Czy Magiera ma jaja? Ma! Wziął gwiazdy za twarz

Autor wpisu: 30 września 2016 18:20

Był taki moment, że wydawało się, iż gwiazdy wejdą Jackowi Magierze na głowę. Bo – mimo że siwy – to ciągle jednak młody i przecież nie prowadził wcześniej żadnej drużyny w Ekstraklasie. Gdzie mu tam do tych, których codziennie pokazuje telewizja i mają prawo trochę pogwiazdorzyć.

A jednak okazało się, że Jacek – któremu odmawiano charyzmy i silnej osobowości – wziął gwiazdy za twarz. A może to nawet zbyt dużo powiedziane, bo w zasadzie… nie musiał. Same mu się poddały.
Magiera w sobotnim meczu przeciwko Lechii poprowadzi Legię dopiero po raz drugi. Trenerem jest tydzień i nadal niewiele wiadomo o jego warsztacie. Byli tacy (a pewnie jeszcze są), którzy przekonywali, że Magierę legioniści w szatni wciągną nosem. Że nie opanuje grupy sfrustrowanych własnymi niepowodzeniami gwiazdorów. Że ich ego jest tak rozbuchane, iż nie będą słuchać trenera, który nic jeszcze nie osiągnął.
Otóż tak się nie stało i już się nie stanie. Magiera z szatnią sobie poradzi. Tak jak poradził sobie – o czym było na początku – z gwiazdami. Z gwiazdami… telewizji.
Kilka lat temu Magiera został trenerem drużyny TVN, która na Legii przygotowywała się do wielkiego meczu charytatywnego z TVP. Miałem okazję bezpośrednio z bliska oglądać, jak Jacek poradził sobie na treningach z grupą „piłkarzy”, którzy – uwierzcie mi – też mają ego jak stąd do Las Vegas.
Wbrew pozorom to nie było łatwe zadanie. Bo w takiej drużynie trener nie do końca jest szefem swoich piłkarzy. Nie może dać im kary finansowej albo wyrzucić z zespołu. Wszystko opiera się na wzajemnym partnerstwie i autorytecie trenera. Albo go drużyna „kupi”, albo nie. Ta TVN-owa kupiła go w całości, od stóp po głowę. W krótkim czasie Magiera zbudował sobie autorytet, zyskał szacunek i pełen posłuch.
Jak to zrobił?
Przede wszystkim swoim podejściem do zadania. Potraktował grupę amatorów – co gorsza amatorów ze zbyt wielkimi ambicjami – jak zawodowców. Super poważnie. Od pierwszych zajęć był świetnie przygotowany. Wiedział, co chce zrobić i jak. Nie wiem, jak to załatwił, ale na treningi przychodził z całym sztabem. Miał asystenta, miał trenera od przygotowania fizycznego, a nawet trenera bramkarzy (bardzo pożyteczna rola Grzegorza Szamotulskiego). Zaskoczył wiedzą i… charyzmą. Gdy mówił, wszyscy słuchali. Trafiał do głów i był przekonujący.
I wszystkich swoich podopiecznych znał, mimo że z treningu na trening pojawiali się nowi i skład ciągle się zmieniał. Znał ich nie tylko po imieniu, ale nawet wiedział, czy facet może zagrać na lewej obronie, czy raczej w środku pomocy.
A bywały zajęcia, na które przychodziło grubo ponad 30 osób. I nie były to wyłącznie gwiazdy ekranu, których twarze znają wszyscy. Także pracownicy techniczni, jakiś ochroniarz. Dla Magiery i jego sztabu każdy był ważny. Nikogo nie wyróżniał, nikogo nie faworyzował.
Jacek wiedział, że dla ludzi z brzuszkiem, z których część całe dnie spędza za biurkiem i miała w szkole zwolnienia z wuefu, ważna jest podbudowa kondycyjna. I dawał drużynie TVN-u w kość. Kto chce grać, musi pracować! Kilkanaście kółek dookoła boiska na dzień dobry? A czemu nie? Chcesz grać w piłkę, musisz biegać. Nie ma wyjątków, do roboty.
Dobrze zapamiętałem też moment, gdy dyscyplina się poluzowała. „Piłkarze” TVN-u zaczęli się spóźniać na zajęcia. Każdy miał jakiś ważny powód, dobrą wymówkę. Bo praca, bo dziecko, bo korki na ulicach, bo coś tam… W sumie u poprzedniego trenera to przechodziło, bo przecież dziennikarze to nie piłkarze zawodowi, mają swoje obowiązki, na treningi przychodzili po pracy. Poprzedni trener podchodził do tego ze zrozumieniem.
Ale Magiera zrobił inaczej. Widząc, że słabnie dyscyplina, że spóźnialscy rozwalają zajęcia, poprosił, by ci, którzy się spóźnią, już w ogóle nie dołączali do zajęć. Czyli wiesz, że się spóźnisz, nie fatyguj się na boisko. Przyjdź na następny trening punktualnie. Ale już nie dziś.
