Dużo walki, mniej dobrego futbolu, zero goli. I zostało, tak jak było

Autor wpisu: 9 grudnia 2018 20:51

Tuż po meczu z Lechią, trener Legii Ricardo Sa Pinto klął pod nosem i ostentacyjnie demonstrował, że nie jest zadowolony z bezbramkowego remisu w Gdańsku. Ale uczciwie rzecz biorąc wynik jest sprawiedliwy. Obie drużyny miały po jednej znakomitej okazji do zdobycia gola. I choć jeszcze w grudniu zostaną rozegrane dwie kolejki, to wygląda na to, że do wiosny w lidze lider się nie zmieni.

Hit jesieni był tak naprawdę meczem dla koneserów. Piłkarska jakość ustąpiła – jak to w Ekstraklasie – walce wręcz. Mecz nie był zły, ale brakowało tego, co jest solą futbolu: goli, a nawet okazji do ich zdobycia.
Na remis nie obrażą się w Gdańsku. Trzymają nadal rywala do mistrzostwa na dystans. A dopiero w przerwie zimowej będzie widać, która z drużyn nie tyle się wzmocniła, co po prostu nie osłabiła. Bo i w Gdańsku, i w Warszawie zamierzają zawodników sprzedawać. Teraz rola Sa Pinto i Piotra Stokowca, żeby nie pozwolili na rozebranie swoich drużyn. Obaj włożyli w swojej zespoły dużo pracy, a szansa na mistrzostwo zawsze jest argumentem w rozmowach z właścicielami.
Dla Gdańska byłoby to pierwsze mistrzostwo w historii klubu, a od jakiegoś czasu odważniej się o tym rozmawia w mieście nad morzem. Mają tam ku temu podstawy. Piotr Stokowiec to jest bardzo dobry trener. Jeśli ktoś o tym jeszcze nie wiedział, to po tym, co z robił – w tak w sumie krótkim czasie – w Lechii,  wątpliwości już nie ma. W Gdańsku wzywano go, gdy mieli tam już niezły pożar. Zespół ze sporym przecież potencjałem piłkarskim, drużyną – w sensie team spirit – w ogóle nie był. Klub miał – ma zresztą do dzisiaj – spore problemy z płynnością finansową i wypłaceniem w terminie zobowiązań wobec zawodników.

Ale większym problemem w Lechii było źle pojmowane gwiazdorstwo. Trzeba było zrobić porządki, „wyrywać chwasty” i budować drużynę według własnej recepty. Czyli stawiać na ludzi młodych i ambitnych. I najchętniej na Polaków, bo już wcześniej Lechia stała się swoistą „wieżą Babel”, w której każdy gada w innym języku, ale… dogadać się nie mogą.
Porządki Stokowiec zaczął od Marco Paixao, który był wówczas największą gwiazdą drużyny. A gdy się okazało, że trener ma na tyle silną pozycję, żeby wyrzucić najlepszego strzelca zespołu, to komunikat dla wszystkich innych był jasny: to jest PAN trener. Żarty się skończyły. A kto tego przesłania nie zrozumiał opuszczał zespół. Szybko z drużyny zniknęły takie postaci jak Milos Krasić (kilka dni temu znudziło mu się granie w rezerwach i rozwiązał kontrakt z Lechią) czy Sławomir Peszko, bo trudno na nich budować drużynę. Zresztą „Stoki” buduje po swojemu. W jaki sposób odbudował do znakomitej dyspozycji Daniela Łukasika, jest tajemnicą warsztatu trenera, ale z przeciętnego ligowego „przecinaka” stał się znów czołowym defensywnym pomocnikiem Ekstraklasy. A przecież  już powoli zaczynał rozmieniać swoją karierę na drobne. Koncentrował się na rzeczach, które odciągały go od piłki.
Znakiem firmowym Stokowca jest także wprowadzanie do drużyny młodzieży. W Lechii – w bardzo ważnym meczu z Legią – stawia „na kierownicy” na Tomasza Makowskiego. Chłopaka, który ma dopiero 19 lat! I on nie gra na kredyt. Nie dlatego, że jest młody, ale dlatego, że umie.
Lechia grała twardo. Ale to zaskakujące nie jest, bo drużyny Stokowca zawsze grały na pograniczu faulu. A już wcześniej w tym sezonie Pogoń Szczecin pokazała, że grając twardo można Legię zdominować. Miał z tym problem np. Andre Martins w Szczecinie, miał i w Gdańsku. Ale trzeba powiedzieć, że Portugalczyk podjął rękawice i zmienił swoją grę na ostrzejszą. Bez tego nie da się wygrywać w Ekstraklasie.
W Legii najbardziej obawiano się Lukasa Haraslina, bo Słowak jest – nie bez przyczyny – uznawany za najlepszego skrzydłowego w lidze. Ale w meczu z Legią nie zaistniał. Także za sprawą sprytnego manewru Ricardo Sa Pinto. Trener Legii tym razem nie postawił na Dominika Nagy’a, a wystawił na Haraslina parę Paweł Stolarski i Marko Vesović, którzy przecież obaj grywają na prawej obronie. Ten manewr się trenerowi Legii udał.
W pierwszej połowie, w momencie największej przewagi Lechii, Legia wyprowadziła kapitalną kontrę. Szymański przejął piłkę na swojej połowie i popędził z nią na bramkę rywali. Podał na lewą stronę, gdzie w pole karne wbiegał Michał Kucharczyk. „Kuchy” silnie i celnie uderzył, piłką jeszcze skozłowała przed Dusanem Kuciakiem, ale bramkarz Lechii potwierdził swoją klasę i końcami palców zdołał wybić futbolówkę. Strzał Kucharczyka był przedniej klasy, ale ani on, ani wcześniej w tej akcji Szymański, nie zauważyli, że po prawej stronie wbiegł w pole karne Marko Vesović i gdyby dostał piłkę, od któregoś ze swoich kolegów, to musiałby ją tylko skierować do pustej bramki.
Lechia też miała swoją zmarnowaną „setkę” i to w 90. minucie meczu, gdy Artur Sobiech, będąc 5 metrów od bramki uderzał piłkę głową, ale fatalnie spudłował. To byłaby egzekucja Legii.
– Sam nie wiem jak to nie wpadło, no musi to wpaść – mówił po meczu rozżalony Artur Sobiech.
Próbę ogniową przeżył po raz pierwszy bramkarz Legii Radosław Majecki. Nie pogubił się, ale na tle tak silnego rywala jak Lechia było widać, że młody golkiper musi popracować nad grą nogami. Wybicia z pierwszej piłki w Gdańsku, to nie było to, czego oczekuje się od bramkarza z ambicjami na reprezentację Polski.
Mecz w Gdańsku nie rozstrzygnięty. Rozgrywki są w Polsce długie, więc jeszcze obaj kandydaci do mistrzostwa pogubią punkty. Ale wojnę psychologiczną na razie wygrywa Stokowiec. Ma przewagę pięciu punktów i on tylko może wygrać mistrzostwo. Sa Pinto musi.
To znaczna różnica.

