjalnego nie pokazał.Ale może się mylę.

Wszystkie teksty, zdjęcia, grafiki i inne dane znajdujące się w serwisie Futbolfejs.pl chronione są prawami autorskimi.

Użycie skopiowanych lub pobranych materiałów bez pisemnej zgody Autora jest zabronione.

Serwis przeznaczony dla odbiorców posługujących się językiem polskim, ale mieszkających w krajach, gdzie zakłady bukmacherskie są legalne.

Projekt i realizacja Konrad Siuda & Stukot Pikseli