I wiecie, że od razu pomogło! Nawet notoryczni spóźnialscy jechali na trening jak straż do pożaru. I się nie spóźniali! Mała rzecz? Mała, ale trzeba ją jeszcze wymyślić i wykonać.
I jeszcze jedno, czym Magiera zjednywał sobie ludzi. Był uczciwy. Na treningach pracował tak samo z najlepszym piłkarzem, jak i z największym piłkarskim gamoniem. O ile tylko ten gamoń go słuchał i miał chęci być lepszym piłkarzem. Ale w meczach grali ci, którzy na to zasługiwali, którzy pracowali na treningach. Najlepsi.
Czy Magiera ma jaja? – pytali ostatnio w komentarzach kibice, gdy stało się jasne, że Jacek obejmie Legię. Bo kibic, jak to kibic, przede wszystkim lubi czuć, że trener trzyma w drużynie porządek.
Otóż spokojnie! Jacek ma wszystkie atrybuty zdecydowanego mężczyzny. Poradzi sobie. Widziałem go w akcji.
W drużynie TVN zerwał z niedobrą tradycją, że trener dostawał w dniu meczu karteczkę z wyjściowym składem. Bo wiadomo: że muszą grać gwiazdy, że musi być show, żeby ktoś tę kopaninę na stadionie i w telewizji w ogóle chciał oglądać. Trener przygotowywał zespół przez 3 miesiące, ale w dniu meczu – bardziej niż frekwencja na treningach – liczyło się znane nazwisko na koszulce. Może to nawet prawda, że piknikowi kibice woleliby zobaczyć, jak się kopie po czole znany im z ekranu gość, co to mówi: „oddaj fartucha” niż ktoś, kto umie grać w piłkę, ale jest kompletnym „nołnejmem”.
Ale Magiera miał to gdzieś. Dokładnie tam. On chciał grać o zwycięstwo. Jeśli taki Tomek Zubilewicz przychodził na treningi regularnie i udało się wkomponować w drużynę na bocznej obronie, to i w meczu zagrał. Ale jeśli ktoś był ważnym dyrektorem, który nie fatygował się na treningi, albo pojawił się na nich w ostatnim tygodniu przed meczem, to Magiera nie zważał na jego szarżę, tytuły, czy generalskie epolety. Nawet jeśli taki ktoś w dniu imprezy przebrał się w niebieski strój i białe getry i czekał przy linii bocznej w gotowości. Z równym skutkiem mógł w tym miejscu czekać na tramwaj. Jeśli mecz się nie układał, Magiera trzymał na boisku najsilniejszy skład, chciał wygrać. Tylko to się liczyło. Kilku „bardzo ważnych ludzi” klęło pod nosem – bo przecież rodzina i znajomi patrzą z trybun i sprzed telewizorów – ale nawet nie postawili nogi na boisku. Choć zmiany można było robić w systemie hokejowym, bez żadnych ograniczeń. Dla Magiery liczyło się dobro drużyny. Nie martwił się tym, że jakiemuś VIP-owi nadepnął na odcisk i że następnym razem mu tej roboty nie zaproponują. Choć to przecież duża telewizja, ważni dyrektorzy czy prezesi. Dla Magiery – odkąd włożyli krótkie spodenki – byli tylko piłkarzami. Nikim więcej.
Ktoś się obraził, czyjaś ambicja została urażona. Ale za rok wszyscy chcieli pracować tylko z Magierą. A urażeni po prostu nie pojawili się już więcej na treningach. Trudno, świat kręcił się nadal.
Chcecie powiedzieć, że gwiazdy telewizji to nie to samo co prawdziwi piłkarze w Legii? No pewnie, że tak. W ogóle tego nie porównuję. W Legii jest trudniej, ale i… łatwiej zarazem. Bo w Legii Magiera jest przełożonym, łączy go z zawodnikami relacja zawodowa. Od pracownika może wymagać. Może go też ukarać, odsunąć od grania.
W drużynie TVN miał różne charaktery: m.in. Tomka Zubilewicza, Kamila Durczoka, Tomka Sianeckiego, jakichś dyrektorów, prezesów. Co jeden to ważniejszy. Poradził sobie.
Szatnia piłkarzy Legii na pewno jest inna, trudniejsza. Ale nawet taka drużyna TVN była dla Magiery jak poligon, gdzie się pewne rzeczy ćwiczy. Dziś jest na prawdziwej „wojnie”. Ale też sobie poradzi. Bo to kwestia charakteru, a Jacek – choć może na pierwszy rzut oka nie wygląda – ma ten charakter mocny. Sprawdził się z grupą gwiazdorów jako człowiek. Słuchali go.
Bo autorytetu nie buduje się krzykiem. Autorytet trenera się czuje.
Dziś  – jestem o tym przekonany – już go poczuli także w szatni Legii, choć jest tam zaledwie od tygodnia.