Inne artykuły o: Ekstraklasa | Lechia Gdańsk | Legia Warszawa

  • zgubek

    Być może pudło Sobiecha będzie odbijać się czkawką po zakończeniu rozgrywek.Ale Sobiech to taki sobie(ch) gracz.Gwiazdy w Lechii i Legii: Carlitos i Paixao byli w tym meczu bezbarwni, niewidoczni. Zresztą mecz nie mógł porwać, ale mógł doprowadzić do zaśnięcia przed ekranem telewizora. Słabe to było, jeden drugiego obwąchiwał przez większość meczu. Ani Cafu kreowany przez dziennikarzy na najlepszego piłkarza ligi ,, Cafu przybił pieczątkę z napisem najlepszy piłkarz Ekstraklasy”, ani Kucharz, który ,,nie zdał egzaminu”, jak również następca Dudy- Haraslin, zawiedli w tym meczu.Lechia jest mi obojętna , w przeciwieństwie do Tuska, kibicuję Legii. Ale jeśli Legia chce ustrzelić w 2019 roku trzeci kolejny tytuł, to nie z taką grą . Potrzebna jest w Legii świeża krew, muszą odejść ci, którzy do tej drużyny już nic nie wniosą.A Lechii myślę,że nie pomoże na wiosnę nawet Stokowiec, choć to bardzo dobry trener. Z tej drużyny w oknie transferowym sprzedadzą najlepszych piłkarzy, bo kasa jest potrzebna, tam się nie przelewa.Lechia nie wygra mistrza. Legia najgroźniejszego przeciwnika będzie miała w Jagiellonii.A tak na marginesie czy Carlitos to król jednego sezonu, a Szymański to gwiazda zaranna? Odpowiedzi doczekamy się na wiosnę.

  • smutas

    Miał być hit wyszedł kit. Kto wie czy Sobiech nie odebrał Lechii mistrza. Mecz bardzo słaby, gwiazdy z jednej i drugiej drużyny nie świeciły. Ale jaki poziom polskiej piłki ligowej, taki poziom meczu na szczycie.Rodzynki takie jak mecz Wisły z Jagiellonią, nie zmienią tego obrazu. Polska liga jest słaba.

Wszystkie teksty, zdjęcia, grafiki i inne dane znajdujące się w serwisie Futbolfejs.pl chronione są prawami autorskimi.

Użycie skopiowanych lub pobranych materiałów bez pisemnej zgody Autora jest zabronione.

Serwis przeznaczony dla odbiorców posługujących się językiem polskim, ale mieszkających w krajach, gdzie zakłady bukmacherskie są legalne.

Projekt i realizacja Konrad Siuda & Stukot Pikseli