sklep vitasport.pl
forBET

Inne artykuły o: Ekstraklasa | Legia Warszawa

  • ursynów

    Panie Redaktorze- miałem już więcej się nie udzielać na forum Futbolfejsa, ale ten tekst sprowokował mnie do skreślenia paru zdań. Zauważyłem,że redakcja ma w swym składzie lekarzy.Kiedyś redaktor Wierzbicki otarł się o proktologię, a Pan zadaje trudne pytanie, czy Magiera ma jaja,chyba ma,ale to zadanie dla urologa, by stwierdzić,że tak jest rzeczywiście.
    Ale żarty na bok, bo Legia jest w totalnym kryzysie, prezesi się miotają, wydają dziwne komunikaty, udzielają dla mnie niezrozumiałych wywiadów.
    Nie przypominam sobie takiej kaszany.Czy sympatyczny Pan Jacek weźmie to towarzystwo za pysk i okiełzna, mam duże wątpliwości. Ale nadzieja umiera ostatnia.
    W Ewangelii św. Mateusza są takie mądre słowa,, Miejcie się na baczności przed fałszywymi prorokami…. i dalej,,Poznacie ich po ich owocach”
    Mamy jesień,w sadach kończy się owocobranie, na Legii się jeszcze nie zaczęło.Zobaczymy na wiosnę, czy na przednówku koszyk Legii będzie pusty, czy będą w nim jednak jakieś sukcesy.
    Czego Panu jako optymiście i sobie pesymiście życzę.
    pozdrawiam

    • wesoła

      nie jedna droga prowadzi do domu ;)

Wszystkie teksty, zdjęcia, grafiki i inne dane znajdujące się w serwisie Futbolfejs.pl chronione są prawami autorskimi.

Użycie skopiowanych lub pobranych materiałów bez pisemnej zgody Autora jest zabronione.

Serwis przeznaczony dla odbiorców posługujących się językiem polskim, ale mieszkających w krajach, gdzie zakłady bukmacherskie są legalne.

Projekt i realizacja Konrad Siuda & Stukot Pikseli